Dostaliśmy zapytanie z pogotowia w Łodzi, ale było ono bardzo ogólne. Sprowadzało się do pytania: Czy możemy pomóc? - mówi dziennik.pl Justyna Sochacka, rzecznik Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Reklama

Dopytywana o szczegóły dodaje jednak, że nawet gdyby znany był stan zdrowia dziecka, śmigłowce i tak by nie wystartowały. Nie było widzialności, po drugie był zbyt niski pułap chmur, a po trzecie istniało ryzyko oblodzenia. Nie było odpowiednich warunków atmosferycznych - wyjaśnia. Zastrzega przy tym, że załoga w Warszawie pracuje całą dobę. W Łodzi w pełnej gotowości pracownicy są tylko do zachodu słońca - dodaje.

Prokuratura sprawą śmierci 2,5-letniej Dominiki zajmuje się od piątku. Dziecko trafiło do szpitala w stanie krytycznym. Karetka - mimo telefonów na pogotowie - przywiozła je dopiero za drugim razem. Wcześniej pomocy odmówił m.in. lekarz nocnej i świątecznej pomocy.