To już tu? A gdzie kolorowe szyldy hinduskich sklepów, gdzie bary wietnamskie i tureckie kebaby? Dlaczego nie widać żadnego sikha? – kiedy z fotografem wjeżdżamy do Raszyna, wydaje się, że po prostu skręciliśmy w jakąś boczną uliczkę i wciąż jesteśmy na przedmieściach Warszawy. Kwadratowe domki jednorodzinne z lat 60. i 70., kilka nowych szklanych budynków z fitnesem, nowoczesna biblioteka i ośrodek zdrowia, podstawówka wyglądająca jak typowa „tysiąclatka”, urząd gminy przy ulicy Unii Europejskiej, a naprzeciwko kompleks bloków stojących wokół placyku z fontanną, ławeczkami i sklepikami. I koniec Raszyna. A jednak to tę niepozorną miejscowość, która nawet nie ma praw miejskich, a status gminy dostała cztery dekady temu – o czym zresztą zaświadcza dyplom na ścianach urzędu gminy – upatrzyło sobie tylu emigrantów, że dziś Raszyn to jedno z najbardziej wielokulturowych miejsc na mapie Polski.
Z wyliczeń Instytutu Spraw Publicznych przeprowadzonych w ramach projektu „Tygiel kulturowy czy getta narodowościowe? – wzory integracji i wzajemne relacje imigrantów z Azji i Bliskiego Wschodu w Polsce” wynika, że przynajmniej co siódmy mieszkaniec tej wsi pochodzi z innego kraju. – – opowiada Anna Piłat z Instytutu Spraw Publicznych. Cała gmina liczy 22 tys. mieszkańców, a sam Raszyn trochę ponad 7 tys. – – dodaje Piłat. Taka stolica multikulti.
Gdyby przełożyć proporcje z Raszyna na Warszawę, oznaczałoby to, że w tym liczącym ponad 1,7 mln mieszkańców mieście mieszka 350 tys. obcokrajowców. – – dodaje Anna Piłat.
Hinduska szkoła gotowania
Sklep Maheshy Kirapalani rzuca się najbardziej w oczy. Przy głównej ulicy Poniatowskiego, w sporym, nowym domku z dużym napisem „Spice mantra” i zdjęciami przypraw na froncie – nie sposób go nie zauważyć. W środku pachnie egzotycznymi przyprawami, sosami, orzechami, kosmetykami. 50-letniemu właścicielowi uśmiech nie schodzi z twarzy, a na każde pytanie reaguje pozytywnie: –
Nawet zima nie jest taka zła, już się przyzwyczaił. – – mówi z godnością Kirapalani, Hindus z Bombaju. No, jest jedno, co mu się nie podoba. Kryzys. Mahesha Kirapalani przyjechał do Polski w 1991 r., kiedy otworzyły się granice, a polski rynek zaczął chłonąć wszelkie importowane produkty, w tym ubrania i tkaniny ze Wschodu. Wtedy Kirapalani handlował głównie z Koreą, ale kiedy drobni handlowcy z Polski zgłosili się do niego w poszukiwaniu niedrogich ubrań, uznał, że ten nowy rynek może być wart przeprowadzki. Początkowo biznes nad Wisłą kręcił się świetnie. Sprzedawały się ubrania, biżuteria, kosmetyki, meble i artykuły wystroju mieszkań z Indii, które w połowie lat 90. były w Polsce prawdziwym hitem. Z tego właśnie powodu zaczęło do nas przyjeżdżać coraz więcej Hindusów.
Zasady ich biznesów były bardzo proste: kupić w Dubaju, Singapurze lub Hongkongu, a sprzedać w Polsce. Osiedlali się przeważnie właśnie w okolicach Warszawy – w gminach Lesznowola, Pruszków, Raszyn. Z okazyjnego handlu przestawili się szybko na poważną działalność, wybudowali domy, ściągnęli rodziny. To w dużej mierze dzięki nim wzdłuż trasy Warszawa – Kraków przez Janki po obu stronach szosy stoją dziesiątki tablic reklamowych hurtowni. Większość oferuje tekstylia, ale są też AGD, zabawki, żywność i przyprawy. – – opowiada Anna Piłat.
Na początku XXI wieku jednak biznes polegający na imporcie tkanin i ubrań z Indii zaczął się psuć. Do Polski weszło sporo sieciowych sklepów odzieżowych, a Rosja utrudniała eksport ze Wschodu. Wtedy Kirapalani wpadł na nowy pomysł. – – śmieje się. A skoro kuchnia hinduska tak bardzo spodobała się Polakom, to Kirapalani co dwa, trzy tygodnie urządza w sklepie kursy gotowania. – – wymienia.
Sklep otworzył w Raszynie, choć sam mieszka w pobliskim Nadarzynie. Tu było po prostu więcej hinduskich klientów. –– dodaje Kirapalani. –– dodaje Kirapalani.
Przez dziesięć lat razem z Kirapalanim mieszkała rodzina: żona i dzieci, jednak wrócili do Indii, bo dzieci poszły tam na studia. –
Sam Kirapalani, choć też narzeka na kryzys, to zarzeka się, że niespecjalnie myśli o wyjeździe. –
Fryzjer po turecku, kurczak po wietnamsku
Ledwie kilkanaście metrów dalej, w niewyględnym szarym budyneczku za zaciągniętymi żaluzjami, kilka wyrazów na tablicy zawieszonej na froncie ewidentnie napisanych po turecku naprowadza nas na tureckiego fryzjera. Znacznie lepiej niż reklama na budynku klientów sprowadzają mu fora internetowe. „Gdzie wasi mężczyźni chodzą do fryzjera w Warszawie? Może możecie polecić jakiegoś tureckiego fryzjera?” „Polecam jedynego, którego znam (sama korzystam) w Raszynie „Show”, ulica Poniatowskiego. Prawdziwi Tureccy fryzjerzy, ogolą, obetną, no i miła atmosfera”, „A dlaczego musi być turecki fryzjer? Mój chodzi gdzie popadnie”, „He, he turecki fryzjer to coś więcej niż fryzjer, wiem coś o tym” – doradzają sobie warszawianki. Wystarczy tylko z lekka zbliżyć się do salonu „Show”, by od razu otworzyły się drzwi i wybiegło trzech mężczyzn: –– zachęcają.
Czwarty Turek siedzi na fotelu i czeka na obsłużenie. –– szpakowaty Ylmaz Ucunu, który w salonie pełni funkcję, jak sam mówi, menedżera, łamaną polszczyzną tłumaczy, na czym polega różnica między europejskimi a tureckimi salonami fryzjerskimi. Jego pomocnik przynosi gorącą, mocną herbatę w małych szklaneczkach i włącza turecką telewizję muzyczną, a trzeci pracownik Yusuf zaczyna obsługiwać chłopaka na fotelu. Wycina włosy trochę krócej po bokach i zostawia dłuższy środek, sprawnie skraca i podcina. – – za Yusufa opowiada Ylmaz, bo fryzjer jeszcze nie mówi po polsku. –
Yusuf ma dopiero 26 lat, a już jest naprawdę nieźle doświadczony. Ylmaz jest w Polsce od półtora roku, Yusuf dopiero od siedmiu miesięcy. Polska właścicielka salonu szuka kolejnych kilku speców od włosów, bo tureccy styliści z „Show” mają taką renomę, że tylko tu strzygą się pracownicy ambasad tureckiej, pakistańskiej, azerbejdżańskiej, wszyscy okoliczni Turcy, sporo Hindusów, a i Polacy też się przekonują do tureckiego „hair faszyn”.
Pięć minut spacerku wystarczy z kolei, by dotrzeć do nieformalnej, ale wszystkim w okolicy znanej siedziby Raszyńskiego Stowarzyszenia Wietnamczyków. Ta siedziba to po prostu bar „Dong Do”. Klasyczny „wietnamczyk”: kurczak seczuański za 17 zł, sajgonki – 7 zł, krewetki w cieście sezamowym – 21 zł. Na ścianach kiczowate obrazki jeleni, a naprzeciwko wejścia mały buddyjski ołtarzyk. Szefem baru i zarazem stowarzyszenia jest Neugen Throng -Thang. – – opowiada Elżbieta Kuczara, szefowa gminnego ośrodka kultury. – – dodaje Kuczara i opowiada, że to oni najchętniej biorą udział w lokalnych wydarzeniach, ostatnio nawet ufundowali choinkę, która stała na głównym placu. –– dodaje szefowa GOK-u.
– – wspomina Irena Żółciak, która postanowiła zamienić warszawskie mieszkanie w bloku na domek z ogródkiem pod miastem, kiedy z mężem przechodzili na emeryturę.
– – dodaje.
– – wspomina wójt Raszyna Andrzej Zaręba. – – dodaje wójt.
–– podpytujemy.
– – odpowiada Zaręba. Wójt twierdzi, że nie wie, gdzie dokładnie mieszkają emigranci i czy wiele z mieszkań i domów do nich należy, ale jak zapewniają mieszkańcy, jest tego całkiem sporo. – – opowiada Anna Piłat.
– – dodaje Elżbieta Kuczara.
Irena Żółciak wspomina swoich pierwszych wietnamskich sąsiadów. Sprowadzili się na początku tego wieku. – – opowiada kobieta. – – opowiada Irena Żółciak. –
W niedalekim Marysinie już za kilka tygodni ma ruszyć nowe, tym razem hinduskie centrum handlowe Global City.