Tuż za metą maratonu ratownicy, na oczach widzów i zawodników, reanimowali jednego z biegaczy warszawskiego maratonu. Karetka, jak informuje TVN24, pojawiła się dopiero po 15 minutach - nie mogła przebić się przez tłum

Reklama

Na miejscu było 4 czy 5 ratowników, którzy zajmowali się mężczyzną, ustawili go w pozycji bocznej ustalonej. W trakcie dosyć nerwowej rozmowy telefonicznej próbowali wzywać karetkę, która pojawiła się po 10-15 minutach. Trudno jej było dojechać, bo to zdarzyło się tuż za metą i trudno jej było się tam przecisnąć - tłumaczył na antenie TVN 4, reporter tej stacji, Wojciech Bojanowski.

Ten mężczyzna stracił przytomność, zwymiotował, leżał i jeszcze oddychał, ale miał puls. Widać było, że był w bardzo złym stanie. W pewnym momencie przestał oddychać, zaczęła się akcja reanimacyjna i masaż serca. Po jakichś 3-4 minutach masażu serca i sztucznego oddychania, pojawiła się "erka" i go stamtąd zabrała - dodał.

Tymczasem organizatorzy biegu twierdzą, ze wszystko było w porządku. Takie rzeczy niestety czasami się zdarzają - powiedział IAR rzecznik imprezy Sławomir Rykowski. Uczestnik zasłabł tuż po przekroczeniu linii mety, dosłownie przed drzwiami karetki reanimacyjnej z pełną obsługą lekarską"- dodał rzecznik. Została podjęta natychmiastowa reanimacja. Mężczyznę przewieziono do szpitala, ale reanimacja nie przyniosła skutku.