Pamiętacie „Erin Brockovich”? Film, za który Julia Roberts dostała Oscara, opowiadający prawdziwą historię samotnej matki pracującej jako pomoc biurowa w jednej z kancelarii prawnych. Erin zaangażowała się w sprawę 600 mieszkańców pewnego miasteczka, które zakłady należące do spółki Pacific Gas and Electric zatruwały powodującym raka chromem, i wywalczyła dla nich 333 mln dol. odszkodowania.
Mały wygrał z wielkim, Dawid pokonał Goliata, sprawiedliwość zatriumfowała. Bardzo hollywoodzka historia. Ale i u nas po cichu, bez takiego rozmachu i nieodkryte przez filmowców, zwyczajne kobiety też potrafią sporo zdziałać. Sprzeciwić się o wiele potężniejszym od siebie i co najważniejsze – zmobilizować społeczności.
Barbara Siegieńczuk: 400 dni okupacji
Barbara ma krótkie, ciemne włosy i długi, cienki warkoczyk. – – zaczyna opowiadać. – – wspomina.
Nie słyszała. Do Żurawlowa, wsi na Lubelszczyźnie, dopiero co sprowadziła się z Zamościa, gdzie miała mieszkanie i niewielką firmę reklamową. – – mówi kobieta. Mimo to przez weekend przeczytała w internecie wszystko, co się jej udało o łupkach znaleźć. A im więcej czytała, tym bardziej była zaniepokojona, bo okazywało się, że wydobycie gazu łupkowego, choć mniej degradujące środowisko niż kopalnie odkrywkowe, także prowadzi do sporych zniszczeń. Kiedy po weekendzie wróciła z Zamościa do Żurawlowa, okazało się, że we wsi jest już grupa zaniepokojonych mieszkańców.
A w tym czasie przetaczała się przez Polskę fala zachwytu nad łupkami. Media krzyczały, że dzięki nowej technologii staniemy się drugą Norwegią, że zapasy gazu pozwolą nam na energetyczną suwerenność przez dziesiątki, a może setki lat. Zainteresowanie wydobyciem gazu deklarowało coraz więcej firm, koncesje na jego badania dostawała jedna za drugą. Mieszkańcy Żurawlowa jednak wciąż nie wiedzieli, co to oznacza dla ich okolicy.
To, czego dowiadywali się na własną rękę, nie było optymistyczne. Po pierwsze – amerykański Chevron został oskarżony o zatrucie środowiska przy wydobyciu ropy w Ekwadorze. Po drugie – sam proces pozyskiwania gazu zbierał sporo negatywnych opinii. – – wspomina Barbara. – – wspomina kobieta. Ich rzeczniczka przekazała tylko, że chcieli rozmawiać z mieszkańcami Żurawlowa, a nie „z agresywnymi, demagogicznymi grupami ekologicznymi”. – – mówi Barbara.
W lutym 2012 r. została wydana decyzja środowiskowa na próbne odwierty w Żurawlowie, ale – jak odkryli mieszkańcy – bez zachowania wszystkich procedur, więc odwołali się w 26 osób do samorządowego kolegium odwoławczego. SKO uznało skargę tylko jednego mieszkańca, którego ziemia bezpośrednio graniczyła z terenem inwestycji. – – podkreśla Siegieńczuk. – – dodaje.
To był też moment, gdy najbardziej aktywny mieszkaniec zaczął mieć problemy ze zdrowiem i nie mógł już tak angażować się w protest. –– wspomina kobieta.
Mieszkańcy Żurawlowa na własną rękę nie tylko próbowali prześledzić, jakie konsekwencje może mieć wydobycie gazu łupkowego oraz wydobyć informacje o koncesji Chevronu. Zaczęli również kontaktować się z mieszkańcami innych miejscowości, które miały leżeć na złożach gazu łupkowego. Wszystko to trwało miesiącami, a otwartym pytaniem pozostawało nawet to, czy Chevron w ogóle ma koncesję na wydobycie gazu. W czerwcu 2013 r. odbyło się spotkanie, na którym pokazano dokumenty potwierdzające jego prawa. – – wzdycha Siegieńczuk. – – zaczyna się denerwować, gdy przypomina sobie, jak zablokowali drogę dojazdową do działki, gdzie stały maszyny korporacji. Najpierw wydawało się, że wystarczy kilka godzin, potem dzień, może dwa i firma się wycofa. Ostatecznie cała wieś protestowała i blokowała budowę przez 400 dni.
Już po kilku dniach stanął namiot wojskowy i kuchnia polowa, potem doszły śpiwory, kamerka internetowa, bo nagrania z protestu zaczęliśmy pokazywać w internecie. – – opowiada Barbara.
Siegieńczuk jeździła po Polsce, by opowiadać o batalii małej wsi. Przestała mieć już całkiem czas dla swojej firmy i z końcem 2013 r. ją zamknęła. Ale Chevron nie odpuszczał. Zaczął zawiadamiać policję o popełnianiu przez protestujących wykroczeń. Pierwszy przyszedł wyrok nakazowy dla 34 osób: dla 30 z naganą, a dla czterech – Barbary, jej męża, sołtysa i jego żony – po 100 zł za przewodzenie blokadzie publicznej drogi. – – mówi Siegieńczuk. A tych zebrała łącznie osiem, w większości zbiorowych. Oskarżano ich o zniszczenie sprzętu, uniemożliwienie korzystania z działki, o bezpodstawne wezwanie policji...
Lech Kowalski, dokumentalista z Francji, podpowiedział, by akcję nazwać Occupy Chevron, bo tak stanie się bardziej rozpoznawalna na świecie. Zadziałało. Stronę z przekazem z kamerki internetowej odwiedzały codziennie dziesiątki tysięcy osób z całego świata. O proteście zaczęły pisać zagraniczne media: „Guardian”, „New York Times”, „Le Monde”. Żurawlów stał się sławny. Na tyle mocno, że niespodziewanie na początku lipca tego roku pracownicy Chevrona zabrali agregat, halogeny i przyczepę socjalną. Na miejscu zostały materiały budowlane i amerykańska flaga.
Barbara jednak wcale nie uważa, że to oznacza wygraną. Niedawno była w Stanach Zjednoczonych, gdzie zobaczyła, jak na żywo wygląda wydobycie gazu łupkowego. –
Justyna Chrapowicz: Związkowczyni
– – Justyna Chrapowicz ma 27 lat. Nie skończyła studiów, ma tylko maturę, zdążyła się już przeprowadzić z Białegostoku do Łodzi, potem do Wrocławia. W dwa lata została zastępcą szefa jednego z dyskontów Lidla i założyła pierwszy związek zawodowy w tej sieci. Jako szefowa związku weszła w spór zbiorowy z pracodawcą, została przez niego dyscyplinarnie zwolniona i wytoczyła mu proces przed sądem pracy.
– – opowiada kobieta.
Nadgodziny, problemy z odbiorem urlopów, bo w sklepach zatrudnianych było za mało osób i nie miał kto pracować na zastępstwach, ciągle zmieniane grafiki, nieprzedłużanie umów czasowych, gdy pracownik zgodnie z kodeksem pracy powinien już dostawać umowę na czas nieokreślony, praca ponad siły i coraz bardziej podkręcane normy. Cóż, w sumie nic drastycznego w porównaniu z tym, co Lidl robił w Niemczech czy Czechach. W marcu 2008 r. wybuchła afera, gdy „Stern” dotarł do liczących setki stron raportów detektywów wynajętych przez Lidla do szpiegowania zatrudnionych. Były to stenogramy z osobistych rozmów pracowników, często banalnych i prywatnych. Raporty detektywów (po części dawnych agentów Stasi) zawierały też opisy profili psychologicznych inwigilowanych ze sformułowaniami jak „posłuszny” czy „średnio inteligentny”. Z kolei w Czechach wyszło na jaw, że Lidl zmuszał pracownice mające okres do noszenia oznaczeń, by przełożony wiedział, dlaczego częściej korzystają z toalety. Lidl musiał wypłacić poszkodowanym miliony euro odszkodowania w związku z zarzutami łamania prawa.
– opowiada Chrapowska. Efektem było coraz większe przemęczenie. –– wspomina Chrapowska.
Na początku ona i jej koleżanki ze sklepu nieufnie potraktowały związkowca, bo obawiały się prowokacji ze strony firmy, której już raz w 2009 r. udało się nie dopuścić do powołania zakładowego związku. Lidl był już ostatnim bastionem pośród sieci handlowych, gdzie nie było związków. Kaufland w całym kraju ma 2 tys. związkowców, Carrefour 1,5 tys., Real 2,5 tys., nawet w Biedronce jest ich tysiąc. Chrapowicz jednak zaczęła temat związku drążyć. Pojechała do centrali Solidarności i dowiedziała się, jakie byłyby jego prawa i obowiązki. Chętnych do przystąpienia znalazła sporo, ale nikt nie pchał się na stanowiska kierownicze. – – wspomina.
I tak w styczniu 2013 r. została zarejestrowana organizacja zakładowa NSZZ „Solidarność” w Lidlu. Chrapowicz ze swoim zastępcą pojechała do centrali firmy do Poznania. – – wspomina Chrapowicz.
Obawy, że związkowcy mogą mieć problemy, szybko się potwierdziły. – – wspomina kobieta. Być może ustało, bo do związku zapisało się już ponad 160 osób – jak na liczący przeszło 12 tys. pracowników w całej Polsce Lidl to może nie dużo, ale wystarczająco, by zostały stworzone etaty związkowe. Chrapowicz zajęła się związkowymi obowiązkami, wizytami w sklepach, zbieraniem opinii od pracowników – z czym nie było prosto, bo sklepy nie pozwalały robić tego w godzinach ich pracy – i przygotowywaniem postulatów do rozmów z pracodawcą. –– mówi kobieta.
Zamiast tego Lidl przedstawił im swoją propozycję zasad współpracy: spotkania w terminach wyznaczanych przez centralę, ujawnienie listy członków związku, a już czarę goryczy przelało to, że umowa między Lidlem a związkowcami miała zostać objęta klauzulą tajności, za złamanie której groziło 500 tys. zł kary płatne w ciągu siedmiu dni. – – tłumaczy kobieta.
Na jesieni ubiegłego roku w kilku miastach przed sklepami tej sieci też zaczęły się protesty. Pracownicy nie tylko rozwiesili banery i rozdawali ulotki, ale i blokowali kasy, płacąc za zakupy jednogroszówkami. Kolejne po protestach spotkanie związku z pracodawcą przez tego ostatniego zostało wyznaczone na 21 grudnia. –– opowiada Chrapowicz.
Lidl związkowcom nie tylko postawił zarzuty zorganizowania nielegalnego strajku, lecz także fałszerstwa w dokumentach. Chrapowicz i jej zastępca mieli wzajemnie podrabiać swoje podpisy w pismach do pracodawcy. – – zarzeka się.
Dorota Długosz: 45 dzieci w szkole i pięcioro w domu
Dorota prosi, by zadzwonić wieczorem. – – wzdycha.
Nic dziwnego. Dorota Długosz z małej mazowieckiej wsi Lipiny położonej 30 km od Mińska Mazowieckiego obowiązków ma sporo. Szefuje Stowarzyszeniu Rozwoju Wsi Lipiny, Dębowce i Borki, uczy w prowadzonej przez stowarzyszenie podstawówce, walczy o finansowanie placówki i rozlicza kolejne projekty pozwalające całemu zespołowi szkolno-przedszkolnemu funkcjonować. A do tego sama ma piątkę dzieci.
Dziś w Polsce funkcjonuje ponad 200 małych szkół, które były skazane na likwidację, ale siłą woli rodziców i nauczycieli zostały uratowane i zamienione w jednostki niepubliczne. Jednak w 2004 r., gdy likwidacja z powodu za małej liczby dzieci miała dotknąć podstawówkę w Lipinach, takich przypadków niemal nie było. –– opowiada. –
FIO na płycie CD, bo we wsi krucho było wtedy z internetem, przysłało plik dokumentów, wniosków, umów, jakie trzeba było wypełnić, by starać się o przejęcie szkoły. – – wspomina Dorota.
Pomysł nie spotkał się z zachwytem ze strony lokalnych władz. Wójt wprawdzie obiecał na radzie gminy, że jeżeli szkoła spełni wszystkie warunki, to dotacja przeznaczana na każdego ucznia, który do niej będzie chodził, będzie na jej konto przelewana. – – opowiada kobieta.
Kiedy szkoła zaczęła już spokojniej działać, Długosz postanowiła najpierw otworzyć przy niej punkt przedszkolny: działający przez kilka godzin, by ludzi, którzy na wsi wciąż dosyć niechętnie posyłają dzieci do przedszkoli, przekonać do takiej opieki. Potem przyszła pora na przedszkole. W międzyczasie urodziła piąte dziecko i jeszcze postanowiła skończyć studia pedagogiczne. – – opowiada Dorota.
By szkoła i przedszkole mogły fajnie funkcjonować, stowarzyszenie zaczęło się starać o dotacje z programów unijnych. Zdobyto pieniądze na pracownię komputerową, wszystkie dzieci jedzą w szkole bezpłatny ciepły obiad, uczniów ubrano w mundurki. –– wzdycha Dorota.
– Prokuratorią?
– – śmieje się kobieta.
Dziś w zespole szkolno-przedszkolnym uczy się 45 dzieci. – – opowiada kobieta i tłumaczy, że do jej wsi coraz rzadziej kursuje autobus. – Nawet do Mińska trudno jest dojechać, więc wiele osób, które chętnie by gdzieś dorobiły, ma z tym problemy. A więc dlaczego by pracy do nich nie dowieźć?
– Wie pani, jak taką spółdzielnię założyć?