Choć od ujawnienia przez urzędników faktu, że zgłosili się do nich znalazcy "złotego pociągu" minęły dwa tygodnie, to sprawą zdążyło się zainteresować pół świata. Wałbrzych przeżywa prawdziwe oblężenie dziennikarzy mówiących najróżniejszymi językami. Z kolei wczoraj wicepremier Tomasz Siemoniak zadeklarował, że do poszukiwania, czy raczej wydobycia pociągu spod ziemi, zatrudnione zostanie wojsko.
Tymczasem od momentu, kiedy znalazcy zgłosili się do polskich urzędów… nikt ich o niczym nie poinformował i żaden z urzędników z nimi nie rozmawia. - – narzeka w rozmowie z nami Piotr Koper, który na co dzień w tym mieście prowadzi firmę budowlaną. - Wrzawa medialna wokół "złotego pociągu" została rozpętana nie przez nas znalazców, lecz z powodu wycieku poufnych dokumentów, które były złożone w urzędach państwa. Prokuratura została poinformowana o możliwości popełnienia przestępstwa w tej sprawie - piszą znalazcy w swoim oświadczeniu.
Co istotne, poszukiwacze skarbu odpierają także zarzut, że wydobycie znaleziska będzie kosztować krocie i że tę kwotę będzie musiało wyłożyć Państwo Polskie. - - informują w swoim oświadczeniu. Dodatkowo pasjonaci historii mówią, że cześć należnego im ustawowo znaleźnego będą chcieli przeznaczyć na powstanie muzeum związanego z tą sprawą i - że w ich opinii - pociąg powinien pozostać na Dolnym Śląsku jak bezcenna atrakcja turystyczna.
Niestety w dokumencie znalazcy nie ujawniają, w jaki sposób udało im się znalezisko odnaleźć oraz co - w ich opinii - może ono zawierać. Tak naprawdę wciąż jest to wielka niewiadoma - być może będzie to bezcenne znalezisko historyczne. Ale jest też szansa, że środek pociągu nie będzie zawierał jakkolwiek rozumianych "skarbów". Na razie jedyne co wiadomo, to że służby strzegą dostępu do miejsca znaleziska, a Wałbrzych turystycznie i tak już na tym skorzystał. Trudno przewidzieć, kiedy znalezisko może zostać wydobyte, ale wtedy napływ turystów do górniczego miasta może się radykalnie zwiększyć.