Sprawa nie należała do typowych, łatwych i oczywistych, była sprawą o charakterze poszlakowym. Niemniej jednak należy podzielić stanowiska sądów obu instancji, że te poszlaki ustalone w sposób respektujący przepisy, w pełni uprawniały do stwierdzenia, że skazany rzeczywiście dopuścił się sprawstwa tej zbrodni - mówiła w uzasadnieniu oddalenia kasacji sędzia SN Małgorzata Gierszon.

Na mocy prawomocnego wyroku Sądu Apelacyjnego w Katowicach sprzed roku o warunkowe zwolnienie skazany będzie mógł ubiegać się najwcześniej po 35 latach, czyli wyjdzie na wolność najwcześniej w marcu 2049 r. Będzie miał wtedy 77 lat.

Obrona w kasacji wskazywała m.in. na konieczność przeprowadzenia w sprawie dodatkowej opinii biegłych z zakresu pożarnictwa i zbadanie - należycie nie rozważanej dotychczas zdaniem obrony - hipotezy pożaru w wyniku zwarcia instalacji elektrycznej. Nie można podzielić poglądu, że sąd apelacyjny ocenił zarzuty w sprawie w sposób dowolny i pobieżny" - zaznaczyła jednak sędzia Gierszon.

Dodała, że już przy pierwszych oględzinach miejsca tragedii dokonanych jeszcze w dniu pożaru, przeprowadzający te oględziny specjaliści nie mieli wątpliwości, że pożar spowodowało podpalenie - z ich zeznań wynika bowiem, że "było dla nich oczywiste, że doszło do podpalenia". Jak dodała sędzia, nie było np. śladów przejścia ognia z miejsc w salonie do szafy stojącej na pierwszym piętrze, gdzie było największe źródło ognia. Zastając taki, a nie inny, stan faktyczny i czyniąc takie, a nie inne spostrzeżenia, trudno jest racjonalnie przypisywać biegłemu to, że nie zajął się hipotetyczną kwestią powstania pożaru od instalacji elektrycznej - wskazała sędzia Gierszon.

Do pożaru doszło w nocy 10 maja 2013 r. Zginęła w nim żona i czworo dzieci P., ocalał jedynie najstarszy syn. Według sądu, P. zabił, bo chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczenia i uwolnić się od rodziny. Został zatrzymany i aresztowany w marcu 2014 r. Gliwicka prokuratura zarzuciła mu zabójstwo pięciu osób oraz usiłowanie zabójstwa szóstej.

Powierzchnia pożaru była niewielka - ok. 15 m kw. Jego ognisko znajdowało się na piętrze domu jednorodzinnego, paliły się część schodów i szafa. Na miejscu zginęła 18-letnia najstarsza córka P., a czterolatka - w trakcie udzielania pomocy. Potem w szpitalach w Jastrzębiu Zdroju i Cieszynie zmarli kolejno: 10-letni chłopiec i 40-letnia matka dzieci oraz 13-letnia dziewczynka. Cała piątka spoczęła w jednym grobie na cmentarzu w Jastrzębiu Zdroju.

Wyrok I instancji zapadł w grudniu 2016 r. przed rybnickim wydziałem Sądu Okręgowego w Gliwicach. Sąd nie miał wątpliwości, że P. podłożył nocą ogień w kilku miejscach. Aby ogień mógł się łatwo rozprzestrzeniać, ułożył rząd poduszek z mebli ogrodowych. Aby zasugerować przypadkowy pożar, przeciął kabel zasilający, obok przewodu ułożył truchło myszy. Tuż przed ceremonią pogrzebową najbliższych wysyłał do siebie sms-y, sugerując, że pochodzą od rzekomego podpalacza. Biegli rozpoznali u P. osobowość psychopatyczną, wskazali m.in. na płytkość uczuć i wymuszony płacz, łatwość wysławiania się, powierzchowny urok, egocentryzm i brak wyrzutów sumienia.

Ustalenia sądu I instancji zasadniczo podtrzymał katowicki sąd apelacyjny.

Rodzina P. była stawiana za wzór, była bardzo wierząca i blisko związana z Kościołem; P. przez wiele lat był szafarzem w miejscowej parafii. Według oskarżenia, P. zabił, bo chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczenia. Oskarżony, który miał poważne długi, zawarł liczne umowy ubezpieczeń majątkowych i osobistych. Sąd wskazał także na inny motyw – P. chciał się też uwolnić od rodziny, a pieniądze, które uzyskałby z odszkodowań, byłyby jedynie środkiem do realizacji i korzystania z tej wolności.

W trakcie śledztwa u P. znaleziono książkę pt. "Psychiatria kliniczna i pielęgniarstwo psychiatryczne", która prawdopodobnie pomagała mu symulować chorobę i uniknąć kary w dwóch wcześniejszych gospodarczych sprawach karnych - biegli uznali go wtedy za niepoczytalnego.

Oskarżony konsekwentnie nie przyznawał się do zabójstwa, choć przyznał, że próbował skierować śledztwo na fałszywe tory. Wskazywał, że ewentualne odszkodowanie tylko w niewielkiej części pokryłoby jego długi. Twierdził, że w jego domu doszło do przypadkowego pożaru, a on sam w tym czasie był w innym miejscu, w oddalonym o ok. 10 km zakładzie w Pawłowicach, w którym montował meble. Dla większości świadków znających skazanego, nawet dla jego rodziny, to że skazany w nocy pracował, było wielkim zaskoczeniem - odniosła się do tych wyjaśnień sędzia Gierszon.

Obrońca P. mec. Eugeniusz Krajcer powiedział dziennikarzom po orzeczeniu SN, że nie udało się przekonać sądu, iż w sprawie trzeba przeprowadzić wszystkie dowody, aby mieć pewność, co było przyczyną pożaru. Być może przez jakąś opinię prywatną będzie można zasugerować, aby mogła być ona podstawą wznowienia postępowania. Będzie rozważana też skarga nadzwyczajna" - dodał.

Prokuratura wnosiła przed SN o uznanie kasacji za "oczywiście bezzasadną" i jej oddalenie, tego samego chciał pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych - i to ich zdanie podzielił SN.