Na obecnym etapie sporu, jaki rząd toczy ze środowiskiem sędziowskim, możliwe są co najmniej dwa scenariusze: zawieszenie broni lub zaostrzenie konfliktu. Dla stabilności prawa oraz bezpieczeństwa prawnego obywateli lepszy byłyby ten pierwszy. Gdyby jednak spór miał eskalować, możemy mieć poważny kryzys. I nie chodzi tylko o pojedyncze sprawy poszczególnych obywateli, którzy będą mieć problem z uzyskaniem ostatecznego, niepodważalnego orzeczenia sądowego. Brak pewności co do prawidłowości obsady najważniejszego sądu w Polsce może skutkować odmową uznawania polskiego orzecznictwa poza granicami naszego kraju oraz zniechęcać zagraniczny kapitał do inwestowania nad Wisłą.

Scenariusz 1: kompromis

Jak więc mogłoby wyglądać porozumienie? Kluczem jest dokończenie kadencji przez I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzatę Gersdorf. Jej usunięcie dowodzi w sposób symboliczny, że doszło do zaburzenia ciągłości instytucjonalnej. Bez względu na ocenę jej działalności, postawa Gersdorf dla opozycji i dużej części środowiska prawniczego stała się świadectwem obrony niezależności wymiaru sprawiedliwości przed PiS. Tak jest to także postrzegane w Komisji Europejskiej (KE). Dla koalicji rządzącej i jej wyborców, usunięcie prof. Gersdorf jest zaś symbolem prawdziwych reform w wymiarze sprawiedliwości. Ponieważ jednak kompetencje I prezesa SN nie są duże, to kompromis na tym polu (usankcjonowanie powrotu Gersdorf) nie musi wcale oznaczać dla partii Jarosława Kaczyńskiego realnych ustępstw. Zapewne też stronom trudno będzie uzyskać kompromis bez przywrócenia do czynnej służby wszystkich innych sędziów Sądu Najwyższego, objętych kontrowersyjnymi przepisami obniżającymi wiek stanu spoczynku z 70. do 65. lat. Obowiązek ich przywrócenia wynika zresztą wprost z postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), które zostało wydane w związku ze sporem, jaki z Polską toczy KE. Czy to jednak wystarczy, aby środowisko sędziowskie przestało kontestować reformę wymiaru sprawiedliwości autorstwa PiS?

– Zawsze byłem przeciwnikiem kompromisów w fundamentalnych sprawach. Jednak z uwagi na zastosowanie "środka tymczasowego" przez TSUE obawiam się, że bez nich się nie obejdzie – stwierdza prof. dr hab. Maciej Gutowski z Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, adwokat, specjalista w zakresie prawa cywilnego.

Jego zdaniem najważniejsze jest teraz, aby sędziom SN przymusowo odesłanym w stan spoczynku rządzący nie rzucali kłód pod nogi i po prostu pozwolili orzekać. Istotne jest również, aby nie złamać gwarancji nieusuwalności I prezesa SN. – Jeżeli to się ułoży, to istnieje szansa, że SN, mimo tego całego zamieszania będzie funkcjonować – przewiduje prof. Gutowski.

Problemem jednak mogą się okazać dwie nowe izby SN – dyscyplinarna oraz kontroli nadzwyczajnej i spraw publicznych. Zwłaszcza w przypadku tej drugiej istnieją wątpliwości co do prawidłowości jej obsadzenia: procedura ta została zakwestionowana przed Naczelnym Sądem Administracyjnym (NSA), który wydał postanowienia zabezpieczające, których celem było wstrzymanie procesu obsadzania izby. Okazało się to jednak nieskuteczne, gdyż prezydent i tak powołał nowych sędziów SN.

– Kiedy więc sędziowie ci zaczną orzekać, pojawi się praktyczny problem, czy wydawane przez nich orzeczenia będzie można skutecznie podważyć. I choć mam świadomość, że prezydent popełnił błąd przy ich powoływaniu, to jednak uważam, że ze względu na stabilność prawa, nie będzie można skutecznie podważać orzeczeń wydanych przez tych sędziów – uważa prof. Gutowski.

Dla PiS obie izby są bardzo ważne i – jak podkreślają przedstawiciele prezydenta – istnienie obu to warunek sine qua non ewentualnego kompromisu. Niejedyny. – Warunkiem prezydenta jest także utrzymanie instytucji skargi nadzwyczajnej oraz ławników w Sądzie Najwyższym – wyjaśniał w rozmowie z DGP wiceszef kancelarii prezydenta Paweł Mucha.

Scenariusz 2: zaostrzenie

A co w sytuacji, gdy rządzący będą utrudniać sędziom SN powrót do czynnego orzekania i będą chcieli postawić na czele najważniejszego sądu w Polsce jednego z nowopowołanych sędziów SN? – Bez spełnienia tych warunków, a więc przywrócenia sędziów SN do czynnej służby i pozostawienia prof. Gersdorf na stanowisku I prezesa SN, nie będzie można mówić o zachowaniu w naszym kraju standardów unijnych w zakresie praworządności – stwierdza prof. Gutowski.

Gdyby tak się stało, Komisja Europejska uznałaby, że w ten sposób Polska zlekceważyła postanowienie TSUE. Mogłaby wówczas wnioskować o nałożenie na nasz kraj kar pieniężnych za każdy dzień zwłoki w realizacji wymogów stawianych przez unijny trybunał. A to z pewnością nie przeszłoby bez echa na arenie międzynarodowej i oznaczałoby jeszcze większe problemy dla naszego wymiaru sprawiedliwości. Już dziś bowiem wyroki wydawane przez polskie sądy są traktowane poza granicami kraju z dużą dozą braku zaufania. Może się więc okazać, że pogłębienie obaw co do poszanowania zasad praworządności doprowadzi do izolacji polskiego wymiaru sprawiedliwości i uniemożliwi np. wymianę osób poszukiwanych czy też egzekucję zaległości z elementem transgranicznym.

W UE może to także oznaczać, że zostaniemy pozbawieni prawa głosu, jeśli Węgrzy się wymiksują z poparcia dla nas – zauważa Borsy Budka z PO.

Jednak szanse akurat na taki rozwój wypadków dziś wydają się małe, gdyż na razie widać, że nie ma wystarczającej liczby głosów w Radzie, by przejść do kolejnego punktu procedury zgodnej z art. 7 traktatu o Unii Europejskiej.

Z całą pewnością taki scenariusz oznaczałby eskalację sporu na naszym krajowym podwórku. Nie należy się bowiem spodziewać, że sędziowie SN przeniesieni przymusowo w stan spoczynku złożą broń. Zwłaszcza że wrócili już do orzekania, nie czekając na ruch ze strony rządzących. I w tym miejscu dochodzimy do kolejnego elementu zapalnego, jeżeli chodzi o tzw. reformę SN, a mianowicie do nowo utworzonej Izby Dyscyplinarnej SN. Niemal połowa jej składu to prokuratorzy kojarzeni z obecnym ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą, a prawie wszystkie osoby w niej zasiadające są w mniejszym lub większym stopniu powiązane z obozem dobrej zmiany. Stąd właśnie obawa, że izba mogłaby zostać wykorzystana do spacyfikowania tych sędziów SN, którzy nie podporządkują się woli polityków i powołując się na konstytucję oraz rozstrzygnięcie unijnego trybunału nadal będą orzekać. Potencjalnie Izba Dyscyplinarna mogłaby im za to odebrać stanu spoczynku, co wiązałoby się oczywiście z pozbawieniem ich środków do życia.

Gdyby ten czarny scenariusz się sprawdził, mielibyśmy do czynienia z ogromnym chaosem prawnym, który odczulibyśmy wszyscy. W zależności od sympatii politycznych stający przed SN podważaliby jego orzeczenia z tego powodu, że w składzie orzekającym był sędzia X lub sędzia Y.

Największym przegranym w tym sporze nie są sędziowie, a obywatele, którym na skutek przeprowadzanych zmian w sposób drastyczny pogorszono dostęp do sądownictwa. I nie chodzi tutaj tylko o zmiany ograniczające sędziowską niezawisłość czy to niezależność sądownictwa. Zamiast wprowadzać rozwiązania ułatwiające obywatelom uzyskiwanie rozstrzygnięć sądowych, uwsteczniono procedury – cywilną cofając do procesu formułkowego, a karną do inkwizycyjnego. Znów mamy rozwiązania wygodne dla sędziów, a nieprzyjazne obywatelom – podkreśla prof. Gutowski.

Nawet jednak gdyby rządzący cofnęli się w sprawie reformy SN, to i tak pozostaje kwestia Krajowej Rady Sądownictwa (KRS) oraz Trybunału Konstytucyjnego (TK). Obie te instytucje przeszły już proces "reform" i w oczach sporej części prawników uchodzą za niewiarygodne. W obu przypadkach istnieją bowiem wątpliwości co do prawidłowości sposobu wyłonienia ich członków. A są to instytucje ogromnie istotne dla ustroju państwa – TK decyduje o tym, czy prawo uchwalane przez polityków jest zgodne z ustawą zasadniczą, a więc tak de facto wytycza im granice rządzenia, a z kolei KRS ma ogromny wpływ na to, kto zostanie sędzią, a później kto w tym zawodzie awansuje.

W przypadku tych dwóch instytucji (KRS i TK) kompromis jest trudny. Na skutek naruszeń założeń konstytucyjnych przy ich obsadzaniu, organy te stały się dysfunkcjonalne w świetle powierzonych ustawą zasadniczą zadań, więc kompromis musiałby polegać na zbudowaniu ich od nowa. Być może na poziomie SN, a koniecznie z uwzględnieniem mechanizmu bezpośredniego stosowania i wykładni konstytucji na poziomie sądów powszechnych i administracyjnych. Koncept wyłączności 15-osobowego trybunału na wykładnię konstytucji oparty na XIX-wiecznym pozytywizmie jest skompromitowany. Popełnione błędy (w toku zmian w TK i KRS) są po prostu nienaprawialne i już zawsze będą nam się odbijały czkawką – uważa Maciej Gutowski. Co gorsza, jego zdaniem nie ma większych szans na ich uzdrowienie. – Mam poważne wątpliwości, czy partia, która kiedyś wygra wybory, tak chętnie zrezygnuje z tych narzędzi, które dostanie na tacy od swoich poprzedników. Nie sądzę – przewiduje.

Czy to oznacza więc, że jesteśmy skazani na chaos prawny?

Sytuacja niepewności będzie trwać dopóty, dopóki wszyscy nie zrozumieją, że o tym, kto ma zostać sędzią, muszą decydować tylko i wyłącznie kwestie merytoryczne, a nie sympatie – uważa prof. Gutowski.

Katalizatory

To, który scenariusz zostanie zrealizowany, zależy od kilku czynników. Pierwszym jest reakcja na decyzje TSUE w sprawie środków zabezpieczających. Jasne jest, że sam nakaz wstrzymania nominacji w SN na miejsca po sędziach odesłanych w stan spoczynku, nie budzi wątpliwości. Deklaracje prezydenta i KRS w tej sprawie są jednoznaczne. Kłopot jest ze środkami tymczasowymi, o jakich zdecydował TSUE. Rząd ma problem z tą częścią postanowienia, która nakazuje przywrócenie sędziów do orzekania. Samozwańczo taką decyzję podjęła I prezes SN Małgorzata Gersdorf – wróciła do pracy i wezwała do niej innych sędziów. Tyle że zdaniem rządu nie można tego uczynić bez zmiany prawa. A to z kolei budzi wątpliwości jako sprzeczne z ideą zabezpieczenia. – Zabezpieczenie służy do ochrony interesu strony przez powstrzymanie się od działań. A tu mówimy o zmianie prawa – podkreśla Stanisław Piotrowicz poseł PiS. – Przypuśćmy, że w ramach wykonania środków tymczasowych zmienimy prawo i przywrócimy sędziów. A co się stanie, jeśli za kilka miesięcy TSUE uzna, że jednak mieliśmy prawo zmienić wiek emerytalny i odesłać do stanu spoczynku sędziów bez żadnego okresu przejściowego? – wyjaśnia.

– Będzie kłopot – podkreśla osoba z rządu. Widać więc, że potencjalnie to punkt zapalny, który będzie poruszony podczas rozprawy przed TSUE w sprawie zasadności zastosowania środków tymczasowych. Mimo to w obozie rządowym trwa namysł nad tym, jak ewentualnie mogłaby wyglądać ustawa wdrażająca środki zarządzone przez TSUE. Deadlinem jest poniedziałek. Do 19 listopada polski rząd ma czas na pokazanie Komisji co zrobił, by środki tymczasowe wdrożyć.

Kolejnym czynnikiem, który zdecyduje, jaki scenariusz zostanie zrealizowany, będzie reakcja na ostateczne orzeczenie TSUE. O ile jeszcze niedawno rząd podkreślał, że TSUE nie ma podstaw prawnych do zajmowania się sprawą i zapewne takie stanowisko zaprezentuje na rozprawie, o tyle obecnie da się wyczuć ze strony gabinetu Mateusza Morawieckiego gotowość do wdrożenia ewentualnego orzeczenia TSUE. To nie dziwi, bo rząd nie ma tu wielkiego pola manewru – choć oczywiście wszystko zależy od ostatecznego kształtu orzeczenia. Bo w tym sporze jest także druga strona. Oprócz pobudek dotyczących obrony niezależności sądownictwa w sporze z polskim rządem zarówno Komisja Europejska, jak i TSUE ujrzały okazję do poszerzenia swoich kompetencji i zwiększenia politycznego znaczenia. I jeśli okaże się, że ich działania będą restrykcyjne, to może być to takim samym zagrożeniem dla kompromisu jak ostry kurs przyjęty przez PiS.

Wreszcie bardzo duży wpływ na kurs w sprawie SN będzie miała bieżąca polityka. Przed PiS są najpierw wybory europejskie a później parlamentarne. Już II tura wyborów samorządowych i końcówka kampanii wyborczej pokazały, jak cały obóz prawicy traci na fermencie polexitu. Widać było to w reakcjach na wniosek Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego na finiszu kampanii wyborczej w sprawie pytań prejudycjalnych. To właśnie on ułatwił opozycji atakowanie PiS, co okazało się największym zagrożeniem dla wyniku partii w wyborach. Obawa tym, jak pojawiające się tu i ówdzie hasła o polexicie wpłyną na wyborcze sondaże, jest w tej chwili poważnym argumentem za złagodzeniem kursu i pójściem na kompromis z Brukselą. Nie wiadomo jednak, czy do jakichkolwiek ustępstw będzie chętna Komisja. Nie ma zresztą pewności, czy w PiS nie zwycięży jednak opcja twardego stanowiska. Nie wie tego także opozycja.

– Nie mam pojęcia, jaka u nich zwycięży opcja, czy miękka czy twarda. Mają tyle problemów, że wydaje się, że powinni wyciszać kolejny, ale co się stanie nie wiadomo – mówi Borys Budka.

Jak do tego doszło

Wojna, którą wypowiedział wymiarowi sprawiedliwości PiS, trwa nieprzerwanie od 2015 r., a więc odkąd formacja ta wygrała wybory parlamentarne. Jednak tak naprawdę droga krzyżowa sądownictwa rozpoczęła się kilka miesięcy wcześniej, kiedy to rządząca wówczas kolacja PO-PSL, zdając sobie zapewne sprawę z tego, że nie uda jej się zdobyć większości w zbliżających się wyborach, w pośpiechu zaczęła prace nad nową ustawą o Trybunale Konstytucyjnym.

W efekcie sprawiła Jarosławowi Kaczyńskiemu wymarzony prezent: w toku prac nad projektem nowej ustawy o TK, niemal w ostatniej chwili, wrzuciła do niego poprawkę mającą jej zagwarantować wybór pięciu sędziów TK. To właśnie to zdarzenia PiS wykorzystał jako pretekst, gdy po wygranych przez siebie wyborach narzucił szybkie tempo wprowadzania swoich porządków w najważniejszym sądzie w kraju.

Stacja 1: maj 2015 r.

Przypomnijmy – PO zaczęło się spieszyć z uchwaleniem projektu nowej ustawy o TK tuż po tym, gdy w wyborach prezydenckich w maju 2015 r. – niespodziewanie – Bronisław Komorowski przegrał z mało wówczas znanym politykiem PiS Andrzejem Dudą. Podczas prac w komisji do projektu trafiło kilkadziesiąt poprawek, w tym ta najważniejsza, skracająca z trzech miesięcy do 30 dni termin na zgłoszenie kandydatów na stanowiska w TK, które miały być zwolnione w 2015 r. I w ten oto sposób PO zapewniła sobie, że zanim odda władzę w zbliżających się wyborach parlamentarnych, obsadzi jeszcze trybunał aż pięcioma sędziami. To wywołało protesty po prawej stronie sceny politycznej, która twierdziła, że w ten sposób PO przeprowadza „skok na TK”. A to dlatego, że dwóch sędziów miało zostać wybranych jakby „na zapas”, a więc na miejsca, które miały być zwolnione dopiero w grudniu – już po zmianie u sterów władzy. PO wyjaśniała, że celem tej operacji było tylko i wyłącznie zapewnienie ciągłości pracy najważniejszego sądu w Polsce.

Stacja 2: październik 2015 r.

Protesty nie przyniosły efektów i 8 października 2015 r., a więc na kilkanaście dni przed upływem kadencji, Sejm głosami PO-PSL do TK wybrał Romana Hausera, Andrzeja Jakubeckiego, Krzysztofa Ślebzaka, Bronisława Sitka i Andrzeja Sokalę. Pierwsi trzej mieli zapełnić wakaty, które powstały na początku listopada. Pozostali dwaj mieli rozpocząć kadencję w TK w grudniu, a więc już po ukonstytuowaniu się Sejmu nowej kadencji. Tak się jednak nie stało. Prezydent Andrzej Duda bowiem nie odebrał ślubowania od żadnej z tych osób.

I wówczas sprawy zaczęły toczyć się błyskawicznie. Rozpoczął się bowiem wyścig nowego Sejmu z TK, w którym na tamten moment zdecydowaną większość nadal stanowili sędziowie wybrani przez PO-PSL. Zapoczątkowało go złożenie przez posłów PiS wniosku do TK, w którym domagali się oni uznania za niekonstytucyjny przepisu, który pozwolił PO-PSL wybrać pięciu sędziów trybunału. Później ten wniosek wycofali, jednak wrócił on do TK za sprawą posłów PO.

Stacja 3: listopad 2015 r. – grudzień 2016 r.

Następnie doszło do uchwalenia pierwszej z sześciu uchwalonych w okresie od listopada 2015 r. do grudnia 2016 ustaw dotyczących TK. Nowela miała umożliwić obecnemu Sejmowi powtórny wybór pięciu sędziów TK. Błyskawicznie została zaskarżona do trybunału przez posłów PO, ale nie tylko. Swoje wnioski w tej sprawie złożyli m.in. I prezes SN oraz Krajowa Rada Sądownictwa. Zanim jednak trybunał pochylił się nad wnioskami, Sejm zdążył podjąć pięć uchwał w sprawie stwierdzenia braku mocy prawnej uchwał o wyborze na sędziów TK Hausera, Jakubeckiego, Ślebzaka, Sitka i Sokalę. Niejako w reakcji na te działania Sejmu trybunał wydał postanowienie mające zabezpieczyć wniosek posłów PO. Nakazał w nim, aby organy państwowe powstrzymały się z czynnościami zmierzającymi do wyboru nowych sędziów TK do czasu wydania przez trybunał ostatecznego orzeczenia.

Sejm oczywiście nie zastosował się do tego postanowienia i 2 grudnia 2015 r. podjął uchwały o wyborze Henryka Ciocha, Lecha Morawskiego, Mariusza Muszyńskiego, Piotra Pszczółkowskiego i Julii Przyłębskiej. Uzasadniano, że wybór sędziów przez poprzednią większość rządzącą był dokonany z naruszeniem prawa, a tym samym był nieważny. Padł również argument, jakoby PO, „wsadzając” do TK swoich ludzi, chciała w ten sposób uniemożliwić PiS przeprowadzenie reform, w tym zablokować sztandarowy program 500+. Uchwały o wyborze pięciu nowych osób do TK ukazały się w „Monitorze Polskim” 2 grudnia 2015 r. Następnym ruchem było odebranie przez prezydenta ślubowania od Ciocha, Morawskiego, Muszyńskiego, Pszczółkowskiego i Przyłębskiej. Stało się to błyskawicznie, bo w nocy z 2 na 3 grudnia. Wówczas ślubowały cztery osoby, ostatnia stawiła się w tym celu w Pałacu Prezydenckim 9 grudnia.

Dzięki temu ruchowi rządzącym udało się wyprzedzić o kilkanaście godzin ruch ze strony TK. Ten bowiem 3 grudnia w pełnym składzie pochylił się nad zaskarżonymi najpierw przez posłów PiS, a później posłów PO przepisem, który pozwolił Sejmowi poprzedniej kadencji wybrać pięciu sędziów TK. I stwierdził, że regulacja była częściowo zgodna z konstytucją, a częściowo nie. Mówiąc wprost: koalicja mogła wybrać trzech sędziów TK na wakaty, które powstały w listopadzie, ale już nie tych, którzy mieli rozpocząć kadencję od grudnia. Od tego momentu Henryka Ciocha, Lecha Morawskiego, Mariusza Muszyńskiego zaczyna się określać mianem sędziów dublerów. Oczywiście wyrok TK nic nie zmienił, a ówczesna premier Beata Szydło wstrzymała jego wykonanie.

Te oraz późniejsze wydarzenia, które dotyczyły m.in. prawidłowości wyboru na prezesa TK Julii Przyłębskiej, odbiły się szerokim echem i spowodowały upadek autorytetu sądu konstytucyjnego, co potwierdza chociażby dużo niższy wpływ spraw do niego niż w latach wcześniejszych, a także wycofanie z TK wniosków przez niektóre z organów uprawnionych do ich wnoszenia (np. Krajową Radę Sądownictwa czy rzecznika praw obywatelskich).

Jednak mimo tego, że spora część prawników kwestionuje TK w takim składzie, w jakim on obecnie funkcjonuje, faktem jest, że PiS udało się osiągnąć w tej kwestii wszystko, co tylko można było. W rekordowym tempie wskazane przez obóz władzy osoby uzyskały większość w TK. W efekcie TK, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba, w ekspresowym tempie rozpatruje sprawy istotne dla PiS z politycznego punktu widzenia, i to zawsze w składzie, w którym przewagę mają sędziowie wybrani przez to ugrupowanie.

Stacja 4: lipiec 2017 r.

Dla obecnej ekipy rządzącej zdobycie sądu konstytucyjnego okazało się jednak niewystarczające. Dlatego też, po rozprawieniu się z TK, wzięła sobie na cel sądownictwo powszechne oraz Sąd Najwyższy. I tak oto w lipcu 2017 r. Sejm uchwalił trzy niezwykle ważne ustawy: o Sądzie Najwyższym, o zmianie ustawy o KRS oraz nowelizującą prawo o ustroju sądów powszechnych (dalej: u.s.p.). Na skutek pierwszej z wymienionych wygaszony miał zostać de facto cały SN. Ustawa przewidywała bowiem przeniesienie wszystkich sędziów SN w stan spoczynku. Wyjątkiem mieli być tylko ci, którzy uzyskają akceptację ministra sprawiedliwości. Wygaszona miała zostać także kadencja I prezesa SN. Ustawa wprowadzała trzy nowe izby SN – prawa prywatnego, prawa publicznego i dyscyplinarną. Drugi projekt zakładał wygaszenie kadencji ówczesnych członków KRS będących sędziami i wybranie w ich miejsce nowych. Wyboru tego jednak nie miało już dokonywać samo środowisko sędziowskie, lecz Sejm spośród osób zgłoszonych przez posłów. Rada miała zostać podzielona na dwa zgromadzenia, a w jednym z nich większość mieli stanowić politycy, zaś dla ważności uchwał w sprawie nominacji sędziowskich wymagana była zgoda obu zgromadzeń. Trzecia z lipcowych ustaw dawała ministrowi sprawiedliwości półroczną swobodę w odwoływaniu prezesów i wiceprezesów sądów.

Uchwalenie tego trójpaku wywołało masowe protesty. Ludzie gromadzili się pod sądami, przed Pałacem Prezydenckim, pod Sejmem, aby bronić konstytucyjnych zasad, takich jak trójpodział władz czy też niezależność sądownictwa. W efekcie prezydent zdecydował się zawetować ustawy, jednak nie wszystkie. Andrzej Duda podpisał bowiem nowelizację u.s.p. Jeżeli zaś chodzi o SN i KRS, to zapowiedział przygotowanie własnych projektów, które później ze znaczącymi poprawkami przeforsowanymi w Sejmie przez Ministerstwo Sprawiedliwości zostały uchwalone.

Stacja 5: luty 2018 r.

Choć prezydentowi udało się wyeliminować wiele wątpliwych rozwiązań, to jednak jego pomysły również spotkały się z ogromną krytyką. W przypadku rady bowiem Andrzej Duda nie zrezygnował z pomysłu wygaszenia kadencji sędziów zasiadających w tym organie ani z tego, aby nowych powoływał Sejm (choć na nieco innych warunkach). W efekcie w lutym br. ogłoszony został konkurs na członków KRS. Zgłaszać sędziów mogli albo sami sędziowie w liczbie co najmniej 25 lub grupa minimum 2 tys. obywateli. Na 15 miejsc zgłoszonych zostało zaledwie 18 kandydatów. I, jak się okazało, byli nimi przede wszystkim ludzie w mniejszym lub większym stopniu związani albo bezpośrednio z ministrem sprawiedliwości, albo z jego zastępcą w resorcie Łukaszem Piebiakiem. To nie przeszkodziło posłom PiS wybrać spośród nich 15 nowych członków KRS. I tym oto sposobem politykom udało się obsadzić zaufanymi postaciami kolejny organ wymiaru sprawiedliwości. Organ niezwykle ważny, bo odgrywający kluczową rolę w doborze kadry sędziowskiej. Rada bowiem przedstawia prezydentowi kandydatów do tego zawodu.

Było oczywiste, że bez wymiany KRS PiS-owi nie uda się przeprowadzić zaplanowanych zmian w SN. Nowa ustawa o SN przygotowana przez prezydenta, choć dużo łagodniejsza w swych skutkach niż ta pierwsza, poselska, również prowadziła bowiem do wymiany kadrowej w SN. Ta miała być skutkiem obniżenia z 70. do 65. lat wieku, w którym sędziowie SN przechodzą w stan spoczynku. Przepis ten objąć miał ok. 40 proc. kadry orzekającej w SN, w tym m.in. pełniącą funkcję I prezesa SN Małgorzatę Gersdorf, czy też kierujących poszczególnymi izbami SN Józefa Iwulskiego oraz Stanisława Zabłockiego. Ustawa przewiduje, że sędziowie, którzy chcą nadal orzekać pomimo ukończenia 65. roku życia, mogą złożyć odpowiednie oświadczenie oraz zaświadczenie lekarskie. Jeżeli uzyskają najpierw rekomendację rady, a później prezydenta, mogą pozostać na swoim stanowisku przez kolejne trzy lata. Część sędziów SN uznała, że przepisy te są niezgodne m.in. z konstytucyjną zasadą nieusuwalności sędziów. W przypadku prof. Gersdorf pojawił się również zarzut niezgodności przepisu z zapisaną w ustawie zasadniczej sześcioletnią kadencją I prezesa SN. W efekcie niektórzy sędziowie SN złożyli oświadczenia, ale nie te wymagane przez przepisy ustawy, a takie z powołaniem się na konstytucję. W związku z tym KRS oceniła ich negatywnie, a prezydent nie wyraził zgody na ich dalsze orzekanie. Rządzący uznali więc, że sędziowie ci przeszli w stan spoczynku z mocy prawa. To jednak nie zakończyło sprawy.

SN bowiem zadał pytania prejudycjalne do TSUE w kwestii przepisów obniżających wiek przechodzenia w stan spoczynku sędziów SN. Wydał przy tym postępowanie zabezpieczające, którego skutkiem miało być nieodsyłanie w stan spoczynku sędziów objętych zakwestionowanymi regulacjami. To wywołało spore wątpliwości. Zastanawiano się, czy SN miał postawy prawne do wydania takiego postanowienia, a jeżeli tak, to jaki jest jego zakres. Aby nie komplikować i tak zagmatwanej już sytuacji, sędziowie, którzy osiągnęli 65. rok życia, powstrzymali się od działalności orzeczniczej. Profesor Gersdorf zastępuje obecnie najstarszy czynny prezes izby SN, czyli Dariusz Zawistowski. W między czasie PiS-owi za pomocą KRS udało się obsadzić dwie nowo utworzone izby SN – dyscyplinarną oraz izbę kontroli nadzwyczajnej i spraw publicznych.