"Gazeta" zdobyła uzasadnienie tymczasowego aresztowania siedmiu żołnierzy przez poznański sąd. Sędziowie oparli się na opowieści żołnierzy, którzy widzieli 16 sierpnia ostrzał wioski Nangar Khel, oraz dwóch świadków incognito oznaczonych w śledztwie X1 i X2. Także trzej aresztowani szeregowcy z 1. plutonu szturmowego z bazy Wazi- Kwa zeznali w śledztwie, jak wyglądały kulisy tragicznego ostrzału.
Z relacji jednego z nich wynika, że ostrzał wioski - i to niejednej - był planowany, zanim w ogóle Polacy wyjechali z bazy Wazi-Kwa i ruszyli na pomoc żołnierzom, którzy wpadli na minę.
Tak twierdzi np. jeden z aresztowanych szeregowców, 26-letni Jacek J. Według jego zeznań, już na miejscu rozkaz do strzelania wydał mu jego przełożony, plutonowy Tomasz B. Kazał mu celować "w kierunku wioski, w prawą jej stronę, we wzgórze położone 100-200 m od zabudowań".
Kto wydał rozkaz Tomaszowi B. Tego nie wiadomo. Ale z dokumentów, które poznała "GW", wynika jasno, z kim plutonowy ustalił fałszywą wersję zdarzeń. Widząc, że ostrzał spowodował ofiary cywilne, Tomasz B. natychmiast zadzwonił do majora Olgierda C. - dowódcy bazy Wazi-Kwa (dziś w areszcie). A potem ustalił z chorążym Andrzejem O. i podporucznikiem Łukaszem B. (obaj w areszcie), że jako przyczynę ostrzału podadzą atak talibów.
Tak ustalona wersja zdarzeń między oficerami trafiła niżej, do szeregowców. I tak też zeznawali oni razem z przełożonymi jeszcze na początku śledztwa. Potem wszyscy po kolei przyznali, że zmyślili tę wersję, bo bali się konsekwencji ostrzału.
Tymczasem major Olgierd C. zdecydowanie zaprzecza tej wersji. Jego zdaniem byli podwładni próbują zrzucić na niego odpowiedzialność za tragedię. Jego adwokat powiedział DZIENNIKOWI, że Olgierd C. gdy tylko dowiedział się o ostrzale, nakazał go przerwać. Gdzie wtedy był? Jego adwokat mówi, że na "stanowisku dowodzenia", nie precyzuje jednak, co to za miejsce.