Ochrona polskiej ambasady w Kabulu przypomina teatr absurdu. W poprzednich numerach DZIENNIK pisał o tym, że placówka nie spełnia podstawowych wymogów bezpieczeństwa: mieści się w najwyższym budynku w okolicy, bo taki wybrało Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Nie jest chroniona betonowymi zaporami przed wjazdem samochodu wypełnionego ładunkami wybuchowymi, a ambasador mieszka na ostatnim piętrze, które z łatwością można ostrzelać z granatnika. W dodatku zarówno dyplomacie, jak i funkcjonariuszom BOR, którzy chronią budynek, nie przydzielono samochodów opancerzonych ani nie wydano odpowiedniego uzbrojenia. Wygląda to tak, jakbyśmy sami wystosowali terrorystom zaproszenie do ataku.

Teraz okazuje się, że sytuacja jest jeszcze gorsza: przez wiele miesięcy ambasador nie miał ochrony osobistej, takiej, jaką w Iraku ma gen. Edward Pietrzyk, ponieważ MSZ nie wystąpiło do MSWiA z formalnym wnioskiem w tej sprawie. Co to oznaczało? Czterej funkcjonariusze BOR mieli zajmować się wyłącznie budynkiem. Jeżeli dyplomata poruszał się po ulicach Kabulu, spotykał się w terenie z lokalnymi politykami lub polskimi wojskowymi, tam ochrona już mu nie przysługiwała.

Jako ambasador musiał jednak wykonywać swoje obowiązki. Prosił więc o pomoc funkcjonariuszy BOR. Pomagali mu, owszem, tyle że... nielegalnie. – "Gdyby któremuś z nas coś się stało, do końca życia nie wytłumaczylibyśmy się przed prokuratorem z tego, co robiliśmy na ulicach Kabulu. Nam nie wolno było tam działać i przebywać" – mówi DZIENNIKOWI jeden z funkcjonariuszy, który kilka tygodni temu wrócił z Afganistanu.

DZIENNIK zapytał w MSZ o to, kto odpowiada za ochronę polskiego ambasadora. "Przygotowujemy wyjaśnienia w tej sprawie, ale muszę zaznaczyć, że takie sprawy jak ochrona osobista należą do sfery informacji niejawnych" – mówi Alicja Rakowska, naczelnik wydziału prasowego MSZ.

Były dowódca 1. Pułku Specjalnego Komandosów z Lublińca płk Bogdan Kołtuński jest tą sytuację oburzony. "Natychmiast powinny być wypracowane procedury pozwalające na automatyczne obejmowanie szczególną ochroną polskich dyplomatów i misji humanitarnych w krajach, do których wysyłamy nasze wojska" – mówi. Dziwi go brak współpracy między MSZ, MSWiA i BBN. "Amerykanie, zanim wyślą wojsko, najpierw przygotowują pełną infrastrukturę dla dyplomatów" – podkreśla.

DZIENNIK ustalił, że dopiero po zamachu na ambasadora Edwarda Pietrzyka w Iraku, do którego doszło 3 października, MSZ i MSWiA otrząsnęły się z letargu. Na skutek tego ataku zmarł funkcjonariusz BOR Bartosz Orzechowski, a ambasador, ciężko poparzony, ledwie uszedł z życiem.

Jak dowiedział się DZIENNIK, kilka tygodni po tym wydarzeniu do ochrony ambasadora Najdera w Kabulu skierowano grupę komandosów GROM. Tego faktu nikt oficjalnie jednak nie potwierdza. "Ja o tym nic nie wiem" – mówi DZIENNIKOWI dowódca GROM Piotr Patalong, uśmiechając się tajemniczo.