Niektórzy nie wierzą w to, że nasze losy są zapisane w gwiazdach. Jak zatem wytłumaczyć, że sławę Przemysławowi Salecie przepowiedział znany jasnowidz Filipek z Waliszowa? Te historię do dziś opowiada się w tych stronach, gdzie Przemek się wychowywał - pisze "Fakt".

Wiele lat temu jasnowidza Filipka odwiedziła ciotka Salety. Miała przy sobie zdjęcie Przemka i jego młodszego brata Aleksandra. Ledwo jasnowidz spojrzał na fotografię, od razu wykrzyknął: jeden z nich będzie kiedyś sławny. Zaledwie dwa lata później Przemek odniósł swój pierwszy sukces.

Jeśli ktoś myśli, że przyszły bokser niemal od kołyski musiał być zabijaką, bardzo się myli. Jako dziecko Przemek był bardzo grzecznym chłopcem. Pochodził z dobrej, szanowanej rodziny. Urodził się we Wrocławiu, ale zaraz po jego narodzinach cała familia zjechała do miasteczka Strzelin, a następnie przeniosła się do Przeworna, gdzie Jan, ojciec Przemka, został dyrektorem miejscowego PGR. Potem zamieszkali w Bystrzycy Kłodzkiej. Maria, mama Przemka, była nauczycielką polskiego i angielskiego w jednym z tamtejszych liceów.

Chucherko wyrasta na siłacza
W podstawówce był chucherkiem, nic nie zapowiadało, że wyrośnie z niego tak postawny facet. A w czasach liceum, choć wyrósł, nadal pozostał chudzielcem i uchodził za jednego ze słabszych fizycznie chłopaków. "To był bardzo grzeczny chłopak, a jak wiadomo, takie dzieci są często popychane przez rówieśników. Przemek w pewnym momencie miał tego dość. Postanowił, że się nie da i w ukryciu zaczął trenować" - powiedział nam pan Jerzy, znajomy rodziny.

Podobnie mówi o nim przyjaciel rodziny, pan Czesław. "Przemek był bardzo zdolnym chłopcem, wcześnie poznał języki obce, ale najlepszy był z matematyki. Był też bardzo ambitny i do wszystkiego chciał dojść sam" - opowiada.

I tak pochłonął go sport. Grał w piłkę nożną, koszykówkę i siatkówkę. W liceum zaczął ćwiczyć i podnosić ciężarki. Pierwszą swoją sztangę zrobił sam z kamieni, druga była już profesjonalna, kupiona w fachowym sklepie. Na efekty długo nie trzeba było czekać. Koledzy przestali go zaczepiać, bo jego mięśnie nie wróżyły im niczego dobrego.

Będę jak Bruce Lee
To były lata 80., wszystkie dzieciaki biegały po podwórku i marzyły, by zostać drugim Brucem Lee. Fascynacja kik-boxingiem i wschodnimi sztukami walki nie ominęła i Przemka. To właśnie dlatego zdecydował się na studia w Warszawie. W stolicy mógł trenować w profesjonalnych klubach. W 1986 roku zaczął studiować handel zagraniczny i ćwiczyć w sekcji kick-boxingu przy Politechnice Warszawskiej. Jak sam mówił, do treningów podchodził od początku bardzo poważnie, choć wtedy o walkach na światowych arenach nawet nie marzył. W jednym z wywiadów przyznał, że myślał tylko o wygraniu swej pierwszej walki...

Ale gdy to się udało, zamarzył o mistrzostwie Polski i turniejach międzynarodowych. Jego zaangażowanie i hektolitry potu wylane na treningach szybko przyniosły efekt. Zaledwie dwa lata od profesjonalnych treningów Przemek został mistrzem Europy wagi superciężkiej. Potem były kolejne sukcesy i tytuły - m.in. mistrza Europy zawodowców i mistrza świata zawodowców.

U wrót światowej sławy
W kik-boxingu zdobył właściwie wszystko, dlatego pomyślał o spróbowaniu swych sił w boksie - to był 1991 rok. Właśnie wtedy dostrzegł go znany trener Angelo Dundee. Swą debiutancką walkę na zawodowym ringu bokserskim Saleta wygrał. Na początku 1992 roku przeprowadził się na Florydę. Tam w swojej szóstej walce zdobył tytuł zawodowego mistrza Florydy w kategorii lekkociężkiej. Tytuł ten obronił jeszcze kilkakrotnie.

W 1995 r. Przemek zdecydował się na przejście do kategorii ciężkiej. Po kilku zwycięstwach stanął do walki z Chorwatem Mavrovicem o tytuł Zawodowego Mistrza Europy. Pojedynek jednak przegrał.

Aktor i dziennikarz
W tym samym czasie Saleta zaczął próbować swoich sił jako dziennikarz. Zaczęło się od tego, że w jednym z kanałów sportowych komentował walkę Mike'a Tysona. Był tak dobry, że zaproponowano mu współpracę. Spodobał się i wkrótce miał już swoje programy i talk show. I tak Saleta stał się gwiazdą show-businesu. Zagrał nie tylko w reklamówkach, ale i kilku filmach, m.in. w "Sztosie" i "Młodych wilkach".

Sam się śmiał, że praca przed kamerą dostarcza mu tyle samo adrenaliny, co sport. I to był już tylko krok do tego, by o Salecie zaczęto mówić na salonach i traktować go jak prawdziwą gwiazdę - i to nie tylko sportową. Stał się wzorem mężczyzny i symbolem człowieka sukcesu. Nic więc dziwnego, że od początku tego roku jest redaktorem naczelnym miesięcznika "Dżentelmen".