Minister Ćwiąkalski nie ufa wyjaśnieniom Aleksandra Szczygły dotyczących akcji polskich żołnierzy w Nangar Khel. "Szczygło nie był przesłuchiwany, bo nie może być przesłuchiwany w charakterze świadka ktoś, kto może stać się podejrzanym".

Reklama

Polscy żołnierze ostrzelali wioskę Nangar Khel w sierpniu. Gdy tylko okazało się, że w akcji zginęli cywile, minister Szczygło tłumaczył, że Polacy zostali zaatakowani i odpowiedzieli ogniem. Potem precyzował, że ostrzał wioski był później.

"Ja nie zmieniałem swoich wypowiedzi" - broni się były minister obrony. Zadeklarował, że jeśli zostanie wezwany na przesłuchanie - czy to w charakterze świadka, czy podejrzanego - to się stawi. "Jeśli Ćwiąkalski będzie powtarzał insynuacje pod moim adresem, to podam go do sądu" - zapowiada Szczygło.

Minister Ćwiąkalski podkreślił, że to nie Amerykanie kazali Polakom strzelać do wioski Nangar Khel.

Słowa ministra sprawiedliwości przeczą temu, co mówią żony aresztowanych polskich żołnierzy. Kobiety twierdzą, że rozkaz do ostrzału wioski z cywilami wydał amerykański dowódca grupy bojowej, do której należeli. Były minister obrony Aleksander Szczygło nie chciał w TVN komentować tych oskarżeń. "To są sprawy objęte tajemnicą" - uciął krótko.

Teraz jednak minister sprawiedliwości mówi otwartym tekstem, że Amerykanie nie mają nic wspólnego z ostrzałem afgańskiej wioski i śmiercią sześciu cywilów. Zbigniew Ćwiąkalski jest przekonany, że polscy śledczy wiedzą, co robią, stawiając polskich żołnierzom zarzut zabójstwa.

Szef resortu sprawiedliwości dodał, że jeśli zajdzie taka konieczność, prokuratorzy przesłuchają amerykańskich oficerów służących w Afganistanie.

"Rzeczpospolita" napisała dziś, powołując się na informacje amerykańskiego wywiadu, że mieszkańcy wioski Nangar Khel pomagali bojownikom islamskim. "Akcja polskich żołnierzy to nie był pościg za talibami" - kategorycznie twierdzi minister Ćwiąkalski.