"Od rana w bazie mówiło się, że major chce strzelać do ludzi. Nie widziałem żadnych terrorystów. Byliśmy przekonani o zasadności tego rozkazu, podjęliśmy decyzję, że będziemy strzelać" - mówi informator "Superwizjera".

Gdy żołnierze po ostrzelaniu wioski, w której zginęło 6 cywilów - w tym dzieci - wrócili do bazy, mieli usłyszeć od ważnego oficera: "Teraz musimy wymyślić dobrą wersję, pewnie do was strzelali".

Kto kazał strzelać? Według "Superwizjera" był to dowódca bazy. Żołnierze mieli zeznać, że rozkazał "napie… w wioski". "Niech gniew Boży spadnie na te wioski" - miał dodać.

Dlaczego żołnierze nie odmówili wykonania rozkazu? Bali się konsekwencji. Wcześniej był już bunt w oddziale, gdy żołnierze nie chcieli wyjeżdżać w kiepsko opancerzonych wozach.

Kilkanaście osób złożyło wówczas wnioski o przeniesienie ich do innego miejsca. Część z nich wróciła do Polski. Wszczęto śledztwo w sprawie odmowy wykonania rozkazu. Pozostałych nakłoniono do wycofania wniosków

Zagadkowy jest udział w tej sprawie ówczesnego ministra obrony narodowej Aleksandra Szczygły. Według zeznań informatora "Superwizjera", miał on zabrać samolotem dwóch żołnierzy, którzy uczestniczyli w masakrze w Nangar Khel. "Od ustalania prawdy jest prokuratura. Proszę się zwrócić do osób zarządzających transportem" - mówi Szczygło. Były minister nie czuje się odpowiedzialny, że - jak to określił - "jakaś banda durniów strzela do cywili".