Rozmawiać i demokratyzować

Ponad rok temu Robert Kagan dowodził na łamach "Europy", że zbrojna akcja przeciwko Iranowi nie jest dobrym wyjściem z kryzysu, jaki na arenie międzynarodowej wywołał prowadzony przez to państwo program nuklearny ("Nuklearny Iran", "Europa" z 29.03.2006). Kagan dowodził wówczas, że zamiast podejmować działania wojskowe, należy wspierać oddolne, demokratyczne przemiany, podobnie jak miało to miejsce w czasach zimnej wojny w relacjach z państwami bloku wschodniego. Dziś, kiedy raport służb wywiadowczych dowodzi, iż Iran wstrzymał swój program nuklearny w 2003 roku, rozwiązanie siłowe stało się coraz bardziej odległe. W prezentowanym dziś na łamach "Europy" tekście autor słynnego eseju "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" zastanawia się, jakie możliwości działania stoją w tej sytuacji przed administracją Busha. Kagan argumentuje, że niezależnie od tego, czy zawarte w raporcie tezy są prawdziwe, czy nie, Stany Zjednoczone będą zmuszone zrezygnować ze straszaka zbrojnej interwencji. Dlatego należy jak najszybciej podjąć rozmowy z rządem w Teheranie. Rozpoczęcie negocjacji nie musi jednak - i nie powinno - oznaczać rezygnacji z działań na rzecz demokratyzacji Iranu. "Niektórzy twierdzą, że nie można negocjować z jakimś krajem, a jednocześnie oczekiwać od niego zmian politycznych. Bzdura. W swoich stosunkach z ZSRR Stany Zjednoczone jednocześnie uprawiały politykę powstrzymywania, prowadziły negocjacje i walczyły o zmiany polityczne (...). Nie ma powodu, aby Stany Zjednoczone nie postępowały podobnie wobec Iranu" - twierdzi Kagan.

p

Robert Kagan*

Tylko negocjacje pozwolą USA przejąć inicjatywę

Niezależnie od tego, co myślimy o tezie autorów raportu amerykańskich służb wywiadowczych, że Iran wstrzymał w 2003 roku swój program nuklearny - a wiele fragmentów tego raportu budzi zastrzeżenia - jego skutki praktyczne są niezaprzeczalne. Administracja Busha nie będzie mogła podjąć działań wojskowych przeciwko Iranowi (ani też wiarygodnie nimi grozić), jeśli nie zostanie do tego sprowokowana jakąś skrajnie nieodpowiedzialną akcją Teheranu. Zbombardowanie irańskich instalacji nuklearnych zawsze byłoby obarczone ryzykiem. Dla administracji Busha opcja ta już nie istnieje.

Ale Biały Dom nie uzyska też większego niż obecnie poparcia dla ostrzejszych sankcji przeciwko Iranowi. Europejczycy wywierali nacisk na Iran przede wszystkim z obawy przed amerykańską operacją militarną. Strach przed irańską bombą był na drugim miejscu. Przed raportem agencji wywiadowczych uzyskanie szerokiego poparcia Europejczyków dla zaostrzenia sankcji było trudne, teraz jest niemożliwe. Utraciwszy narzędzie w postaci straszenia irańską bombą, ekipa Busha ma dwa wyjścia: przesiedzieć ostatni rok urzędowania z założonymi rękami i w całkowitej izolacji albo przejąć inicjatywę i rozpocząć bezpośrednie rozmowy z Teheranem, ułatwiając zadanie swoim następcom.

Z początku zostałoby to uznane za oznakę słabości. Irańczycy mogliby wykorzystywać negocjacje do pogłębiania rozdźwięków między Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami, jak również wewnątrz amerykańskiej sceny politycznej. Wiele jednak przemawia za podjęciem negocjacji. Wiele osób w USA i na całym świecie uważa, że przyczyną, dla której Iran uparcie odmawia współpracy ze społecznością międzynarodową, jest niechęć Ameryki do rozmów. Jest to mit, który będzie jednak dla Amerykanów kulą u nogi. Prędzej czy później Stany Zjednoczone będą musiały skoczyć na głęboką wodę, jak to już wielokrotnie czyniły w swojej historii.

Moment nie jest jakoś szczególnie niekorzystny. Wrzawa wywołana przez raport wywiadów minie, a rzeczywistość strategiczna pozostanie. Ameryka nadal jest silnym graczem, z którym liczy się cały świat, w tym także Bliski Wschód. Sukces nowej strategii w Iraku oznacza, że Stanom Zjednoczonym być może uda się wypracować stabilną pozycję w regionie - zupełnie inaczej niż rok temu, kiedy się wydawało, że całkowicie utracimy tam wpływy. Jeśli Irak podniesie się z zapaści, zmieni to układ sił na niekorzyść Iranu, już teraz izolowanego. Są też inne powody, by nie zwlekać z podjęciem rozmów. Raport agencji wywiadowczych przewiduje, że Iran nie zdoła zbudować bomby przed 2010 rokiem, ale nadal wyznacza to konkretny horyzont czasowy. Następna administracja prawdopodobnie będzie chciała rozmawiać z Iranem, zwłaszcza jeśli wygrają Demokraci. Ale mogłaby to zrobić dopiero latem 2009 roku, czyli być może w ostatnich stadiach prac nad bombą, jeśli wierzyć autorom raportu. Lepiej zacząć wcześniej, aby następna ekipa mogła ocenić postępy negocjacji - lub skonstatować ich brak - po roku ich trwania. Dzięki temu łatwiej byłoby jej wykazać, że wyczerpała wszystkie inne możliwości, gdyby zechciała podjąć bardziej radykalne działania.

Poza tym rozpoczęcie rozmów jeszcze przez obecną ekipę pomogłoby przełamać rozdźwięk między partiami w kwestii polityki irańskiej. Bush mógłby nawet postawić jakiegoś twardo stąpającego po ziemi demokratę na czele zespołu negocjacyjnego.

Celem rozmów powinno być nakłonienie Irańczyków do tego, by nareszcie udzielili odpowiedzi na wszystkie pytania Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej dotyczące programów nuklearnych, wyrazili zgodę na pogłębione inspekcje i monitoring instalacji oraz dostosowali się do rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ o zaprzestaniu wzbogacania uranu.

Negocjacje nie musiałyby się ograniczać do kwestii nuklearnej. Mogłyby objąć również wspieranie przez Teheran terroryzmu, udzielanie schronienia przywódcom Al-Kaidy, wspomaganie Hezbollahu i Hamasu czy dostarczanie broni ekstremistom w Iraku.

Kolejny temat to naruszanie praw człowieka i zaostrzenie represji politycznych. Niektórzy twierdzą, że nie można negocjować z jakimś krajem, a jednocześnie oczekiwać od niego zmian politycznych. Bzdura. W swoich stosunkach z ZSRR Stany Zjednoczone jednocześnie uprawiały politykę powstrzymywania, prowadziły negocjacje i walczyły o zmiany polityczne - wspierały dysydentów, komunikowały się bezpośrednio z narodem rosyjskim przez radio i inne media czy wreszcie domagały się przestrzegania przez rząd sowiecki Helsińskiej Konwencji Praw Człowieka i innych umów międzynarodowych. Nie ma powodu, aby Stany Zjednoczone nie postępowały podobnie wobec Iranu.

A co miałby z tego Iran? Jeśli Teheran wywiąże się ze swoich zobowiązań w kwestii atomowej, przestanie wspierać terroryzm i zacznie traktować swoich obywateli sprawiedliwie, liberalnie i po ludzku, zostanie przyjęty do wspólnoty międzynarodowej, co oznaczałoby dla niego ogromne korzyści gospodarcze, polityczne i strategiczne. Tego rodzaju transakcja zawsze była możliwa i Amerykanie nic nie stracą na tym, jeśli ją explicite sformułują.

Rozpoczęcie rozmów dzisiaj nie oznacza ograniczenia amerykańskich opcji na przyszłość. Jeśli Irańczycy będą uprawiali obstrukcję albo odmówią negocjowania - całkiem realna możliwość - dostarczą argumentu, który będzie można wykorzystywać przeciwko nim. Niewykluczone, że amerykańska oferta doprowadzi do rozłamów w samym Iranie. Poza tym nie bardzo widać, co innego mogłaby zrobić Ameryka. Karty zostały rozdane. Ekipa Busha musi jak najlepiej wykorzystać swoje atuty.

przeł. Tomasz Bieroń

© 2007 Robert Kagan, distr. by The New York Times Syndicate

p

*Robert Kagan, ur. 1958, neokonserwatysta, ekspert Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. Autor m.in. bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (wyd. pol. 2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli. W "Europie" nr 187 z 3 listopada br. zamieściliśmy jego tekst "Najpierw wolne wybory".