Konsensus ponad podziałami

Rok 2008 w opinii wielu komentatorów ma być rokiem przełomu w amerykańskiej polityce. Przewidywana klęska Partii Republikańskiej powinna całkowicie zmienić przede wszystkim kurs polityki zagranicznej. Guy Sorman, obserwując amerykańską kampanię wyborczą, dochodzi jednak do całkowicie odmiennych wniosków. Wybory najprawdopodobniej zmienią niewiele. Żaden z liczących się kandydatów na prezydenta nie zgłasza rewolucyjnych projektów. Nikt nie proponuje radykalnych zmian czy to w gospodarce, czy w polityce zagranicznej. O pełnym wycofaniu wojsk z Iraku mówi otwarcie jedynie demokratyczny kandydat Barack Obama, ale i on zapewne w miarę postępów kampanii przejdzie na bardziej umiarkowane pozycje. W kwestiach takich jak aborcja, posiadanie broni czy kara śmierci, które tradycyjnie rozpalają amerykańską publiczność, wszyscy pretendenci starannie balansują między sprzecznymi stanowiskami. Wiedzą bowiem doskonale, że na decyzję wyborców wpływ mają przede wszystkim cechy ich wizerunku, a nie konkretne elementy programu. Czy takie traktowanie kampanii oznacza degrengoladę amerykańskiej demokracji? Bynajmniej - twierdzi Sorman. Oznacza raczej jej stabilność. I niezmienną trwałość społecznego konsensusu, którego składnikami są zaufanie do rynku oraz nacisk kładziony na indywidualną przedsiębiorczość i wierność wartościom zakorzenionym w religii.

p

Guy Sorman

Wybory 2008 nie zmienią Ameryki

Irak? Nie. Dolar? Też nie. Brak ubezpieczeń społecznych? Właściwie nie. Klęska kredytów mieszkaniowych? Oczywiście nie. Ocieplenie klimatu? Z pewnością nie. Iran? Ledwie, ledwie.

To, co oglądane z Europy czy z innego miejsca wydaje się składać na obraz amerykańskiego kryzysu, nie wpłynie na przyszłe wybory prezydenckie w tym kraju. Dla wyników w pierwszej, a potem w drugiej turze ważne będą przede wszystkim kwestie moralne, religijne i psychologiczne. Czy kandydaci są religijni? U Demokratów i Republikanów wszyscy są praktykujący albo przynajmniej tak twierdzą; u Demokratów religijność jest raczej wewnętrzna, Republikanie się z nią obnoszą. Mitt Romney jest mormonem: czy jest w dostatecznym stopniu chrześcijaninem? Huckabee jest pastorem baptystów? Dzięki temu jest wiarygodny jako kandydat. Podobnie jak Hillary Clinton podejrzewany jest jednak o przyjmowanie prezentów: czy to moralne? Czy Barack Obama z tym swoim imieniem nie jest aby trochę muzułmaninem? Na szczęście znalazł się pewien pastor, który ręczy za jego chrześcijańską wiarę. Rudolf Giuliani ożenił się trzykrotnie? Teraz jest już wiernym mężem, słowo. Amerykański prezydent mógłby być Murzynem, kobietą, ale w żadnym wypadku ateistą.

W następnej kolejności ważne jest, by przyszły prezydent nie był lewicowy. W Stanach Zjednoczonych nie ma partii socjalistycznej, jednak Demokraci muszą bronić się przed zarzutami o liberalizm. To słowo (które w Stanach ma znaczenie odwrotne niż w Europie) jest tak hańbiące, że używa się tylko pierwszej litery: L. Być L, to uważać, że państwo lepiej niż gospodarka rynkowa i jednostkowa inicjatywa poradziłoby sobie z problemami natury gospodarczej i społecznej - tymczasem prawdziwym problemem, jak mawiał Ronald Reagan, jest państwo, czyli Waszyngton.

Bycie pacyfistą jest równie samobójcze, co bycie L: kandydat musi więc być wiarygodnym, budzącym zaufanie żołnierzy przywódcą wojskowym. Jedyny zadeklarowany pacyfista, Ron Paul, uchodzi za dziwaka; to zboczenie kompensuje nieumiarkowanym umiłowaniem kapitalizmu. Po stronie Republikanów wojenne maniery pasują w sposób naturalny do Johna McCaina, bohatera z Wietnamu, oraz Rudolfa Giulianiego, bohatera 11 września. U Demokratów pracuje nad tym Hillary Clinton, swą kobiecość rekompensując wyjazdami na front. Europejski obserwator poszukujący jakiejś amerykańskiej lewicy znajdzie garstkę antyimperialistów wyłącznie w Nowym Jorku, a dokładnie mówiąc na północno-zachodnim Manhattanie (Upper West Side) w paru kampusach uniwersyteckich.

Kiedy spoza USA przyglądamy się tej sytuacji, podobieństwa między kandydatami zaznaczają się więc wyraźniej niż różnice: wszyscy uważają, że Stany Zjednoczone mają "widoczne przeznaczenie" noszące niemal mistyczny charakter. Wszyscy podejmują dialog z Chrystusem. Wszyscy uważają, że amerykański kapitalizm jest nie do pobicia. Żaden nie bierze pod uwagę wycofania się Stanów ze świata ani pod względem gospodarczym, ani militarnym. Tu nie ma najmniejszych wątpliwości: amerykańskie serce pozostaje nadal reaganowsko-konserwatywne. Prezydent Demokrata będzie mniej konserwatywny niż Republikanin, ale pozostanie jednak wewnątrz magicznego kwadratu wyrysowanego przez Ronalda Reagana w 1980 roku: ograniczona ingerencja państwa, moralność, rynek i militarny aktywizm.

Irak? Jedynie Barack Obama żałuje, że wysłano tam wojska; chciałby ich wycofania z Iraku - ale tylko po to, by wzmocnić oddziały w Afganistanie. Żaden inny poważny kandydat nie bierze pod uwagę wycofania się z Bliskiego Wschodu. Dodajmy, że Irak widziany w amerykańskiej telewizji wydaje się sprawą dość odległą i pozostającą w rękach profesjonalistów.

Ubezpieczenia zdrowotne to problem bardziej namacalny, ale bynajmniej nie główny. Demokraci oraz Republikanie proponują kilkudziesięciu milionom nieubezpieczonych (ale leczonych w szpitalach) Amerykanów lepszą opiekę, pod warunkiem jednak że nie będzie ani scentralizowana, ani upaństwowiona. Nikt nie chce wprowadzenia opieki społecznej na podobieństwo francuskiej czy podobnej do niej kanadyjskiej, to znaczy państwowego monopolu - wolność wyboru i prywatyzacja pozostają absolutną normą. Z podobną ostrożnością podchodzi się do kredytu mieszkaniowego: co prawda kilka milionów zadłużonych ponad miarę rodzin straciło dach nad głową, najważniejsze jednak pozostaje, by jak najwięcej osób miało możliwość nabywania własności. Żaden z kandydatów nie próbowałby zniszczyć tego marzenia.

Czy różnica między Republikanami a Demokratami staje się bardziej dostrzegalna, kiedy mowa o tematach naprawdę podburzających jednych Amerykanów przeciw drugim? O aborcji, prawie do noszenia broni, karze śmierci? Dla wszystkich kandydatów to taniec na linie: Demokraci skłaniają się do przyznania kobietom wolności wyboru, wprowadzenia kontroli nad bronią znajdującą się u osób prywatnych, likwidacji kary śmierci - ale wszystko to raczej umiarkowanie. Chętnie zdają się na mądrość Sądu Najwyższego i na lokalną odpowiedzialność władz stanowych. Republikanie wchodzą do gry z propozycją zakazu aborcji, ale tylko w pierwszej turze; wobec ogółu wyborców balansują na tej samej cienkiej linie, co ich adwersarze. U Republikanów także panuje zaufanie do sędziów i władz stanowych - z nadzieją, że będą mieli prawicowe ciągoty.

Ocieplenie klimatu? Poza Kalifornią większość Amerykanów nie wierzy w nie; a ci, którzy się go obawiają, są mniej liczni niż ci, którzy odmawiają płacenia podatku od energii, nawet gdyby miał on uratować planetę. Można iść o zakład, że następny amerykański prezydent będzie raczej wierzył w postęp techniczny, niż zaakceptuje międzynarodowy przymus. Nie wspomnieliśmy o gospodarce, ponieważ nie jest ona w Stanach Zjednoczonych tematem politycznym; nie istnieje tam żadne ministerstwo gospodarki, wszystko znajduje się w rękach rynku i jego instytucji, szczególnie Banku Federalnego. Spory dotyczą jedynie redystrybucji owoców wzrostu gospodarczego: Demokraci są gotowi opodatkować superbogaczy, jednak bez przesady.

Czy Amerykanie będą musieli wybierać między tak podobnymi do siebie programami? Nie do pomyślenia. Cała różnica tkwi w osobowości kandydatów: to charakter i psychologia przeważą, a nie gospodarka czy wojna - mamy tu coś podobnego do wielkiego reality show na skalę całego narodu.

Czy świat powinien się niepokoić? Prezydent Stanów Zjednoczonych jest przecież także prezydentem nie-Amerykanów. Dobrobyt, pokój, swoboda przekraczania granic wszędzie zależą od kursu dolara, od amerykańskiego rynku, od obecności wojskowej Ameryki, tego światowego żandarma. Czy jednak wynik tych wyborów będzie miał decydujące znaczenie? Biały Dom to praktycznie system samosterujący, a amerykańskie instytucje są trwalsze niż ich pilot. Owszem, dominująca ideologia jest ważna, ale wybory w 2008 roku nie są zapowiedzią jakiejś przemiany równie wielkiej, jak New Deal z 1932 roku, Wielkie Społeczeństwo Lyndona Johnsona z 1964 roku czy Realpolitik Richarda Nixona z 1968 roku. Rewolucja konserwatywna z lat 80. ubiegłego wieku jeszcze się nie zakończyła; nie ma też dla niej żadnej alternatywy. Na razie.

Guy Sorman

przeł. Wojciech Nowicki

p

*Guy Sorman ur. 1944, pisarz, publicysta polityczny. Jeden z nielicznych wśród francuskiej inteligencji zwolenników wolnorynkowego liberalizmu. Wydał m.in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985) i "Le progres et ses ennemis" (2001). Ostatnio nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się jego książka "Dzieci Rifa'y. Muzułmanie i nowoczesność". Jest stałym współpracownikiem "Europy" - ostatnio w nr 192 z 8 grudnia br. opublikowaliśmy jego tekst "Francuski apartheid".