Spór o to, co dały Polsce rządy PiS, będzie zapewne trwał jeszcze długo. Dla jednych poprzednia parlamentarna kadencja była okresem bezprecedensowego podkopywania fundamentów polskiej demokracji. Dla innych zaś czasem, gdy ktoś wreszcie powiedział elitom prawdę w oczy. A te, zdenerwowane, zaczęły podgrzewać polityczny konflikt. Tkwiąc w samym środku tych polskich sporów, zwykle trudno zdobyć się na ich szerszy, bardziej zdystansowany ogląd. Coś takiego proponuje nam Ewa Thompson oceniająca dziś na naszych łamach dziedzictwo pisowskich rządów. Z amerykańskiej perspektywy zawirowania ostatnich dwóch lat w żaden sposób nie naruszają stabilnego demokratycznego kursu, którym Polska podąża od 1989 roku. A na dziedzictwo tego okresu można patrzeć dwojako. Z perspektywy ściśle politycznej był to w dużej mierze czas zmarnowanych szans. Polska centroprawica zdaniem Thompson nie dorosła do zadania, które przed nią stanęło. Jej liderzy nie mieli wystarczającego doświadczenia, by przekonać do siebie polską i europejską opinię publiczną. Nie potrafili umiejętnie "przetłumaczyć" swoich argumentów na język nowoczesnej polityki. Bardziej zachęcająco wygląda psychologiczny bilans rządów PiS. Tu wedle Thompson dokonało się znaczące otwarcie polskiego dyskursu. Polacy zaczęli rozmawiać o sprawach, których dotąd w ogóle nie wypadało poruszać. Stali się też bardziej asertywni w polityce zagranicznej, co z kolei spotkało się z wrogą reakcją Europy przyzwyczajonej do tego, że kraje takie jak Polska raczej słabo bronią własnych interesów. Dziś ważne jest to, by osiągnięcia poprzedniej kadencji nie zostały zmarnowane. PiS może ich skutecznie bronić, pod warunkiem że się zreformuje i zmieni w nowoczesną partię chadecką. Partię, która, nie zmieniając istotnej treści swojej polityki, będzie umiała używać języka akceptowanego na europejskich salonach. Takby nie zyskać piętna ugrupowania "obskurancko-nacjonalistycznego". Brak nowoczesnej chadecji w kraju katolickim, jakim jest Polska, wydaje się czymś zadziwiającym. Jej stworzenie to największe zadanie polskiej centroprawicy. Znacznie wykraczające poza perspektywę kolejnej parlamentarnej kadencji.

p

Ewa M. Thompson*

Polityczne dziedzictwo rzadów PiS

Jak zauważył Norman Davies w bożonarodzeniowym numerze "Wprost", gdy patrzy się na polski statek z zagranicy, nie widać żadnych wielkich skrętów czy zmian od czasu odzyskania niepodległości. Płynie mniej więcej tą samą trasą niezależnie od tego, czy prezydentem jest Kwaśniewski, Wałęsa, czy Kaczyński. Potwierdzam, że tak to właśnie wygląda z zagranicy, jeżeli pominiemy krótką, acz intensywną kampanię niektórych polskich prominentów, którzy wiosną 2007 roku starali się zdyskredytować rząd premiera Kaczyńskiego na łamach "New York Timesa", "New York Review of Books" i "Le Monde". Pasażerowie statku widzą to inaczej. Wielu polskich komentatorów radośnie stwierdza, że PiS zostało tak nadwerężone przegraną w wyborach, iż długo będzie musiało lizać rany i być może zostanie na zawsze inwalidą. Ale marzenia o jego niepełnosprawności nie muszą się spełnić. Jak zauważył książę Andriej w "Wojnie i pokoju" Tołstoja, nic nie jest na zawsze. W USA rządy rywali dla partii, która przegrała, są okazją do wewnętrznej reformy. Nie widzę powodu, by tak samo nie miało się stać w Polsce. Byłoby również dla Polski pożyteczne, gdyby PO i PiS pozostały jedynymi liczącymi się partiami. Dwupartyjność systemu politycznego ma wielkie zalety, zwłaszcza gdy obie partie są centrowe - a tak właśnie w Polsce jest, bo PiS i PO to jednak bokserzy łagodni. Niezależnie więc od tego, czy jest się zwolennikiem jednej, czy drugiej partii, można uważać wyniki wyborów za dar losu. Dały im one bowiem tak silną pozycję, że mają szansę przekonać Polaków, iż system dwupartyjny ma sens. Przez następne kilka lat PO jest skazana na rządzenie. Nie będzie miała czasu na cyzelowanie swojego programu i wizerunku. Dopiero w czasie jedzenia okaże się, jak ten pudding smakuje. Z reguły w państwach demokratycznych wyborcy rozczarowują się dość szybko do partii rządzącej. Watpię więc, czy PO długo potrafi utrzymać wysokie notowania, jakie ma obecnie. Doszła bowiem do władzy z dużym poparciem tych kół międzynarodowych, które cenią retorykę wywodzącą się z rewolucji francuskiej. Pomoże jej to w okresie wstępnym, ale później jako partia rządząca stanie twarzą w twarz z trudnym problemem rządzenia słabym państwem. Nadchodzi już moment, kiedy trzeba będzie np. podjąć decyzje związane z grożącym Europie opanowaniem jej rynku energetycznego przez Rosję. Niemcy są jedynym krajem, który wyciągnął konsekwencje z faktu, że praca kandydacka Władimira Putina, napisana w roku 1997, traktuje o używaniu zasobów gazu ziemnego i ropy naftowej jako broni politycznej. Polacy jedynie ostatnio zaczynają rozumieć, że od czasu dojścia do władzy Putin konsekwentnie wciela w życie swoją teorię. Umowa podpisana 18 stycznia 2008 roku pieczętuje plan budowy gazociągu łącząceo Rosję z Bułgarią. W grudniu 2007 roku Putin podpisał umowę z Turkmenistanem i Kazachstanem, na podstawie której gaz z Azji Środkowej jest kierowny do Rosji, a dopiero stamtąd do Europy. W ten sposób projekt Nabucco, który miał częściowo uniezależnić kraje Unii Europejskiej od dostaw rosyjskiego gazu, stracił grunt pod nogami. Linia Nabucco miała dostarczać gaz kaspijski i turkmeński na Zachód przez Bułgarię, z pominięciem Rosji. Rząd Tuska musi zmagać się z rzeczywistością, stworzoną przez dobrze przemyślaną politykę Putina.

Ale rządy PO to szansa dla PiS. Widzę dwa różne spadki po gabinecie Jarosława Kaczyńskiego - jeden polityczny, a drugi psychologiczny. Spadek polityczny to oczywiście rachunek przegranych, wynikający moim zdaniem głównie z braku politycznego doświadczenia popleczników PiS. Fakt, że obecne polskie elity doszły do władzy - by tak rzec - w dżinsach i wiatrówkach, stojąc na przystankach tramwajowych lub jedząc hamburgery w barze szybkiej obsługi, tłumaczy w dużym stopniu fatalny brak dobrych manier (nie mówiąc już o dyplomatycznej ogładzie) prominentów polskiej centroprawicy. Ich wpadki retoryczne są o wiele częstsze niż na lewicy wychowującej dzieci z myślą o stanowiskach, na które zostaną powołane w przyszłości. Powiedział mi to na początku lat 90. Jan Olszewski i jego słowa są w dalszym ciągu aktualne. Istnieją oczywiście chwalebne wyjątki. Ale ogólnie rzecz biorąc, w Polsce głównie lewica ma doświadczenie na forum publicznym. Prawica nie umie argumentować, nie ma dostępu do międzynarodowych środków przekazu, nie mówi swobodnie językami innymi niż polski i ma niewiele koneksji. Klęska wyborcza to również nowe możliwości przewartościowania programu i profilu partii. Mimo że PO oficjalnie nazywa siebie partią chadecką i jest członkiem Międzynarodówki Chrześcijańsko-Demokratycznej (klasycznej papierowej organizacji przypominającej trochę przysłowiowe Stowarzyszenie Ludzi Wierzących w Płaskość Ziemi), to profil PiS bardziej do tej nazwy pasuje - bynajmniej nie dlatego, że PiS jest bardziej niż PO nastawione na budowanie państwa opiekuńczego. Pisowski projekt nowej konstytucji to propozycja radykalnego zerwania z postkomunizmem: w "Deklaracji ideowej" PO takiego zdecydowania brak. Naleganie PiS na to, by Europa była unią narodów, a nie brukselską centralą zarządzającą regionami kontynentu, jest zakorzenione w katolickim pojmowaniu narodu i państwa (zasada subsydiarności). Postawa PO w tym względzie nie jest jasna. Jej Deklaracja powtarza banały, które można interpretować na różne sposoby. Wzmianka o Dekalogu nie czyni jeszcze chrześcijańskiej wiosny. Retoryka PO wywodzi się raczej z oświecenia niż z chrześcijaństwa. Dlatego właśnie wydaje się strawniejsza tym członkom polskiej centrolewicy, którzy rozumieją, że jakiekolwiek związki z dawną PZPR należy zdecydowanie postawić po stronie "winien" raczej niż "ma", odciąć się od nich i przesunąć w stronę liberalizmu gospodarczego. Wydaje mi się, że PiS ma teraz szanse zbudowania solidnej partii chrześcijańsko-demokratycznej i przekonania społeczeństwa, że dla kraju takiego jak Polska istnienie tego rodzaju partii jest sprawą kluczową. Trzeba przecież wyciągnąć polityczne wnioski z tego, że Polska jest najbardziej katolickim krajem Europy i posłużyć się katolicyzmem w budowaniu wizerunku Polski w Europie (wiem, że mogę zostać w tym momencie oskarżona o instrumentalne podejście do katolicyzmu). Jeżeli decydenci PiS potrafią zrozumieć przesłanki i implikacje takiego przedsięwzięcia, PiS może go dokonać w okresie, gdy PO odpowiedzialna jest za politykę wewnętrzną i zagraniczną Polski. Jeżeli PiS skoncentruje się jedynie na celach doraźnych, takich jak wygranie następnych wyborów, może tych wyborów nie wygrać. Tylko jak znaleźć właściwe słowa, by przekonać społeczeństwo, że PiS to odpowiedni wybór? Można by zacząć od stwierdzenia, że partia prawdziwie chrześcijańsko-demokratyczna jest dziś w Polsce tak samo niezbędna, jak niezbędna była w Niemczech po II wojnie światowej. Przekonywanie Polaków, że potrzebują rozsądnej i liberalnej, ale twardo trzymającej się zasad chrześcijańskich partii, powinno stać się centralnym elementem polityki PiS. Należałoby podkreślać, że PiS nie jest partią klerykalną i nie zamierza biegać do kleru po codzienną aprobatę. PiS musi nauczyć się mówić tak, by jego głos był możliwy do przetłumaczenia na języki Unii Europejskiej i nie brzmiał w nich jak głos partii obskurancko-nacjonalistycznej. Wbrew sugestiom wrogów PiS jest to tylko kwestia retoryki, a nie treści przekazu. PiS przegrało ze względu na pomyłki retoryczne, a nie merytoryczne. Jeżeli nauczy się mówić językiem, który zaakceptują i Polacy, i inni członkowie Unii Europejskiej, stanie się siłą, z którą trzeba będzie się liczyć. Mogłoby też stać się wzorcem dla innych partii chrześcijańsko-demokratycznych w UE.

Zadaniem PiS powinno stać się wywalczenie permanentnej przestrzeni publicznej dla światopoglądu katolickiego, jakkolwiek będzie to zawsze proces, a nigdy fakt dokonany. Może się wydawać, że w Polsce akurat tej przestrzeni jest aż za dużo. Kurczy się ona jednak w sposób ciągły i bez silnej partii chrześcijańsko-demokratycznej może to doprowadzić do zapalnej polaryzacji kraju. W Polsce potrzebna jest przestrzeń intelektualna, w której można by wystąpić z krytyką nie tylko rządu, ale i kleru, jednak nie z pozycji wrogości wobec katolicyzmu. Polskich katolików można przekonać, że to PiS ich reprezentuje, pod warunkiem że PiS będzie potrafiło się elokwentnie wobec tych katolików zaprezentować. Niestety nie można tu liczyć na doradztwo i mądrość kościelnych dygnitarzy. Ich intelektualny bezruch daje fatalny przykład społeczeństwu i skłania do wniosku, że katolicka nauka społeczna może dotrzeć do wyborców tylko za sprawą wysiłku ludzi świeckich. Kler polski przyjął postawę reaktywną, a nie przywódczą. Nie potrafi podejmować dialogu ze społeczeństwem i zainicjować długofalowych działań na rzecz promocji chrześcijańskich debat w Europie. Idzie (a raczej stoi) z twarzą zwróconą w kierunku dokładnie odwrotnym od tego, który wskazał św. Paweł w swoich "Listach". Narzuca się tu jeszcze jedno porównanie - z Ameryką. W latach 60. XX wieku ta część społeczeństwa amerykańskiego, która wyznawała specyficzną odmianę protestanckiego chrześcijaństwa (tzw. ewangelikanie, głównie baptyści), była przedmiotem żartów i lekceważenia amerykańskich "wykształciuchów", którzy odnosili się do niej w sposób nieco podobny do tego, w jaki polskie wykształciuchy odnoszą się dziś do Radia Maryja. Myśl o tym, że ludzie, którzy nie wierzą w ewolucję i interpretują chrześcijaństwo w sposób nader osobliwy, uzyskają miejsce przy politycznym stole, wydawała się utopią. Ale nadeszły lata 80. i okazało się, że owi ewangelikanie zostali politycznie zmobilizowani i nie tylko głosują, ale głosują jako blok i mają rzeczników nawet w waszyngtońskich mediach (chociaż "New York Times" nigdy nie dopuścił ich do swojej redakcji). Nagle politycy amerykańscy zrozumieli, że trzeba ubiegać się o te głosy. Wybierali się więc na wiece do baptystów, zapewniając, że odnoszą się z wielkim szacunkiem do ich konserwatywnych poglądów. Wkrótce potem grupę tę "złowili" neokonserwatyści. Właśnie ewangelikanom George W. Bush zawdzięcza dwukrotny wybór na prezydenta USA i to właśnie oni przysyłają do Polski swoich misjonarzy pod pozorem zakładania szkół języka angielskiego. Badania opinii publicznej w Ameryce wskazują, że w przeciwieństwie do ewangelikanów, Żydów, Afrykańczyków oraz "członków narodowości hollywoodzkiej" (jak to ujął dziennikarz John Wilson) katoliccy wyborcy w USA (katolików jest tu 65 milionów) nie tworzą bloku i nie mają jednolitych poglądów np. w kwestii wojny w Iraku czy nielegalnej imigracji. Co więcej, względnie łatwo ich uwieść obietnicami. Są chwiejnym języczkiem u wagi, o który ubiegają się obie partie. Dokładnie tak samo jest w Polsce. Ale nie musi być. W USA socjologowie rozczłonkowali katolicką masę na dwie grupy - tych chodzących na msze w niedziele i niechodzących. Okazuje się, że to raczej tę drugą grupę (a nie wszystkich katolików) łatwo jest uwieść. Pierwsza natomiast regularnie głosuje na Republikanów. Tego rodzaju badania opinii publicznej to cenny dar dla polskich partii politycznych ubiegających się o głosy katolików. Pozostaje jeszcze kwestia, jak je z pożytkiem dla danej partii wykorzystać. Wydaje się, że w Polsce ci katolicy, którzy chodzą na niedzielną mszę, mogą odegrać w wyborach tę samą rolę, co ewangelikanie w USA. Jeżeli ich głosów nie złowi partia chrześcijańsko-demokratyczna, zostaną one rozproszone w taki sam sposób, w jaki ma to miejsce w USA.

Nowy program PiS powinien więc zawierać postulaty, które uczyniłyby z tej partii najbardziej oczywistą reprezentantkę najbardziej popularnego w Polsce światopoglądu. Dodałabym również, że ten nowy program powinien uwolnić partię od związków z amerykańską neokonserwą, które nie przynoszą obecnie Polsce żadnych korzyści. Byłam zwolenniczką wysłania polskich żołnierzy do Iraku, bo wydawało mi się, że w tamtym momencie rząd polski musiał jakoś zaznaczyć, iż nie oczekuje już instrukcji sąsiadów w sprawach polityki zagranicznej. Ale Polska z tej imprezy żadnych prawie korzyści nie miała, a te, które miała, były niewspółmierne do ceny, czyli pogorszenia stosunków z najważniejszymi sąsiadami. Nie wiem, kto przekonał Kaczyńskich, że administracja Busha kieruje się dobrą wolą w stosunkach z Polską. Oficjele waszyngtońscy Polski nie szanują, bo to kraj słaby - o jakimkolwiek wpływie Polaków na politykę amerykańską nie może być mowy. Proponowana Polakom "tarcza rakietowa" potrzebna jest rządowi Busha, ale dla Polaków jest zachętą do jeszcze jednej Somosierry. Z kim więc Polska powinna żyć w przyjaźni? Jak niedawno napisał Neal Ascherson ("Poland after PiS: handle with care", "Open Democracy", 26 października 2007 roku), Polska jest skazana na inność w stosunku do bezpiecznie usadowionych europejskich potęg. Kaczyński i Fotyga nie mieli wyboru: musieli robić to, co zrobili. Zgadzam się z Aschersonem. Głos Polaków długo jeszcze będzie zakłócał europejską polifonię, jeżeli będzie usiłował bronić polskich interesów. Istnienie UE daje Polsce tymczasowe bezpieczeństwo granic (tymczasowe, bo zakładam, że Unia też nie jest wieczna). W sytuacji względnego bezpieczeństwa i niezłej koniunktury gospodarczej Prawo i Sprawiedliwość może myśleć o nowej retoryce eksponującej istniejące już fundamenty i przyciągającej do partii nowych sympatyków. Jeżeli tego nie zrobi, pozostanie w zawieszeniu między siłami liberalnymi skupionymi wokół PO a tą częścią społeczeństwa, na którą nałożono etykietkę kołtunów. Da to możliwość powrotu na scenę polityczną partii wywodzących się z PZPR, zradykalizuje i rozdrobni polską scenę polityczną. Ani w perspektywie międzynarodowej, ani wewnętrznej nie byłoby to dla Polaków korzystne. Jeżeli PiS chce pozostać partią silną, musi nauczyć się zagarniać jak największą liczbę katolickich głosów, a już na pewno głosów ludzi uczęszczających na niedzielną mszę. Psychologiczny spadek po rządach PiS określiłabym jako skurczenie się tej przestrzeni dyskusyjnej, w której Polacy odczuwają strach, i rozszerzenie tej, w której odzyskują śmiałość. Klęski polityczne uczyniły Polaków tchórzami, odebrały wielu mężczyznom męskość, sprawiły, że wielu liczących się polskich polityków potulnie przyjęło za rzecz bezsporną, że jedynie poglądy opatrzone pieczątką "akceptujemy" w USA lub Europie Zachodniej mogą być publicznie wypowiadane. Po jatkach, które urządziła Polakom historia, większość chce już tylko być poprawna, chce głosić poglądy, o które nie trzeba się bić, którym przyklaskują mniej więcej wszystkie szanowane osobistości w świecie oraz opiniotwórcze media. Otóż wydaje mi się, że rządy PiS zakłóciły nieco tę inercję społeczeństwa do niedawna łykającego retorykę polskich postkomunistycznych czasopism niczym słowo boże. Całkowita nieomal wymiana elit, która miała miejsce po Katyniu i Powstaniu Warszawskim, ułatwiła wprowadzenie tej retoryki w obieg pod sztandarem oświecenia i postępu. W jakiś niewytłumaczalny przez socjologów sposób Kaczyńscy potrafili otworzyć ludziom usta i ośmielić ich do mówienia, mimo że sami byli ośmieszani przez spin-doktorów lewicy oraz małych prowokatorów, którzy chętnie zeszmaciliby to, co Kaczyńscy starali się wyeksponować i uhonorować.

Nie jestem pierwszą osobą, która zauważyła, że rządy Kaczyńskich przełamały pewne psychologiczne bariery. Nie potrafię komentować konkretnych przykładów walki z korupcją, bo znam je tylko z prasy. Ale upublicznianie problemu korupcji to tylko część tej psychologicznej wolności, którą odzyskali Polacy. Kaczyńscy i ich minister spraw zagranicznych uderzyli w europejski stół, po czym odezwały się wszystkie oburzone nożyce przyzwyczajone do tego, że Polska siedzi cicho i przyjemnie się uśmiecha. Oczywiście w stół uderzać można tyko wyjątkowo. Porównałabym to pierwsze uderzenie do skandalu wywołanego przez prezydenta Reagana deklarującego przy murze berlińskim: "Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur!". To było bardzo nietaktowne i Reagana potępiła nie tylko prasa sowiecka, ale i lewicowa prasa amerykańska. Należałoby kontynuować oduczanie Polaków tchórzostwa i ośmielanie ich do użycia katolicyzmu dla budowania polskiego profilu w Europie. Jeżeli PiS nie odegra tu roli lidera, jeżeli odejdzie od stołu, dąsając się, szybko spadnie do poziomu, na którym chcieliby go widzieć jego przeciwnicy. Innym problemem jest swoisty narcyzm polskich elit. W polskich komentarzach o końcu pisowskich rządów i początku rządów PO wiele pisze się o strącaniu ze stołków, wyrzucaniu z partii, przyjmowaniu do partii, wymierzaniu sankcji karnych niesfornym poplecznikom, czyli o losach osób należących do polskich elit. Dowiadujemy się, że pan X został zbesztany przez pana Y i co z tego dla obu panów wynika. Porażająca jest obojętność komentatorów na sprawy dla Polski kluczowe, na konieczność aktywizacji wyborców, na osiągnięcia (lub ich brak) polskiej dyplomacji, na wnioski, które można by wyciągnąć z licznych przecież badań opinii publicznej. W centrum zainteresowania prominentów wciąż są inni prominenci, a nie państwo, w którym żyją.

Ewa M. Thompson

p

*Ewa M. Thompson, ur. 1937, badaczka literatury, slawistka. Jest profesorem na Uniwersytecie Rice w Houston oraz redaktorem pisma "Sarmatian Review". Uprawia tzw. studia postkolonialne, w których literaturę i inne wytwory kultury interpretuje się pod kątem zachowanych w nich śladów kolonizacji i imperialnego podboju. Tym postkolonialnym wątkom z literaturze rosyjskiej poświęciła książkę "Trubadurzy imperium" (wyd. pol. 2000). Oprócz tego opublikowała m.in. monografię "Witold Gombrowicz" (2002). Wielokrotnie gościła na łamach "Europy" - ostatnio w nr 180 z 15 września ub.r. ukazał się jej tekst "W kolejce po aprobatę".