Im sytuacja epidemiczna gorsza, tym między ludźmi – paradoksalnie – dzieje się lepiej. Czy to szansa na zmianę? A może to kolejny zryw, po którym będzie, jak było?

Reklama

Poczucie kontroli

Uszycie jednej maseczki z fizeliny zajmuje ok. 3 minut. – Przeszyć, poskładać, doszyć gumki – instruuje Magdalena Ziętek ze Strzeniówki (mazowieckie). Na co dzień jest menedżerką negocjującą kontrakty handlowe, mamą i instruktorką harcerską. Od wybuchu epidemii także szwaczką. Maseczki, które wychodzą spod jej ręki, trafiają do trzech szpitali w powiecie pruszkowskim. Mają chronić tych medyków, którzy nie są na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem – w izbach przyjęć, rejestracji, na niezakaźnych oddziałach.

– Na początku chciałam w czasie obostrzeń przeczytać zaległe książki, ale przyszedł mi do głowy pomysł z szyciem maseczek. Obdzwoniłam kilka znajomych mam i chwyciło. Zorganizowanie się zajęło nam trzy dni, w tym czasie pozyskaliśmy materiał, troczki, ustaliliśmy podział obowiązków. W szycie angażujemy rodziny – ktoś tnie tasiemki, ktoś fizelinę. Po północy wysyłamy sobie wiadomości, kto ile uszył – relacjonuje. – Oczywiście łatwo nie jest, bo mam swoje obowiązki zawodowe i domowe, uczę dzieci, a do maszyny siadam wieczorami. Mam jednak poczucie, że to bardzo potrzebne, to moja służba.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY W INTERNETOWYM WYDANIU MAGAZYNU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ">>>