To miała być najlepiej pilnowana ceremonia w kraju. Od tygodnia stolicę Afganistanu przeczesywały patrole wojska, na ulice miasta wyjechały czołgi i systematycznie przeszukiwano przechodniów oraz samochody. Wszystko na nic. Wczoraj w chwili, gdy Karzaj przyjmował w asyście całego rządu i korpusu dyplomatycznego paradę, z pobliskiego domu padły strzały.

Reklama

"Żołnierze, orkiestra, dygnitarze: wszyscy zaczęli w pośpiechu uciekać. Usłyszałem jak kule świszczą mi nad głową. Wybuchło kilka granatów, jeden tuż przed trybuną honorową" - opisuje reporter agencji AP.

Zdezorientowani agenci bezpieczeństwa dopiero po chwili rzucili się, aby osłonić afgańskiego prezydenta. "Nasz ambasador Jacek Najder też był w tym momencie na trybunie. Na szczęście nic mu się nie stało" - mówi nam rzecznik MSZ Piotr Paszkowski.

W zamachu zginęły prawdopodobnie trzy osoby. Afgańskie siły bezpieczeństwa zdołały zabić dwóch terrorystów i aresztować trzech innych.

Do akcji przyznali się talibowie. Terroryści w Iraku mogą tylko im pozazdrościć: nigdy nie udało im się podejść tak blisko do szefa rządu i bezpośrednio zagrozić jego życiu. Co więcej, stało się to, mimo iż Amerykanie i inne kraje koalicji antyterrorystycznej od prawie siedmiu lat próbują pokonać talibów.

"Kabul jest najważniejszym elementem afgańskiej układanki. Jeśli talibowie przejmą nad nim kontrolę, nic nie uratuje tego kraju. Dlatego właśnie tak im zależy na destabilizacji stolicy" - mówi DZIENNIK amerykański analityk Robert Jackson.

To niepokojąca wiadomość dla Polski i całego NATO. Półtora tysiąca naszych żołnierzy przejmuje właśnie kontrolę nad prowincją Ghazni, jedną z bardziej niebezpiecznych w kraju.

"Od wyniku tej wojny zależy wiarygodność NATO, a więc i bezpieczeństwo Polski. Jeśli sojusz poniesie klęskę, będzie to miało fatalne konsekwencje dla jego wiarygodności i siły odstraszania" - mówi Paszkowski.

"Postęp sytuacji w Afganistanie jest o wiele powolniejszy niż w Iraku" - przyznaje w rozmowie z DZIENNIKIEM zastępca sekretarza stanu USA Daniel Fried.

Jednak mimo coraz bardziej dramatycznych doniesień z Afganistanu sojusznicy nie kwapią się z pomocą. Podczas niedawnego szczytu w Bukareszcie na apel George’a Busha o 7 tys. dodatkowych wojsk europejskie kraje NATO zadeklarowały zaledwie jedną trzecią tej liczby.

Dlatego prawie siedem lat od obalenia przez Amerykanów reżimu talibów i przeszło dwa lata od przejęcia misji przez NATO Richard Pipes, b. doradca prezydenta Reagana ds. bezpieczeństwa, nie ukrywa pesymizmu. "Pokonanie terrorystów w Afganistanie zajmie przynajmniej jeszcze jedno pokolenie" - mówi.