(długa cisza, pani poseł zapala papierosa) Nie wiem, zastanawiam się.
Czy warto?
Nie chcę dać nikomu tej satysfakcji, ale nie wiem, czy będę w stanie normalnie pracować. Jeśli nie, to zrezygnuję.
Wiem o tym, ale już ta rozmowa jest dla mnie bardzo trudna.
Nie. Ale nie ukrywam, że dzień wcześniej miałam urodziny, które ze znajomymi świętowałam i dlatego nie byłam w najlepszej formie. Jak to po urodzinach. W pełni świadomie brałam rano
udział w głosowaniach. Przyznaję, że może nie powinnam na nie przyjść, popełniłam błąd.
(cisza) Żałuję i przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni.
Może mi pan wierzyć albo nie, ale byłam tak zaskoczona i potwornie zdenerwowana nagłym zainteresowaniem dziennikarzy, że nie rozumiałam, co się dzieje. Pewnie w ogóle nie powinnam z nikim
rozmawiać, ale na początku myślałam, że to jakieś ponure żarty.
Mnie najmniej. Więc niech pan zrozumie, że połączenie stresu i...
Jeśli tak to pan określa.
W każdym razie połączenie tego stanu z silnym stresem nie dało najlepszych rezultatów, czego, jak powtarzam, żałuję. Nie mogę jednak nie dostrzec, że niektórym dziennikarzom w ogóle nie
chodziło o to, w jakim stanie jestem, ale o to, żeby mnie skompromitować. Wie pan, czego się najbardziej bałam?
Że po wyjściu z restauracji napierający na mnie dziennikarze zrzucą mnie ze schodów i się najnormalniej w świecie wywalę. To byłby dopiero piękny obrazek, prawda? A popychało mnie, bez
przesady, kilkudziesięciu dziennikarzy, w tym kilku naprawdę nieźle zbudowanych kamerzystów. Cudem się nie przewróciłam.
To była absurdalna sytuacja. Siedziałam tam na kawie i co chwila przybiegali jacyś posłowie i mówili, że Sejm jest już całkowicie oblężony przez dziennikarzy, że są wszędzie, że nie
można się ruszyć. Im więcej tego słuchałam, tym bardziej głupiałam i nie wiedziałam, co zrobić.
Dzięki ludziom. Tym, którzy ze mną wtedy byli i tym, którzy przysyłali mi SMS-y, dzwonili. To byli bardzo różni ludzie, także dziennikarze. Zresztą wielu doświadczonych dziennikarzy, jak
choćby Grzegorz Miecugow, publicznie wyrażało zdumienie skalą tego, co się w Sejmie działo.
Byli i tacy moi koledzy partyjni, którzy nie wiedząc, co się dzieje, już oczekiwali, że zawieszę swoje członkostwo w klubie. Do nich mam pretensje, ale było bardzo wielu takich, którzy mnie
wspierali.
Oczywiście, że nie. Nigdy nie sądziłam, że będę dziękowała Ryszardowi Kaliszowi, ale jestem mu wdzięczna za to, jak całą sprawę komentował. Prócz kilku wyjątków, zwłaszcza posła
PO, który przegrał ze mną w Lublinie, wszyscy zachowali się bardzo wstrzemięźliwie.
Staram się normalnie funkcjonować. Wkurzam się tylko, jak "Super Express" od dwóch dni nagabuje moją mamę.
Panie redaktorze...
W Lublinie mogę w tej materii liczyć na mamę. Ona dobrze gotuje.
Bardzo niewiele.
(śmiech) Nie, a jedzenie sobie zamawiam.
Jeśli jest okazja, to napiję się wina.
O nie, aż takiego dystansu do tego, co się stało, nie mam (śmiech).
Studiowałam na początku lat 80., a to był bardzo burzliwy okres i od tego czasu polityka stała się moją pasją.
To był czas wielkich zaangażowań. Prosto stamtąd, jako zagorzała zwolenniczka Lecha Wałęsy, poszłam do Biura Bezpieczeństwa Narodowego i uważałam, że spotkało mnie ogromne szczęście.
Właśnie tam poznałam Lecha Kaczyńskiego. Nigdy wtedy nie myślałam, że będę politykiem.
I już nie musiałam, jak wcześniej, co roku zmieniać pracy, bo w samej NIK była wielka zmienność. To mnie bardzo cieszyło, myślałam już, że do końca życia będę kontrolerem NIK.
Czasem warto z osoby kontrolującej stać się kontrolowaną i zobaczyć z drugiej strony, jak to funkcjonuje.
Mogę powiedzieć tyle: napisałam w tej notatce prawdę. Uzyskałam takie informacje od Jana Ołdakowskiego, ale potem przez długi czas żałowałam, że taką notatkę sporządziłam, że Janka
spotkały potem rozmaite przykrości. Nie spodziewałam się takich konsekwencji, nie przewidziałam ich.
Rozumiem, że ludzie mogli zakładać moją złą wolę. I dziś, w sytuacji, o której pan mówi, też mogłoby mi to przyjść do głowy. Ale nie wiem, jak bym postąpiła, bo już parę lat w
polityce siedzę, widziałam wiele rzeczy.
Być może, panie redaktorze. Jest prawdopodobne, że tak bym postąpiła. Szczerze uważam, że to niedopuszczalne.
Przyznałam, że żałuję tego, to był błąd. Gdybym przewidziała, jak to się wszystko później potoczy, jak szerokie zatoczy kręgi, to nie zrobiłabym tego. Choć inną sprawą jest to, że
wokół ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego działy się wtedy dziwne rzeczy i miały miejsce prowokacje. Proszę więc pamiętać o czasie i okolicznościach, w jakich to wszystko się
działo, a co powodowało, że pewne wiadomości uznałam za wiarygodne, choć ich nie sprawdziłam. Dziś wiem, że – szczególnie w polityce – zanim się w coś uwierzy, należy
to sprawdzić.
Przepraszał ich Lech Kaczyński.
Ode mnie nikt tego nie oczekiwał, gdyby tak było, to pewnie bym to wtedy zrobiła.
Mogę przeprosić.
(śmiech) Myślałam, że wyrażam się jaśniej. Powiedziałam, że żałuję, że przepraszam i gdybym wiedziała, co się stanie, to nigdy by mi do głowy nie przyszło pisać taką notatkę.
Miałam, nigdy nie planowałam zajmowania się mediami. A poszłam tam, bo tego się po mnie spodziewano.
Tak. I poszłam tam, bo lubię wyzwania, a moje doświadczenie z pracy w NIK i parlamencie pokazało mi, że jestem wyuczalna. I wcale nie uważam, że w radzie powinni zasiadać ludzie wyłącznie
związani z mediami, bo każdy będzie się musiał tego uczyć. Członkowie rady powinni mieć zróżnicowane kompetencje.
To wiem, a ostatnio przekonałam się o tym po raz kolejny. Chciałam panu tylko przypomnieć, jaki to był czas - po aferze Rywina obie partie, i PO, i PiS, zapowiadały likwidację Krajowej Rady w
starym składzie. Byłam naprawdę przekonana, że ją trzeba zmienić.
Panie redaktorze, przecież były propozycje, by zrobić to razem z PO i w szerszym kontekście, tylko się nie dało. To Platforma się nie zgodziła.
Ja nie uczestniczyłam w tych negocjacjach i nie potrafię tego ocenić.
Wydawało mi się, że uda mi się udowodnić swoją pracą, iż system może działać. Oczywiście mogłam tam wcale nie iść i nic nie robić, narzekać, że nie da się czegoś zrobić, bo coś
tam, coś tam...
Jak to ja mówię (śmiech). Panie redaktorze, działa się w takich warunkach, jakie są i używa takich narzędzi, jakie są dostępne. Bo jakie jest inne wyjście? Nic nie robić?
Panie redaktorze, tylko czy ja w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji zrobiłam komuś krzywdę?
Prace nad pomysłami PO to była dla mnie trudna sytuacja, bo ciągle słyszałam, że zrobiłam to samo. Zgadzam się, że w sprawie mediów publicznych PiS odebrał sobie wiarygodność. I ja też
nie byłam wiarygodna, co uniemożliwiło pokazanie, że plany PO są dużo dalej idące niż to, co my zrobiliśmy.
Hm... Być może tak jest. Tylko jak mamy cokolwiek zmienić w Polsce, by nie narażać się później na takie zarzuty? A ten imposybilizm w polityce trzeba jakoś przełamać. I mnie się
wydawało, że my właśnie przełamujemy imposybilizm.
Dziennikarzom łatwo jest krytykować, a polityk jest po to, by podejmować różne, także niepopularne i budzące pretensje decyzje. Politycy są po to, by zmieniać kraj, nawet jeśli nikt nie
wierzy w ich intencje.
Tak bym tego nie określiła, ale jako polityk jestem zobowiązana, by coś zmienić.
Ale w tym wszystkim, co ja robię, nie chodzi mi o mnie, cele mam inne.
Zawsze ją czułam, interesowałam się nią. Później uznałam, że mam też chyba temperament polityka.
W polityce trzeba jednak być nieustępliwym, bezkompromisowym i twardym.
Czytałam to i też uznałam to za komplement. Ja mogę popełniać błędy, mylić się, ale jeśli coś postanowię, to nawet w bardzo trudnych warunkach dopnę swego, osiągnę to, co
zamierzyłam.
Czasami. Ostatnio znacznie więcej niż zwykle. Ale przyznaję, że próbowałam już wszystkiego, by rzucić.
Bo miałam rok przerwy. Nie dostałam się na studia.
Nie, ale nie zdałam na studia, bo przed egzaminem wypiłam butelkę neospazminy.
(śmiech) To było niewinne. A w ogóle to było fajne doświadczenie, dorabiałam sobie w kwiaciarni.
Od dziecka chciałam studiować archeologię, ale dałam się przekonać, że to nierealne. Zarówno historia, jak i KUL, to był już całkowicie świadomy wybór.
Mało tego, miałam też podobne marzenie: chciałam pojechać do Machu Picchu. Tyle że on je zrealizował.
Nie wiem, czy "przepuszcza" to właściwe słowo, ale rzeczywiście nie odkładam zbyt wiele i nie potrafię inwestować.
Nie potrafiłam odnaleźć się w takich warunkach nauczania. Nie wiem, czy dziś potrafiłabym wrócić, odeszłam od historii, czego mi trochę szkoda.
To nie był dom poprawczy, tylko ośrodek wychowawczy, czyli ogniwo pośrednie. Podstawową przyczyną, dla której dziewczyny tam trafiały, było nierealizowanie obowiązku szkolnego. A one nie
chodziły do szkoły, bo miały ze sobą poważne kłopoty.
Nie, bo nie było systemu pomocy. Nie da się tego zrobić w ten sposób, że się weźmie młodą dziewczynę, potrzyma tam od roku do trzech lat - bo tak to działało - i wypuści z powrotem w to
samo środowisko. To jest przechowalnia.
Nie.
Pewnie tak, choć wie pan, że poseł nie może zajmować się wszystkim. Kiedyś się tym poważniej zajmowałam i badałam znakomity duński system opieki nad młodzieżą.
To były roczne studia w połowie lat 90., a że tamtejsze uczelnie też mają wakacje, to sporo podróżowaliśmy. Dżinsy, plecak, wynajęty samochód i sypianie na kempingach. Tak zjechałam z
przyjaciółmi 23 stany.
Dużo mniej niż się wydaje. Amerykę można wygodnie przejechać i zobaczyć za stosunkowo małe pieniądze, zwłaszcza jeśli wynajmuje się samochód w kilka osób i na dłużej - wtedy się
bardziej opłaca. Pewnie jeśli ktoś bardzo dużo jeździ po świecie, to widział takie krajobrazy, ale dla mnie te gigantyczne parki narodowe były czymś nowym.
W kilku miejscach byłam, rzeczywiście wakacje spędzam poza Polską. Przez całe lata była to Grecja, zwłaszcza wyspy, ale ona się szybko zmienia, komercjalizuje, jest tam coraz więcej
turystów.
Naprawdę oglądam, ale nie tylko przyrodnicze. Kiedyś byłam kinomanką, teraz częściej oglądam filmy na DVD. Właśnie wróciłam do "Obcego".
Ja też go bardzo lubię. I też potrafię tak jak ona powiedzieć: "I'll be back" (śmiech).
Więcej czasu mogę poświęcić pracy, czyli polityce. A to taki zawód, że aby być skutecznym, trzeba się ponadprzeciętnie zaangażować.
To tak nie było. Raczej stwierdziłam obiektywny fakt, że skoro zostałam politykiem, nie mając rodziny, to mogłam swojej pracy poświęcić więcej czasu.
Kilka razy... (milczenie)
Gazety interesują się różnymi rzeczami, a ja bym wolała, by bardziej zajmowało je to, co się dzieje w kraju.
Ja jestem prawdziwym posłem PiS i naprawdę uważam, że cierpimy w Polsce na zanik debaty publicznej.
No dobrze, to może zada pan jakieś konkretne pytanie?
To było na studiach i tuż po nich, przez kilka lat byłam z pewnym muzykiem. Trwało to chyba zbyt długo i gdzieś się rozeszło. On dziś ma żonę, ale utrzymujemy kontakty, podarował mi
swoją płytę.
(salwa śmiechu) Nie, to nie był nikt z Budki Suflera. Na imię miał Andrzej...
No dobrze, był muzykiem, ale miał inaczej na imię (śmiech). Andrzej to był inny chłopak, skądinąd też muzyk, tyle że amator.
Wie pan, to były takie czasy, że gustowaliśmy w poezji śpiewanej.
Tak się ubierano na KUL-u na początku lat 80.
Nawet jeździłam po miejscach, w których bywał Stachura. Ale żeby pana pocieszyć, powiem, że słuchałam Black Sabbath.
Wychowałam się na rocku przełomu lat 60. i 70., bardziej więc lubiłam to wczesne Black Sabbath.
Pan mnie sprawdza?
Ozzy Osbourne.
Fanką to ja byłam Pink Floyd, to była moja największa miłość muzyczna, a Black Sabbath po prostu lubiłam. Pan nie?
Niestety, nigdy nie byłam w Stalowej Woli. Ani na Machu Picchu.
*Elżbieta Kruk, posłanka PiS, była przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji