Antyglobaliści, choć jak dawniej kolorowi, spoważnieli, brak im rewolucyjnego zapału. Czy marnują swoją szansę na wejście do politycznej gry, czy wręcz przeciwnie: wykazują się mądrością i zyskują faktyczny wpływ na przebudowę kapitalizmu?

Reklama

To nie w stylu Brytyjczyków

"Jestem Yoko Ono" - mówi nam dwudziestokilkuletnia dziewczyna, która w niczym nie przypomina żony Johna Lennona. "Urodziłam się wczoraj. A gdy urodzę się jutro, będę nazywała się zupełnie inaczej" - dodaje. Gdy jednak zaczyna mówić o sprawie, jej zblazowanie znika. Rezolutnie dowodzi, że kapitalizm zniewala ludzi, bo wszystko kręci się wokół pieniędzy i nikt nie ma czasu na prawdziwe życie. "Kryzys to szansa na przebudzenie ludzkości. Może wreszcie banki zaczną robić to, do czego zostały powołane, a rządzący zajmą się wyrównywaniem różnic społecznych" - uważa z kolei Lynn, podstarzała hippiska. W oswojenie kapitalistycznego potwora wierzy też młody człowiek przebrany za druida z wymalowaną na twarzy zieloną pacyfką, podróżnym kijem i brodą dodającą powagi jego 22-letniej twarzy. Yoko Ono, Lynn i druida łączy jedno: żadne z nich nie chce rewolucji, lecz reformowania systemu krok po kroku. Nie słychać haseł "wieszajmy bankierów na latarniach".

Tłum na ulicach Londynu jest wystarczająco kolorowy, by mnożyć takie przykłady. Przelewają się młodzi anarchiści, którzy w sercu brytyjskiej stolicy szukają własnego 1968 roku w wersji soft: dobrej zabawy i poczucia, że znajdują się w centrum czegoś ważnego. Są też ubrani z wypracowaną niedbałością studenci narzekający na niebotyczne ceny mieszkań i starsi ludzie (czasem z dziećmi), którym kryzys przetrzebił oszczędności. Przeciętny Brytyjczyk, wliczając w to starców i niemowlaki, stracił już 40 tys. funtów. Dlaczego więc nie przyszli tłumnie zamanifestować swojego gniewu? Caroline Gamell, dziennikarka "Daily Telegraph”, która jest wśród protestujących, tłumaczy: "Gordon Brown przekonał Brytyjczyków, że to kryzys globalny, za który rząd nie może być obwiniany. Ludzie uwierzyli, że nie można z tym nic zrobić. Przyszło za mało ludzi, nic nie jest zorganizowane".

Claudia Scott, młoda księgowa, przyjechała na manifestację na rowerze, bo jak mówi na metro nie bardzo ją stać. Przez kryzys dwa fundusze, na których odkładała pieniądze, nie dają jej żadnego zabezpieczenia. Jej zdaniem takich jak ona są miliony. "Przez lata ludzie żyli w dobrobycie, nie ciekawi ich polityka, zajmują się tym, co zjeść, jak się ubrać. Stali się apatyczni. Ten kryzys spadł na nich jak grom z jasnego nieba, są w szoku, nie wiedzą, o co chodzi, kogo winić" - mówi.

Szturm na banki

Pod siedzibą Bank of England ludzie śpiewają "Międzynarodówkę”. Momentami jest groźnie, w środę dziesiątki kamerzystów filmowało kilkunastu śmiałków, którzy zdecydowali się wybić szyby w siedzibie Royal Bank of Scotland. "Szturmujmy banki!" - skanduje tłum, przebijając się przez kordon policji. W środku nie ma jednak znienawidzonych bankierów. Białe kołnierzyki z City mają wolne. Ci, którzy się pojawili, przemykali po cywilnemu. Najczęściej zresztą i oni czują się bardziej ofiarami niż sprawcami kryzysu.

30-letni mężczyzna za nic nie poda nazwiska ani firmy, dla której pracuje. Jest kambistą, który "z ciekawości” przyszedł zobaczyć, co tu się dzieje. Krawat i garnitur zostawił w domu, aby "nie rzucać się w oczy”. "Oczywiście, że byli ludzie, którzy zarobili fortuny, podejmując duże ryzyko z pieniędzmi klientów. Ale większość żyje na średnim czy nawet skromnym poziomie. Teraz muszą wstydzić się swojego zawodu" - dodaje. Sam zarabia brutto 55 tys. funtów rocznie, ale nie stać go na życie z całą rodziną w Londynie. Żonę i dzieci zostawił w Bristolu, a sam dzieli mieszkanie z pięcioma lokatorami. "Moim marzeniem jest odłożyć pieniądze i wyjechać na wieś. Też mam dosyć tego wszystkiego" - przyznaje.

Pośród demonstrujących dochodzi do ostrych dyskusji. "Przemoc to droga donikąd. Nauczył nas tego Ghandi" - krzyczy ktoś. "Mamy prawo, to nasze" - odpowiada druga strona tłumu. Są też tacy, którzy z nikim nie dyskutują, tylko naciągają na głowy czarne kaptury i wchodzą w zwarcie z policją. Są ranni. Nieco dalej w tłumie, najprawdopodobniej z powodu choroby serca, umiera jeden z demonstrantów. Następnego dnia na miejscu zdarzenia wyrastają tabliczki "ofiara policyjnego bestialstwa”.

Silni, ale niegotowi

W porównaniu ze szczytami w Seattle (1999) czy Genui (2001), po których zostało wspomnienie wielkiej bijatyki, ruch alterglobalistów dorósł i ustatkował się. Stracił sporo z radykalizmu, ale nie postawił jednak zdecydowanego kroku w kierunku budowy siły politycznej, która mogłaby włączyć się do gry o władzę. "Tu w Londynie występujemy jako luźny sojusz kilkuset małych organizacji, z których każda stara się naprawiać świat wokół siebie" - mówi nam Jonathan Spencer, jeden z organizatorów protestu.

Paleta jest rzeczywiście różnorodna. Organizacja "Tourism Concern” namawia, by nie jeździć na wakacje do Birmy, bo wpływy trafią bez wątpienia do kieszeni dyktatorskiego reżimu. "Bretton Woods Project” monitoruje pracę MFW, a stowarzyszenie "No sweat” piętnuje wyzysk pracowników przez pracodawców.

Wydaje się, że to rozdrobnienie jest dziś największym grzechem alterglobalistów. Słychać głosy, że brak decyzyjnej centrali i ambicji wejścia na scenę polityczną doprowadzi do przespania przez nich szansy zyskania wpływu na reformę wielkich struktur finansowych. Nerwowo poszukujący rozwiązań międzynarodowy establishment serdecznie przecież zaprasza do tanga. Światowi przywódcy od kilku tygodni kokietują krytyków kapitalizmu, których dotąd zdawali się w ogóle nie dostrzegać. "Słyszymy wasze apele i wyjdziemy im naprzeciw" - deklarował w przeddzień szczytu G20 premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown. O kredyt zaufania poprosił protestujących wiceprezydent USA Joe Biden. Tymczasem sami antyglobaliści nie zachwycili w Londynie ani nowymi pomysłami, ani frekwencją. Na poprzedzającą szczyt ubiegłoniedzielną demonstrację przyszło "tylko” 35 tys. osób, potem było jeszcze słabiej. Operacja "wyślij wiadomość do G20” zgromadziła dużo mniej uczestników niż podczas niedawnych wystąpień antykryzysowych zorganizowanych przez francuskich związkowców czy marsz obrony życia na ulicach Madrytu w ubiegłą sobotę.

Nasi antyglobalistyczni rozmówcy podkreślają, że ich plany zostały rozbite przez postawioną w stan najwyższej gotowości londyńską policję i media, które odradziły mieszkańcom stolicy przyłączenie się do protestów. Prawdziwy problem wydaje się tkwić jednak nie w obiektywnych przeszkodach, ale w samych antyglobalistach. Mimo zachęt nie szykują bowiem na razie żadnego skoku na władzę. "Wiemy, że świat znalazł się na zakręcie. Chcemy pomóc w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, jak ułożyć na nowo globalny gospodarczy ład. Ale nie zastąpimy polityków. Akceptujemy demokratyczne reguły gry i zostawiamy sobie rolę kogoś, kto podszeptuje pewne rozwiązania, a nie robi rewolucji" - uważa David Ransom, wydawca miesięcznika "New Internationalist” i jeden z intelektualnych przywódców brytyjskich antyglobalistów. I dodaje, że forsowane od lat przez nich koncepcje - choćby nacjonalizacji i ściślejszej kontroli systemu bankowego - są przecież wprowadzane w życie. Ransom przedstawia jedną, wygodną dla krytyków kapitalizmu interpretację zdarzeń. Ale jest jeszcze druga: antyglobaliści, podobnie jak rządzący, sami są zaskoczeni kryzysem i nie mają w szufladzie jednego gotowego projektu naprawy świata.