Przede wszystkim same koszyczki są znacznie mniejsze niż dawniej. Jeszcze w XIX w. święcono dosłownie wszystko, co miało znaleźć się na stole podczas świątecznego śniadania. Dlatego nikt nie nosił pokarmów w koszykach, a wożono je pod kościół całymi wozami. Czasem też brano wodę święconą do domu i kropiono nią nakryty już stół. Albo jeden z gospodarzy zapraszał księdza do siebie, a wszyscy pozostali znosili do niego swoje pokarmy do święcenia. Dawniej święcenie miało wielkie znaczenie.
Z moich obserwacji wynika, że teraz to zadanie powierzane głównie dzieciom. Kiedyś to było nie do pomyślenia, by tak odpowiedzialną rolę dawać najmłodszym. A do tego święcimy nie wszystko, a jedynie skromne, symboliczne przedstawicielstwo wielkanocnego posiłku.
Tak, rzeczywiście. To przede wszystkim jaja symbolizujące zmartwychwstanie, kiełbasa - na znak, że skończył się Wielki Post, sól - symbol nieśmiertelności, chrzan, który ma przypominać o męce Chrystusa, oraz chleb jako znak braterstwa. Dawniej święcono również twaróg, który był symbolem więzi człowieka z naturą, a zjedzenie go miało dać sukcesy w hodowli zwierząt w gospodarstwie.
Żadne. I to jest podstawowa różnica. Dawniej nawet ozdoba święconki coś symbolizowała. Bukszpan i gałązki świerkowe oznaczały życie wieczne. Dziś nie zastanawiamy się już nad tym wszystkim. Po prostu koszyczek ma wyglądać kolorowo i ładnie. Są jednak pozytywne strony nowych zwyczajów. Wiele dawnych tradycji zupełnie zanikło, a święcenie pokarmów nadal jest ważnym elementem Wielkanocy. I nawet w rodzinach niespecjalnie wierzących i praktykujących nie rezygnuje się z zaniesienia koszyka do kościoła.
*Anita Broda jest etnografem z Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie