Jesteś rozczarowany tym, że nie dostaliście w Opolu Superjedynki?
Tede*: Zwariowałeś? Byliśmy w ogóle w wielkim szoku, kiedy dowiedzieliśmy się, że znaleźliśmy się wśród trójki nominowanych, do tego w dwóch kategoriach.

Reklama

To po co tam pojechaliście, śpiewać ludziom o gibonach i dilerach?
Graliśmy wcześniej na wszystkich "Hip-hop Opolach", które były robione obok amfiteatru dla dzieciaków darmo. Przychodziło tam po parę tysięcy osób, a telewizja robiła z tego tylko mały obrazek. W tym roku nie było tej imprezy, ale okazało się, że nasza muzyka czy to, co robią Sokół i Pono, cieszy się zainteresowaniem. Ludzie na nas zagłosowali. Wiadomo, że odstajemy od establishmentu i nikt nie spodziewał się naszej wygranej. W końcu albumu "Ścieżka dźwiękowa" ani piosenki "22 Gibony (Diler)" nie puszczali w radiu czy w telewizji. Chcieliśmy pokazać tę paranoję naszego rynku. A sam kawałek wybrali organizatorzy - mieli tylko problem z tym, czy mają go nazwać "Diler" czy "22 Gibony". Wybrali ten drugi, bo pewnie myśleli, że chodzi o jakieś małpki.

Nie miałeś poczucia, że Opole to żenada? Sokół nie przyjechał i wykręcał się innym zakontraktowanym występem.
Dostał lepszą kasę, to się stawił gdzie indziej - zrozumiałe. Ale nie sądzisz chyba, że pojechałem tam ekscytować się przeglądem polskiej piosenki? Po pierwsze byłem tam dlatego, że dostałem hajs. Po drugie wiedziałem, że mogę wszystkich wkurzyć - tych, co nie chcieli mnie tam widzieć, i tych, którzy mnie tam zobaczyli. A po trzecie poszliśmy sobie na bankiet i dobrze się bawiliśmy. Jasne, że wiedziałem, co tam zobaczę na scenie, i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to żenujące. Ale ja jestem jak koń trojański - chcę to wszytko rozwalić od środka. Wiele osób jakoś nie może tego zrozumieć. Ja nie mam problemu z tym, że tam byłem. I nie będę gadał żadnych politycznych kocopałów, że nie lubię obecnego prezesa telewizji.

Efekt tego był jednak wymierny. Następnego dnia w gazetach pisali: "Raperzy Tede i Mezo dali słaby występ" - czyli nikt nie dostrzegł różnicy między wami?
Może masowy odbiór jest taki, że wszyscy rapujemy, więc ja i Mezo jesteśmy wrzucani do jednego worka razem z Pono i Sokołem czy Hemp Gru. Ale ktokolwiek jest wtajemniczony w temat, wie, że to dwie różne kategorie działalności scenicznej. Jak ktoś pójdzie na biletowany koncert Mezo i mój, to zobaczy zupełnie inną publiczność. I dostrzeże między nami "subtelną różnicę" - subtelną w dużym cudzysłowie. Raz graliśmy w Londynie w tym samym czasie co Mezo i Verba, u nas był pełny klub, a oni musieli obniżyć cenę biletów, bo było za mało chętnych. Natomiast nasz występ w amfiteatrze to zupełnie inna sprawa. My potrzebujemy reakcji publiczności, a kto z hip-hopowców zapłaci 60 złotych, żeby zobaczyć, jak wykonuję dwie piosenki, a potem Piaska i Ewę Farnę - kimkolwiek ona w ogóle jest.



Chcąc nie chcąc dołączyłeś do grona celebrytów. Jak to jest, że w Stanach czy w Europie popularność wcale nie przekreśla rapera? Możesz zarabiać pieniądze, pojawiać się w telewizji i nikt nie ma o to pretensji...
Powiem ci tak, dla mnie to rodzaj pracy u podstaw. Trzeba ludziom dać przykład, bo inaczej nie można osiągnąć zamierzonego celu. A moim celem jest przemiana pokoleniowa w tym kraju. Nie wystarczy tylko mówić do ludzi, trzeba im też pokazywać - dlatego działam z taką premedytacją. Tymczasem w Polsce wygląda to tak, że wszystko jest złe, dopóki sam czegoś nie zrobisz albo nie dostaniesz propozycji. To patologia, która występuje u nas również w innych dziedzinach życia. Wielu nie dostało szansy, by zaistnieć, bo są baranami. Mnie się udało, robię swoje i nie obchodzi mnie, co myślą inni.

Ale przecież sam się podkładasz - od kiedy zacząłeś rapować głównie o kasie i samochodach, wszyscy myślą raczej, że ci się w głowie poprzewracało.
Kiedy nagrywałem solowy album "SPORT", to było wielkie halo, że rapuję o zarabianiu pieniędzy. Ale to jest oczywista sprawa - wydaję płytę legalnie, sprzedaję jej ze 30 tysięcy i zarabiam na tym. Dlaczego mam o tym nie mówić? Chodzi też o przejście na pewien etap - Otylia Jędrzejczak pływa cały dzień na basenie, żyje z tego, więc nie musi sobie dorabiać w McDonald’s. Dlatego nazwałem tę płytę "SPORT", bo chodzi na niej o sport zawodowy. Wtedy nikt jakoś tego nie skumał, a teraz mówi się, że to największe osiągnięcie mojego życia. Wielu raperów zaczęło w pewnym momencie również nawijać o tym, że żyją z robienia muzyki. I kiedyś to ja byłem zły, a oni dobrzy, bo siedzieli w undergroundzie. Ale miejsce siedzenia wszystko zmienia.

Czy wchodzenie w mainstream nie oznaczało jednak dla ciebie kompromisów i wystawiania się na odstrzał?
Nie miałem żadnego planu akcji, wszystko działo się samo z siebie. Poza tym przecierałem szlaki, nie miałem punktu odniesienia i sam musiałem ogarnąć temat. Wiadomo, że kariera łączy się z pewnymi konsekwencjami. Teraz wiem, że ludzie będą zawsze o tobie gadać źle. Pewnie każdemu chciałoby się wytłumaczyć z osobna, o co ci chodzi, ale nie masz takiej możliwości. Musisz się również pogodzić z tym, że będą pisały o tobie takie szmaty jak "Fakt". Nie jest fajnie, kiedy paparazzi zrobi ci zdjęcie i zostanie dopisana do tego jakaś zmyślona historia. Ale z drugiej strony, ja też mogę czerpać z tego jakieś profity.

Przyznaj się, twoje zdjęcia z Weroniką Rosati były ustawką?
Co ty, poza tym, jak można zrobić zdjęcie samochodu terenowego i podpisać furgonetka? Poza tym frajer tak go sfotografował, że było tylko widać napis firmy PLNY. Potem odegraliśmy się na "Fakcie" przy premierze płyty "Ścieżka dźwiękowa". Promowaliśmy singiel "Diler (22 Gibony)" głównie w internecie. To była piosenka o tym, jak pracowałem i rozdawałem ludziom swoją muzykę. Wymyśliliśmy do tego happening. Umówiliśmy się, że o danej godzinie pod Rotundą w Warszawie diler będzie rozdawał "pierwszą działkę" darmo. A chodziło o pierwszy singiel. Przyszło ze 200 osób i rozdaliśmy 80 kompaktów w torebkach z napisem "Diler". Kumpel, który jest paparazzi, zrobił zdjęcie i sprzedał to do "Faktu". Podpisali, że rozdawaliśmy na ulicy narkotyki, chociaż nie było tam widać żadnego białego proszku. Ale dzięki temu ludzie dowiedzieli się następnego dnia, że wydałem nowy album. Można się oczywiście z nimi procesować, ale po co? To działa lepiej niż wydawanie 20, 30 tys. na teledysk.



Czy w czasie kariery zrobiłeś coś takiego, co mógłbyś uznać za błąd? Może singiel z Natalią Kukulską "Kamienie" sześć lat temu?
Ale to był zajebisty kawałek, a Natalka jest świetną wokalistką. Wiadomo, że wszyscy mówili, że Tede się sprzedał kolejny raz. W końcu dostałem dużo pieniędzy za te 16 linijek tekstu, który powstał w niecałą godzinę, i dużo się o tym mówiło. Potem była nawet taka rozmowa u Kuby Wojewódzkiego z Vieniem i Pele o tym, czy ta piosenka to hip-hop czy już nie. Chłopaki powiedzieli mu, że nie. I mieli rację. To był popowy kawałek Natalii Kukulskiej, a ja tylko dodałem do tego element hip-hopu. Łączenie gatunku to normalna rzecz, trzeba przecierać szlaki.

A moda na hiphopolo promowana przez Radio Eska i Radiostację jakoś ci pomogła w promocji czy raczej popsuła wam markę?
Radio Eska miało patronat nad naszymi wydawnictwami, ale obrazili się, kiedy nagrałem o nich kawałek "Hity na czasie". Nie mogłem znieść tego płaskiego, miękkiego rapu, jaki uprawiał Doniu, Liber czy Jeden Osiem L. Ta druga fala popłuczyn wyeksploatowała temat i obecnie linia programowa rozgłośni jest taka, że nikt nie chce puszczać hip-hopu. I tu wracam do punktu wyjścia: dla większość ludzi nie ma różnicy, kto rapuje. Natomiast dla mnie sprawa jest oczywista, tamci kolesie odpadli z gry. Ostatnio słyszałem, że Liber rusza w wielką trasę z Sylwią Grzeszczak. Sprawdziłem miejsca ich występów i z osiemnastu miast znałem tylko Bydgoszcz. Grają po wsiach i tyle, a nie poważną trasę, jak ja, Molesta, Sokół i Pono, Hemp Gru czy Peja. My zostaliśmy, mamy swoją publiczność, a oni odpadli.

No tak, w końcu to wy byliście pionierami hip-hopu w Polsce. A patrząc z perspektywy czasu - uważasz, że ten gatunek dobrze się u nas przyjął?
Może w społeczeństwie pokutuje jeszcze stereotypowe myślenie, że kultura hip-hopowa polega na siedzeniu pod blokiem w wytartym dresie, zjechanych butach, piciu piwa i zaczepianiu ludzi. To akurat nie jest moja kultura. Za to wiesz sam, ile dzieciaków dzięki niej się wybiło - zaczęli tańczyć, malować, składać rymy, robić bity. To wszystko nie wymagało wielkich nakładów finansowych, tylko pełnego zaangażowania. Jakby ktoś się temu przyjrzał uważniej, to by zobaczył, że masowy ruch, który jednoczy młodzież i ciągle się rozwija. Co dalej dzieje się z tymi ludźmi? Znałem w młodości wielu graficiarzy, dzisiaj są uznanymi grafikami w agencjach reklamowych. I o to właśnie chodzi - jeśli będziesz coś robił z przekonaniem i dobrze, twój trud nie pójdzie na marne

Jednak czy w zderzeniu z naszą kulturą nie stała się ona własną karykaturą? Język, sposób ubierania się raperów - to nic więcej niż folklor. Do dziś najpopularniejsze żarty w kabaretach dotyczą hip-hopowców i dresiarzy.
Wiadomo, że większość ludzi nie wie tak naprawdę, o co chodzi. Na początku wkurzało mnie, że ktoś zabiera nam naszą kulturę. Ale szybko zrozumiałem: jesteśmy dostrzegani, tworzymy tę kulturę. Zobacz, ile słówek z naszych tekstów i powiedzonek przeniknęło do języka codziennego. A jeśli spojrzysz parę lat wstecz, kiedy był boom na hip-hop, to nawet wiele popowych kawałków miało inny rytm. Branża też poczuła na plecach nasz oddech, nawet fachowcy od reklam. Pamiętaj, że hip-hop w Stanach jest tym, czym disco polo w Polsce - w sensie popularności i odbioru. Tam są tysiące raperów, a my słyszymy tylko o tych z wyższej półki. A reszta to banda baranów, która ledwie mówi po angielsku. To muzyka dla prostych ludzi, tylko u nas śpiewa się o majteczkach w kropeczki, a tam o 9 mm i zabitym na dzielnicy gościu. Trochę jest to inaczej podane, ale grupa docelowa jest podobna.



Mówiłeś też o tej zmianie pokolenia, którą reprezentujesz. Co dokładnie denerwowało cię w mentalności Polaków, co chciałeś zmienić w społeczeństwie?
Powiem tak. Jest początek lat 90. Przychodzi zmiana systemu. W bloku mieszka koleś - matka jest nauczycielką, a ojciec hydraulikiem. Matka pracowała w szkole, a teraz jest na emeryturze. Ojciec był w spółdzielni, zawsze była pensja, wczasy, a teraz nie ma nic. I co ma taki gościu zrobić, kiedy w domu słyszy tylko narzekania, że jest źle, a ci, którym jest dobrze, to ukradli? Wychodzi i widzi syna sąsiada, który ma samochód, bo tata mu pomógł kupić albo sam zapracował. Natomiast z domu pamięta, że ciągle coś mu się należy. Zaczyna łączyć te dwa fakty - coś mieć i coś się należy. Nikt mu nie powie, że jak będzie się starał, to będzie miał lepiej. Zobacz, ilu ludzie wpadło w tę pułapkę, tkwi w marazmie i jest niezadowolonych z życia. Ale znam też wielu, którzy skończyli dwa fakultety, pracują jako menedżerowie i utrzymują normalnie rodzinę.

Powracasz teraz z Warszafskim Deszczem po ponad 10 latach. Nie masz wrażenia, że to trochę odgrzewane kotlety? Nie jesteście już nastolatkami.
Nie. Wydaje mi się, że między nami wciąż jest ten sam przepływ energii. Mogliśmy zrobić płytę dwa lata temu, kiedy znów zaczęliśmy grać koncerty, ale nie czuliśmy tego klimatu. A teraz, kiedy robiliśmy teledysk "Już od ’99 rok płynę", wszyscy się zajarali. Na planie stawiło się chyba z 50 osób z dawnych czasów, wszyscy w strojach z epoki. Widzieli, że robimy to na pełnej zajawce i czekali na ten album.

Miałem też przedwczoraj w banku taką przygodę. Zrealizowałem przelewy, a pan w kasie mówi: "Zajebista płyta, panie Jacku!" - a to gość starszy ode mnie w garniturze. Pytam go, jak to? A on: "Kupiłem sobie i aż się łezka w oku kręci, byłem wtedy taki młody". Ostatnio też na Facebooku ludzie z agencji reklamowej pisali mi, że słuchają płyty, wspominają młodość i są zajarani. Wtedy odczuwa się satysfakcję z tego, co się robi.

Myślisz, że za 20 lat w Opolu będzie twój benefis i wystąpisz znów z Warszafskim Deszczem?
Jasne. Pamiętasz, jak debiutowała Budka Suflera? Ja nie, ale pewnie nasi rodzice tak, i do dziś mają do nich sentyment. To samo niedługo stanie się z hip-hopem, będą składanki "Best of Hip-hop ’99", a my będziemy dinozaurami. Odbiorcy muzyki dorastają razem z nią. Tak jak nie skończył się rock’n’roll, tak wciąż będzie trwał hip-hop. Na pewno ta muzyka lepiej się obroni niż na przykład Feel czy Doda. A wiesz dlaczego? Teraz oczywiście wszyscy kupują ich płyty, bo jest o nich głośno i są popularni. Ale kto będzie pamiętał za kilka lat, kogo w ogóle obchodzą ich piosenki? Natomiast takie teksty, jak "Aluminum szeleści" czy "Ona jest zwykłą szmatą" zmieniły życie przynajmniej kilku osób. A "Drin za drinem" chociaż nigdy nie pojawiło się w radiu, grany jest nawet na weselach.

*Tede, właściwie Jacek Graniecki, wykonawca hip-hopowy, producent muzyczny, aktor