Nie jestem matką cudzego dziecka, to mój syn, to ja przez dziewięć miesięcy nosiłam go pod swoim sercem.
Jakie to ma znaczenie?
Ponad rok temu usłyszałam w telewizji o agencji Elizabeth z Piaseczna, która kojarzy matki zastępcze z ludźmi, którzy nie mogą mieć dzieci. Byłam w tragicznej sytuacji materialnej. Sama
wychowuję dwie córki - dziewięcioletnią i pięcioletnią. Miałam ogromne długi, a z wykształceniem podstawowym trudno mi znaleźć jakąś pracę. Utrzymuję się z alimentów i zasiłków z
opieki społecznej. W sumie wychodzi nie więcej niż 700 zł na miesiąc. Pomyślałam więc: czemu nie? Pomogę i komuś, i sobie. 30 tys. złotych, jakie miałam za to otrzymać, to była dla mnie
ogromna suma. A właścicielka agencji przekonywała, że surogatka nie może pokochać dziecka, które nosi w sobie, że to tylko taka usługa. Dawała rady, żeby nie głaskać brzucha, nie
rozmawiać z dzieckiem, wręcz myśleć o nim źle. Na początku oczywiście stosowałam się do tych rad. Mówiłam nawet do malucha, który rozwijał się w moim brzuchu: ty niedobry dzieciaku. A
sobie próbowałam wmawiać: przecież ty nienawidzisz dzieci. Instynkt macierzyński okazał się jednak silniejszy. Im bliżej porodu, tym bardziej pogrążałam się w rozpaczy. Nie chciałam
oddać synka.
Podpisałam ją w biurze Elizabeth i od razu dostałam 500 zł zaliczki. Miałam nigdy nie poznać zleceniodawców, a wszystkie kontakty i formalności wzięła na siebie właścicielka agencji.
Jednak para, której zależało na dziecku, szybko zrezygnowała z usług pośrednika, dostała od niego wszystkie moje dane, łącznie z adresem i telefonem. Kontaktowaliśmy się telefonicznie,
nigdy osobiście. Najpierw przysyłali mi pocztą tabletki stymulujące, które musiałam brać przed zabiegiem umieszczenia zarodka w moim brzuchu. Byłam też w kontakcie z lekarzem z jednej z
poznańskich klinik. We wrześniu ubiegłego roku, w wyznaczonym terminie stawiłam się na zabieg w Poznaniu. Wyglądało to tak, jak zwykłe badanie ginekologiczne. Tyle że lekarz miał
strzykawkę z transferem, czyli zarodkiem. Z tego co wiem, nasienie należało do zleceniodawcy, a komórka jajowa została kupiona od obcej osoby. Nie miałam żadnych badań, skierowania, nic też
nie dostałam przy wyjściu. Podejrzewam, że w kartotekach kliniki nie ma nawet śladu po mojej wizycie.
W grudniu ubiegłego roku. Postanowili, że jednak do mnie przyjadą przed świętami. Przywieźli mi owoce, witaminy, mnóstwo prezentów dla moich dziewczynek. Między innymi wielką różową
kuchenkę. Wtedy odebrałam ich bardzo pozytywnie: bogaci, mili. Czuliśmy obopólną sympatię. Po prostu ich lubiłam, uważałam, że będą bardzo dobrymi rodzicami. Nawet nie przypuszczałam,
że coś może się zmienić. No ale to był jeszcze wczesny etap ciąży.
Na początku roku. Zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem, złapałam zapalenie płuc, potem zapalenie oskrzeli. Czułam się fatalnie. I to chyba wtedy po raz pierwszy położyłam rękę na brzuchu
i powiedziałam do dziecka: widzisz, co ja przechodzę przez ciebie, maluszku?
Zaczęłam mówić o nim "Misiu". Z każdym dniem kochałam go coraz bardziej i utwierdzałam się w przekonaniu, że należy do mnie.
Na początku, że w brzuszku jest dziecko, które ma innych rodziców. Potem już nie ukrywałam, że bardzo bym chciała, żeby zostało z nami. One traktowały go jak przyszłego braciszka. Kiedy
kupiłam im płytę z filmu "Hannah Montana", to prosiły, żeby maluszek też posłuchał. Przykładały słuchawki do brzucha.
Na przełomie lutego i marca, byłam wtedy w siódmym miesiącu ciąży. Wtedy też przestałam odbierać telefony, nie chciałam przyjmować od nich pieniędzy. Zaczęli więc wydzwaniać do
sąsiadów, którzy o wszystkim wiedzieli. Wypytywać, co dzieje się ze mną. Wynajęli adwokata, pojawiły się groźby, że nie mam szans w walce z nimi. Mówili, że zawarliśmy umowę, że
jeśli wywinę jakiś numer, to oni doprowadzą do tego, że sąd odbierze mi także moje córki. Byłam zrozpaczona. Ostatnie tygodnie ciąży bez przerwy płakałam. Gdybym wtedy wiedziała, że
jednak mam prawo do dziecka, które urodziłam, nigdy bym go nie oddała!
Misiu urodził się kilka dni przed terminem. Kiedy poczułam skurcze, po prostu zawołałam sąsiadkę i poszłyśmy razem do szpitala. To bardzo blisko. Na początku ciąży zleceniodawcy mówili,
że zapłacą za cesarkę w prywatnej klinice. Ale wtedy żyliśmy jeszcze w zgodzie. Czasem myślę, że jakbym miała cesarkę, to sytuacja inaczej by się potoczyła. Nie czułabym porodu, tych
wszystkich emocji z nim związanych. A tak po wszystkim tuliłam dziecko do siebie, miało takie cudowne, maleńkie stópki. Kupiłam mu całą wyprawkę: kocyk, śpioszki, becik, pieluszki, butelki,
smoczek. Miałam nawet odłożone pieniądze na wózek i łóżeczko.
Domyślili się, bo coś nie zgadzało się z grupą krwi. Ale jeden z nich powiedział, że nie obchodzi go, co zrobię potem, ale ze szpitala z dzieckiem mam wyjść ja. Przez kilka dni w szpitalu
karmiłam go piersią.
To oni zadzwonili do mojej sąsiadki, dowiedzieli się, że urodziłam i wychodzę ze szpitala. Zapowiedzieli, że przyjadą jeszcze tego samego dnia. Zabrałam maluszka do domu... Mój Boże, nigdy
nikomu źle nie życzyłam, ale wtedy chciałam, żeby coś im się po drodze złego stało, żeby nie dojechali. Niestety... Dosłownie wyrwali mi go z rąk! Padłyśmy na kolana ze starszą
córką, przytuliłyśmy się do siebie i strasznie płakałyśmy. Sąsiedzi też. Wszyscy to bardzo przeżyli, ale myśleliśmy, że tak musi być. Zleceniodawcy zostawili na pożegnanie złoty
łańcuszek z medalikiem, mówiąc, że to od małego. A ja całą noc wylewałam własne mleko do zlewu.
Pieniądze na utrzymanie ciąży. To chyba oczywiste, że ojciec dziecka płacił, żebym miała witaminy i dobrze się odżywiała.
Tak, kupiłam zabawki dla swoich dwóch córek, zabierałam je na jazdę konną i do kina. Ale dziś nie chcę już żadnych pieniędzy. Gdybym tylko miała teraz 30 tys., oddałabym je, żeby tylko
mieć dziecko z powrotem. Każdy, kto podpisuje taką umowę, robi to dla pieniędzy. Ale kiedy rodzi się dziecko, przestają się liczyć. Jakiś czas po porodzie dzwonił ojciec dziecka i
powiedział, że podobno zadowoli mnie dodatkowe 50 tysięcy. Zrobił to chyba, żeby mnie sprowokować.
Nie chcę nawet 100 tysięcy! Chcę odzyskać moje dziecko!
Byłam w szoku, w kompletnej rozsypce i depresji. Poszłam wtedy do znanej łódzkiej adwokat Marii Wentlandt-Walkiewicz, która zgodziła się za darmo mi pomóc. Nawiązała kontakt z tamtymi
rodzicami i ich mecenasem. Po wielu rozmowach uznałam, że zostawię sprawę, nie będę miała żadnych pretensji. Ale nie myślałam wtedy racjonalnie.
Próbowałam, ale bezskutecznie. Podali fałszywy adres, na który trzeba było wysłać kartę szczepień. Karta wróciła z powrotem. Dzwoniłam, wysyłałam mejle, żadnego odzewu. A ja umieram z
niepewności! Czy czuje się dobrze? Czy jest zdrowy? Jak teraz wygląda? Nie mam o nim żadnej informacji. Chciałam go odwiedzić, zobaczyć.
Któregoś dnia przyszłam do domu, podeszła do mnie starsza córka i pyta: co się dzieje? Powiedziałam jej, że bardzo tęsknię za dzieckiem. A ona na to pewnym głosem: mamusiu, to walcz o nie!
Młodsza, pięcioletnia głaskała mnie po brzuchu i pytała, gdzie jest braciszek. Wtedy podjęłam ostateczną decyzję, że już przed niczym się nie cofnę. Jakieś trzy tygodnie temu poszłam
do mojej pani adwokat, powiedziałam, że zmieniłam zdanie, chcę odzyskać dziecko.
Może jestem biedna, ale chcę, żeby ono wiedziało, że to ja jestem jego mamą. Każde dziecko jest szczęśliwsze przy matce.
Dlatego chcę, żeby się dowiedziało. Musi wiedzieć, że ma mamę i dwie siostrzyczki. Już kiedyś jedno dziecko straciłam. Nie zrobię drugi raz tego samego błędu.
Miałam jeszcze jedną córeczkę. Urodziła się siedem lat temu z wadą genetyczną. Wymagała specjalistycznego leczenia, kosztownej diety bezglutenowej i bezbiałkowej. Na wszystko miała alergię. Kiedy miała sześć lat, była na poziomie rozwoju dwulatka. Od dłuższego czasu kuratorka opiekująca się naszą rodziną i lekarze przekonywali mnie, że lepszym rozwiązaniem będzie adopcja. Zapewne znajdzie się rodzina, którą stać na zapewnienie jej dobrych warunków. Długo opierałam się, ale kiedy kolejny raz trafiła do szpitala i okazało się, że jeszcze do tego prawdopodobnie ma cukrzycę, poddałam się. Nie miałam już siły i pieniędzy. Zostawiłam Marysię w szpitalu.
To nie było z dnia na dzień. Za radą pani kurator coraz rzadziej ją odwiedzałam, a ona chyba powoli o mnie zapominała. Potem trafiła do rodziny zastępczej. Od pani kurator wiem, że znaleźli
się ludzie, którzy ją adoptowali. U nas w Polsce wszystko rozgrywa się przez pieniądze. Nie masz pieniędzy, jesteś skrzywdzonym człowiekiem… Historię o Marysi opowiedziałam warszawskim
rodzicom mojego synka. Oni to potem wykorzystali przeciwko mnie. Straszyli, że jak będę robić problemy, to wywleką tę sprawę. Mówili, że skoro już oddałam jedno dziecko, to żaden sąd nie
stanie po mojej stronie.
Proszę mi wierzyć, że każdego dnia boli mnie serce z jej powodu. Choć nie wiem, gdzie ona teraz mieszka, codziennie jestem przy niej myślami. Wiem, że jest szczęśliwa.
Mój syn powinien być ze mną.
Jeżeli tak się stanie, będę siedziała dniem i nocą w domu dziecka. Nie będzie sam.
Mam sąsiadów, którzy wspierają mnie od początku. Pomagali, kiedy byłam w szpitalu, pomogą i teraz.
Dlaczego każdy się tylko o nich martwi? Ja też cierpię! Nie zamierzam się poddawać tylko dlatego, że jestem biedna. Rozumiem ich, wiem, że żona ojca, kiedy ja nosiłam dziecko pod sercem,
wkładała luźne rzeczy, żeby znajomi myśleli, że jest w ciąży. Mogliśmy dojść do porozumienia, wystarczyłoby, żeby nie odsuwali się ode mnie. Pozwolili mi choć czasami go
odwiedzać.
Jedna matka, czyli ja, i jeden ojciec. Ona jest tylko jego żoną.
Ja nie zamierzam przed dzieckiem ukrywać tego, co się naprawdę wydarzyło. Jak będzie na tyle duży, żeby zrozumieć, pozna prawdę. I będzie mógł wtedy sam wybrać, czy chce być przy
mnie.
Gdybym mogła cofnąć o rok, nigdy nie zdecydowałabym się na zostanie matką zastępczą. Gdybym mogła cofnąć do 19 maja, nie pozwoliłabym odebrać sobie dziecka.