- Nie chcę, żeby to spotkanie zamieniło się w lament - zaczął zastępca redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej", Jarosław Kurski. I słowa dotrzymał, lamentu nie było. Choć spotkanie uczestnicy rozpoczęli od zrelacjonowania kulisów swoich rozstań z mediami publicznymi. Kamil Dąbrowa ujawnił, że został zwolniony dyscyplinarnie, a oficjalnym powodem, jaki usłyszał było "narażenie wizerunku Polskiego Radia przez przeprowadzenie akcji politycznej". Karolina Lewicka wyznała, że nikt nawet nie pofatygował się poinformować jej, że wypowiedzenie zostało przyjęte.

- Nas nie zwalniają szefowie, tylko politycy - mówił Dąbrowa. - Pewien polityk PiS wystawił zlecenie na mnie, publicznie. To jest coś zupełnie nowego. Zlecenia polityczne zostały wykonane. To nie są żarty - dodał.

Piotr Kraśko zwracał uwagę, że młodzi dziennikarze, jak Jacek Tacik czy Jarosław Kulczycki, dadzą sobie radę, ale z telewizją pożegnało się też wielu starszych pracowników, niekoniecznie znanych z wizji (wymienił m.in. Piotra Jaźwińskiego, wydawcę który został po wielu latach zwolniony z "Wiadomości"). - Im będzie trudniej się odnaleźć. Warto im pomóc - dodał.

- Nie było jakichś strajków, związki zawodowe się nie zająknęły. Jak wy to tłumaczycie? - pytał Kurski o brak reakcji na polityczne czystki w mediach publicznych. Jankowska odpowiadała: Ci, którzy mogliby zaprotestować, już zostali zwolnieni. A Lewicka tłumaczyła, że politykom skutecznie udało się spauperyzować zawód dziennikarza. - Większość pracowników żyje od pierwszego do pierwszego. Wielu zastanawia się, ile będzie mieć dyżurów w danym miesiącu. Trudno od takiego człowieka wymagać, że będzie protestował. Ludzie muszą zgiąć kark.

Uczestnicy debaty opowiadali również o naciskach politycznych. Lewicka przekonywała, że nigdy nie odebrała takiego telefonu. - Nikt nie mówił, że jakiś gość, jakiś „setkowicz” ma się w materiale pojawić - wspominała. Podobnie wypowiadał się Piotr Kraśko, który przekonywał, że w jego pracę nie ingerował nie tylko Juliusz Braun ale też związany z PiS-em Andrzej Urbański. Kamil Dąbrowa, jako jedyny przykład ingerencji polityka podał telefon od ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. - Zadzwonił do dziennikarza, żeby go opieprzyć, bo nie podobało mu się jego wypowiedź w radiowym serwisie - relacjonował Dąbrowa.

Lewickiej wprawnie broił Piotr Kraśko przypominając brytyjskiego dziennikarza BBC, Jeremiego Paxmana, który potrafił jednemu z gości swojego programu kilkanaście razy zadać to samo pytanie. Kurski żartował, że dziennikarka musi się jeszcze wiele nauczyć.

Gdy temat zszedł na zaangażowanie dziennikarzy w politykę, obowiązek relacjonowania wydarzeń, a nie bycia ich uczestnikiem, Kurski został wywołany do tablicy. - Zastanawiałem się czy mam występować na wiecach KOD. Ale odpowiedziałem: Tak - mówił wicenaczelny “GW”, na co sala odpowiedziała brawami. Dziennikarz tłumaczył, że „Gazeta Wyborcza” jest szczególnym dziennikiem, z rodowodem prasy podziemnej. - Byliśmy gazetą "Solidarności" i Okrągłego Stołu. Prezentowaliśmy kandydatów w wyborach, stąd nasza nazwa. Przez te 25 lat do głowy mi nie przyszło, że kiedykolwiek znowu trzeba będzie się upominać o sprawy fundamentalne - mówił Kurski. Dodał, że przed laty, jako rzecznik prasowy Lecha Wałęsy zobaczył z bliska, jak się robi politykę. - Nie powinno się patrzeć, jak się robi parówki i politykę. Pomyślałem, że nigdy więcej. To, że byłem rzecznikiem Wałęsy, to był błąd. Ale zaangażowanie na wiecach KOD to nie jest zaangażowanie polityczne, to jest zaangażowanie w obronie demokracji. To są dwie różne sprawy - przekonywał.

Kurski pytał też swoich gości czy "ciemny lud" kupi indoktrynację PiS-u, jaką można obecnie obserwować m.in. w telewizyjnych "Wiadomościach". - Ten popis lizusostwa wobec premier Szydło, 16 minut wazeliny było nie do wytrzymania - wspominał zeszłotygodniowe wydanie serwisu. Lewicka przekonywała, że widz nie jest głupi. - Nie jest ciemną masą, która da sobie wcisnąć każdą, ordynarną propagandę. Bo to nie jest propaganda w białych rękawiczkach, to jest propaganda ordynarna - mówiła.

Jednym z najciekawszych momentów debaty - z wystąpieniem Gabriela Janowskiego włącznie - była część poświęcona pytaniom od uczestników z sali. Janowski najpierw przypomniał incydent ze swoim udziałem i zaatakował uczestników debaty, oskarżając ich że nikt z dziennikarzy nie zapytał go, co się właściwie stało. A po barwnym wystąpieniu podszedł do kamerzysty i zapytał, czy dostanie nagranie.

Do zadawania pytań wskazano głównie młodych ludzi. O tym, że dzisiejsze pokolenie 20-30-latków ma w głębokim poważaniu nie tylko media publiczne, ale też wszelkie inicjatywy obywatelskie, mowa była już wcześniej. Kamil Dąbrowa wyraził zaniepokojenie postawą "pokolenia iPhone’a", które nie pojmuje szerszego znaczenia wolności. Młodzi ludzie, jako jedyni zadali w czasie debaty niewygodne pytania - m.in. o zwolnienia prawicowych dziennikarzy TVP i przeniesienie części załogi do LeasingTeam, pominięcie w TVP relacji z przesłuchania Bronisława Komorowskiego i procesu w sprawie tzw. afery marszałkowej oraz oskarżenia pod adresem lidera KOD-u, Mateusza Kijowskiego.

Piotr Kraśko w odpowiedzi tłumaczył, że starał się uchronić redakcję „Wiadomości” przed zwolnieniami, Lewicka mówiła, że nigdy w TVP nie dostała etatu, a Kamil Dąbrowa wyjawił, że sam, jako współpracownik TVP2, znalazł się w LeasingTeam. Tego, że w odróżnieniu od ponad 400 dziennikarzy, montażystów czy charakteryzatorów, miał w tym czasie dyrektorską posadę, nie dodał.

Ten kto posiada telewizję ten przegrywa wybory. I tego panu życzę - powiedział zaś Kurski do jednego z uczestników protekcjonalnym tonem.