Ostatni etap konkursu na prezesa TVP można było obejrzeć na żywo. To nowość, bo do tej pory przesłuchania odbywały się w zaciszach gabinetów, albo w najlepszym razie były pokazywane garstce dziennikarzy. O swoich wizjach opowiadało, oprócz Kurskiego, troje kandydatów. Hasło „misja” w ciągu kilku godzin przesłuchań odmieniane było przez wszystkie przypadki. Padło też wiele słów o reklamach, abonamencie, „śmieciowych umowach” dziennikarzy i „warszawocentryczności". I słusznie, bo to realne oraz od lat pogłębiające się problemy spółki, z którymi żaden z prezesów TVP nie umiał sobie dać rady. Szkoda tylko, że o propagandzie, która jest obecnie z perspektywy zwykłego widza, największą bolączką telewizji było tak niewiele. Nikt „dobrej zmianie” na wizji nie chciał się narazić. Zwłaszcza, że najważniejszym widzem relacji live z sali przesłuchań miał być prezes PiS, Jarosław Kaczyński.

Kurski świętym Mikołajem

Kurski zaczął od narzekań, że przyszło mu występować jako pierwszemu. Stwierdził, że konkurenci mieli fory, bo mogli sobie obejrzeć jego wystąpienie i przed własnym wywodem wyciągnąć wnioski. Obecny prezes był też w o tyle trudniejszej sytuacji, że zamiast rozwodzić się o planach dla TVP musiał bronić tego, co już udało mu się zrobić i co w ciągu ostatnich kilku miesięcy spaprał. A jak sam przyznał, bez wpadek się nie obyło. I ani członkowie RMN, ani konkurenci nie omieszkali mu tego wytknąć.

Chwilami w sejmowej sali atmosfera niebezpiecznie się zagęszczała, widać było wzajemne animozje. Choćby wtedy, gdy szef rady, Krzysztof Czabański atakował Kurskiego, że w temacie twardych liczb - oglądalności, zatrudnienia i wpływów z reklamy - rzeczywistość telewizyjna rysuje się nieciekawie. Ten się bronił się, że nie jest świętym Mikołajem. - Aby wykreować nowy kontent, trzeba czasu, pieniędzy, talentu i spokoju na budowanie pasma - mówił.

A Czabański znów wbijał szpile: - Mówi pan czasem jak święty Mikołaj, ile to prezentów widzom nie przyniesie.

Słowny ping-pong między politykami (Kurski chciałby wszystkich przekonać, że nie jest już politykiem, ale menedżerem, tylko że nikt mu w to nie wierzy) rozgrywał się kilkukrotnie. Czabański upominał Kurskiego, by się nie rozgadywał, wytykał mu „epickość” wypowiedzi oraz bujną wyobraźnię. A Kurski się odwijał wypominając, że wrześniowy spadek wpływów z reklam to efekt „zamachu” na jego osobę, jaki rada przeprowadziła w sierpniu. Wtedy to nowo-powołany organ zbłaźnił się decyzją o odwołaniu Kurskiego, po kilku godzinach zmienioną.

- Rynek jest drażliwy na takie zmiany - przekonywał Kurski. Żalił się też, że po tej aferze część telewizyjnego zespołu „zamieniła się w kibiców” - poszła na urlop i obserwowała, czy Kurski na swoim stanowisku się utrzyma. - Przeszedłem bardzo trudny test. W warunkach zagrożonej płynności, bez wsparcia struktury przygotowałem dobrą ramówkę - zapewniał obecny prezes telewizji. A Czabański odparowywał - Ciesze się, że nasza sierpniowa decyzja pozwoliła się panu zahartować.

W czasie swojego wystąpienia Kurski próbował przekonać, że czasu, spokoju i przede wszystkim pieniędzy miał za mało. Rzucał hasłami „dziura Tuska” (w odniesieniu do spadku wpływów abonamentowych) i „dziura Daszczyńskiego” (o rzekomo sfałszowanym bilansie Janusza Daszczyńskiego) oraz przykładami niegospodarności poprzedników. Słusznie utyskiwał choćby na zakup 17 nowych kamer SD, bo to mało przyszłościowe, biorąc pod uwagę, że dziś mówi się już nie tylko o HD, ale o ultra wysokiej rozdzielczości (4K). We wskazywaniu problemów obecny prezes - podobnie jak jego konkurenci - był dobry. Ba, nawet lepszy, bo dysponował insajderską wiedzą i wynikami przeprowadzonego w spółce audytu. Gorzej mu szło, gdy przesłuchanie zeszło na programowe sukcesy.

Kurski tradycyjnie pochwalił się oglądalnością wielkich wydarzeń, jak szczyt NATO, Światowe Dni Młodzieży i imprezy sportowe. Ale pytań o własne produkcje TVP, które przyciągnęły widzów, nie uniknął. Dociskali go nie tylko szef rady, ale też Joanna Lichocka. Kurski rozwodząc się nad kulturalną ofertą telewizji, musiał przyznać m.in., że „Pegaz” nie „zaiskrzył” na głównej antenie. Mało przekonująco tłumaczył też przeniesienie Teatru Telewizji na późniejszą godzinę. - Z badań wynikało, że dla widzów teatru, przedstawicieli wolnych zawodów, wykształconych przedstawicieli inteligencji prime-time zaczyna się później niż w przypadku masowego widza - tłumaczył Kurski.

Telewizyjna inwazja mocy

Sporą część wystąpienia Kurski poświęcił też sprawom personalnym. Zwłaszcza, że Juliusz Braun wypomniał mu zwolnienie po kilku miesiącach nawet własnych dyrektorów, a Czabański na liczbach wskazywał wzrost zatrudnienia w spółce o około 100 osób. Na pracownikach mediów publicznych dużą część swoich wystąpień skupili też Krzysztof Skowroński i Agnieszka Romaszewska-Guzy. Szef Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z wiadomych względów mówił o konieczności odchudzenia części administracyjnej telewizji i walki o zaufanie pracowników - Żaden prezes TVP, nawet z największą wyobraźnią, bez zaufania ludzi nie jest w stanie ruszyć tej machiny - przekonywał Skowroński. W podobnym tonie wypowiadała się szefowa Biełsatu - Lubię pracować z ludźmi. Starałabym się docenić swoich współpracowników - mówiła w odpowiedzi na pytanie o to, w czym byłaby lepsza od Kurskiego. Przestrzegała też przed centralizacją władzy. - Nie może być tak, że dwie osoby wymyślają telewizję. I to był przytyk do działań jej obecnego szefa, który w tym kierunku reformuje strukturę spółki.

Kurskiego konkurenci krytykowali częściej, choć nie wprost. Skowroński utyskiwał na przykład, że reklamy zdominowały transmisje olimpiady - Trzeba było mieć nie lada cierpliwość, żeby czasem przetrwać przerwy na reklamy. Do tej pory nie wiem, kto wygrał triathlon kobiet - mówił dziennikarz. Romaszewska zaś wskazywała na brak telewizyjnych osobowości - Jak się ma wyrazistego prowadzącego, to jest sukces - mówiła. Jako przykład podawała Jana Pospieszalskiego.

Najmocniejszą stroną jej wystąpienia była koncepcja budowania pozycji telewizji publicznej za granicą. Szefowa Biełsatu skrytykowała plan stworzenia „telewizji Wyszehradzkiej”, czyli kanału anglojęzycznego, który miałby znaleźć widza w Europie. Nie trudno się zgodzić z jej opinią, że kanał nie miałby szans konkurować z CNN czy BBC. Zwłaszcza przy obecnym stanie kadr TVP. Lepiej zadbać o licencje do pokazywania dobrych programów w TVP Polonia, a nową stację budować dla widzów na Wschodzie, po rosyjsku.

W wystąpieniu Skowrońskiego ciekawie zabrzmiała zaś koncepcja przebijania muru, jaki dzieli telewizję od jej widzów i stworzenia telewizyjnej wersji znanej z radia RMF FM „Inwazji mocy”. Sztandarowym programem miałby być nadawany na żywo program pod roboczą nazwą „Polska na żywo”. Skowroński przekonywał, że chodzi o coś więcej niż cotygodniowy program z wybranego powiatu Polski, ale o całą koncepcję telewizji. Nie jestem pewna czy udało mu się jednak członków rady przekonać. Zwłaszcza, że w trakcie wystąpienia Skowroński przyznał, że nie ma w domu telewizora, a gdy dostał 10 minut na podsumowanie swojej wizji, to ze spiczu zrezygnował.

Ostatni kandydat, Bogdan Czajkowski, zabłysnął głównie wizją częściowej prywatyzacji TVP. Emisja akcji miałaby być powiązana z ulgami abonamentowymi - Jeśli na zakup akcji zdecyduje się 2 mln gospodarstw domowych, to my z tego otrzymujemy około 500 mln złotych - tłumaczył. Ale systemu szczegółowo nie zdążył objaśnić. - Nie będziemy tego zgłębiać - uciął dyskusję Czabański.

Wyniki konkursu poznamy w środę, kiedy to posiedzenie zaplanowała RMN. Ale decyzja moim zdaniem, już zapadła. I to bynajmniej nie na sali przesłuchań, lecz w siedzibie PiS. Nikt nie ma wątpliwości, że był to show zorganizowany nie dla członków rady, dziennikarzy czy widzów zatroskanych losem telewizji publicznej. Ale dla prezesa PiS, bo to on podejmie decyzję.

Nie wiem, czy Jarosław Kaczyński przesłuchanie oglądał, a jeśli tak, to jak zareagował na wystąpienia kandydatów. Ja, po kilku godzinach oglądania tej improwizacji na polityczny użytek, miałam ochotę na jedno: za przykładem szefowej Biełsatu, zapytanej o to, co by zrobiła, gdyby została prezesem TVP - wypić kieliszek koniaku.