Od debiutu "Korony królów" minęło już kilka dni, ale hasztag serialu utrzymuje się wśród najpopularniejszych w mediach społecznościowych.

To jakieś szaleństwo. Zrobiłam w życiu parę seriali i wokół żadnego z nich nie było tyle szumu. Dwie godziny po emisji pierwszych odcinków włączyłam komputer i już było z dziesięć recenzji na różnych portalach.

To pomaga czy szkodzi nowej produkcji?

Ja się cieszę, bo to zawsze reklama – piszą dobrze czy źle, byle tytułu nie przekręcali. Ale nie wiem, skąd to się wzięło. Niezależnie od tła politycznego…

Bo telewizja publiczna kojarzy się politycznie?

Tak. Ale poza tym tłem "Korona" to coś zupełnie innego,nowego w polskiej telewizji. Gdyby wchodził na antenę kolejny serial TVN o młodych, zdolnych i bogatych czy kolejna produkcja telewizji publicznej o zwykłych ludziach, to nie byłoby dla mediów nic specjalnie interesującego. Natomiast takiej formy – polskiej telenoweli historycznej, kostiumowej – dotychczas nie było. I temu przede wszystkim przypisuję zainteresowanie, jakie "Korona" budzi w mediach i serwisach społecznościowych. Choć oczywiście wiadomo, czym jeszcze spowodowana jest ta fala krytyki: wiele osób tylko czeka, aż się telewizja publiczna na czymś spektakularnie wyłoży.

Czyli myśli pani, że serial nie byłby tak krytykowany, gdyby pokazywał go np. Polsat?

Wydaje mi się, że nie budziłby wtedy takiego zainteresowania. Oczywiście nie pomogły też niezręczne wypowiedzi przed debiutem serialu, porównywanie go do "Gry o tron", mówienie, że to superprodukcja. W ten sposób TVP się podłożyła. Wielokrotnie z tym polemizowałam, bo nie można "Korony królów" porównywać z "Grą o tron".

Prezes TVP Jacek Kurski mówił, że budżet serialu TVP jest 250 razy mniejszy.

To jakby porównać oscarowy dramat z odcinkiem "M jak miłość". Każda produkcja powinna startować w zawodach w swoim gatunku. Myślę, że nawet tureckie "Wspaniałe stulecie" miało dużo większy budżet niż my.

Skoro odcinek "Gry o tron" kosztuje 15 mln dolarów, to na odcinek "Korony" wypada 200 tys. zł.

Nie będę rozmawiać o budżecie. Jestem tylko konsultantem scenariusza i współscenarzystką pierwszych dwóch odcinków, dodanych do serii.

Bo miało się zaczynać od trzeciego?

Miało się tak zaczynać, jakby się wcale nie zaczynało. Nie było wiadomo, skąd się wzięła żona Kazimierza, brakowało wprowadzenia. Mnóstwo informacje przekazywano w dialogach – np. wyjaśnienie dlaczego kiedyś tam Litwini wypuścili polskich jeńców. Dodaliśmy więc pierwsze dwa odcinki, a kolejnych 16, już napisanych, poprawialiśmy, a właściwie napisaliśmy na nowo. Zdjęcia ruszyły w lipcu, w pośpiechu. Zarzuca się nam sztywność dialogów. Ciekawa jestem, co by zarzucono, gdyby zostały zrealizowane tamte dialogi z pierwszej wersji...

Były jeszcze gorsze?

Moim zdaniem tak, bo to nie jest słuchowisko radiowe, nawet w telenoweli powinno się pokazywać historię poprzez zdarzenia, akcję, a nie tylko dialog. Ale nie ma co do tego wracać. Tak czy inaczej "Korona królów" to co innego niż "Gra o tron" i nawet co innego niż dawna "Królowa Bona", bo wtedy kręcono serial latami, a my dziś pracujemy z małym budżetem, więc musimy kręcić szybko. Możemy się co najwyżej porównać do "Klanu", tylko że w kostiumie, ale nie do dużych produkcji z plenerami.

Tylko że jak ktoś włącza telewizor, to chce zobaczyć coś fajnego i nie obchodzi go budżet ani problemy nadawcy.

Oczywiście że tak. I wszyscy byśmy chcieli, ja pierwsza, żeby to było zrobione za większe pieniądze i efektowniej. Ale "Koronę" pomyślano jako telenowelę, a nie superprodukcję oscarową.

To od którego odcinka dialogi się rozkręcą?

Narzekania na dialogi są moim zdaniem przesadzone. Choć oczywiście mogłoby być na pewno lepiej. Szukamy konwencji, stylu. Próbujemy. Może czasem źle, ale naprawdę, chyba za bardzo nas za dialogi krytykują. W telenoweli bardzo wiele dialogów ma charakter informacyjny, to normalne w tym gatunku.

Prezes TVP mówił DGP, że to produkcja na lata, więc macie czas, by te wszystkie uwagi wykorzystać i poprawić niedociągnięcia.

Wszyscy się uczymy w tej produkcji. Bo czegoś takiego nigdy w Polsce się nie robiło. Pionierzy zawsze mają pod górkę.

Wytyka się też błędy faktograficzne. Np. że królowa Jadwiga odmawia "Zdrowaś Mario", a tę modlitwę ustanowiono dużo później.

Nieprawda. Zanim papież Pius V zatwierdził ją do kanonu głównych modlitw katolickich i wpisał do brewiarza, była znana, dwie pierwsze jej części to cytat z Nowego Testamentu, a on jednak chyba jest starszy, niż dynastia Piastów, czy może się mylę? Mamy konsultanta historycznego, każdy odcinek przechodzi przez ręce doktor Czwojdrak dwa razy. Sprawdzaliśmy też z innym konsultantem, kiedy w mszy zaczyna być używane "przekażcie sobie znak pokoju", kiedy się pojawiła w Polsce biała mąka czy papryka na Węgrzech, dziesiątki takich szczegółów. To nie jest tak, że wypluwamy z siebie bezmyślnie jakieś przypadkowe teksty.

A to, że para królewska ciągle chodzi w koronach?

To jest telenowela, panuje w niej pewna umowność. Mają ją zrozumieć ludzie bez specjalistycznego wykształcenia, a nie tylko profesorowie historii. Poza tym bohaterowie nie chodzą non stop w koronach. Tylko na mszy, naradach, w publicznych sytuacjach.

Czyli nic wam się nie przyda z tych licznych uwag w internecie?

Przyda się. Ale nie można mówić "wszystko jest nie takie", "nic się nie zgadza". To są słowa-wytrychy. Nie mówię, że nie zrobiliśmy wielu błędów. Nie popełnia ich tylko ten, kto nic nie robi. Wiele można poprawić i na pewno to zrobimy. Ale o tym, co mi się nie podoba, rozmawiam tylko z ekipą. Chcemy w tym serialu przybliżyć postaci historyczne współczesnym widzom. Dlatego język nie jest specjalnie stylizowany.

Jest niekonsekwentny: chwilami współczesny, to znów brzmią w nim archaiczne frazy.

Bo szukamy najlepszego rozwiązania, kompromisu między całkowitą stylizacją, której nikt by dzisiaj nie zniósł, a współczesnością. Od serialu "Królewskie sny" minęło 30 lat i widz się w Polsce zmienił. Próbujemy, szukamy i dostajemy za to po głowie. Oczywiście nie będziemy rozliczani z dobrych chęci, tylko z efektu. Ale to naprawdę nie jest łatwe. Nikt inny od lat takiego wyzwania nie podjął. A teraz wszyscy się na nas rzucają. Ja się tym tak bardzo nie przejmuję, jestem przyzwyczajona do hejtu. Ale wiele osób z produkcji ciężko to przeżywa. Konstruktywna krytyka jest pożyteczna, ale z wylania pomyj na głowę nic dobrego nie wynika, co najwyżej wylewający trochę odreaguje i nie będzie miał wrzodów. Na zdrowie.

Mimo pomyj wyniki oglądalności pierwszych odcinków – 3,7 mln - są bardzo dobre.

Najlepsze otwarcie polskiego serialu od lat. Ale o tym się nie pisze.

Jak pani to sobie tłumaczy? Ludzie oglądają i jednocześnie krytykują na Twitterze?

Telewizja Polska jest nieznoszona w wielu kręgach i nie jest lubiany prezes, którego ta produkcja jest dzieckiem. I stąd się bierze agresja. Chociaż jej poziom mnie zdumiewa. Na forach piszą o mnie, że jestem kolaborantką.

Za współpracę z TVP?

Tak. Czy jak prezesem TVP był Robert Kwiatkowski i robiliśmy "M jak miłość", to też byłam kolaborantką? Dzisiejszy poziom negatywnych emocji jest według mnie masakryczny. Napisałam u siebie na Facebooku, żeby moi internetowi znajomi dali serialowi szansę i obejrzeli choć kilka odcinków. Jak się nie spodoba, to trudno. Nie było chamskich komentarzy, ale pojawiły się np. takie "pani Ilonko, jak panią lubię i szanuję, to nie obejrzę nic w telewizji publicznej". A przecież nikt nie ogłosił bojkotu TVP. Aktorzy nie przestali grać w serialach. A na nas wszyscy się rzucili, bo to nowa produkcja. To zdziczenie obyczajów nie dlatego jest przykre, że chodzi o "Koronę królów", tylko dlatego że pokazuje, co się z nami ostatnio porobiło.