Dlaczego północna półkula Marsa jest płaska jak stół, a południową pokrywają rozległe wyżyny? Bo dawno, dawno temu na Czerwoną Planetę spadła olbrzymia asteroida, a owa wielka nizina to pozostałość po tamtym zdarzeniu. Tak jedną z największych tajemnic naszego Układu Słonecznego tłumaczą na łamach dzisiejszego "Nature" amerykańscy naukowcy z Massachusetts Institute of Technology.

To, że obydwie półkule Marsa diametralnie się od siebie różnią, wyszło na jaw w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy w okolice Czerwonej Planety dotarły sondy Viking. Zrobione przez nie zdjęcia wprawiły naukowców w zdumienie. Północną półkulę Marsa pokrywały rozległe, płaskie niziny, południową zaś - wyżyny o wysokości od 4 do 8 km ponad poziom północnych nizin.

Dychotomia Czerwonej Planety, czyli właśnie podział na dwie różne części, była do tej pory różnie tłumaczona. Najpopularniejsze teorie zakładały albo działanie wewnętrznych procesów geologicznych, albo zderzenie Marsa z innym, gigantycznym obiektem kosmicznym. To drugie rozwiązanie zostało przedstawione przez Stevena Squyresa z Cornell University w 1984 r. I choć było ono dość wiarygodne, szybko popadło w niełaskę, bo kształt nizinnego obszaru Marsa nie był okrągły, czyli nie pasował do wyglądu znanych z Ziemi kraterów pouderzeniowych.

Z biegiem czasu okazało się jednak, że takie struktury wcale nie muszą mieć kolistego kształtu. Badania naszego Układu Słonecznego wykazały, że mogą być eliptyczne (jak w przypadku księżycowego krateru Aitken). To zachęciło naukowców do ponownego przemyślenia przyczyn powstania marsjańskich nizin.

Jak dowiodły najnowsze analizy danych topograficznych oraz zmian pola grawitacyjnego przeprowadzone przez specjalistów z MIT, północną półkulę Czerwonej Planety pokrywa jeden wielki eliptyczny krater pouderzeniowy. Jego szerokość liczy 8500 km, a długość 10 600 km. To mniej więcej tyle, ile zajmują Azja, Europa i Australia razem wzięte.

Oczywiście w tym momencie rodzi się pytanie: jak wielki musiał być obiekt, którego uderzenie spowodowało utworzenie tak wielkiej struktury? To właśnie na nie starają się odpowiedzieć dwie inne prace zamieszczone w dzisiejszym "Nature". Obydwie przedstawiają wyniki komputerowych symulacji, których celem było odtworzenie wielkości, prędkości oraz kąta upadku kolosa.

"Uderzenie musiało być na tyle silne, by oderwać skorupę z połowy planety, ale nie tak potężne, by wszystko stopić. Udowodniliśmy, że marsjańska dychotomia naprawdę mogła powstać w ten sposób" - mówi Francis Nimo z University of California w Santa Cruz, najważniejszy autor jednego z artykułów. Wyliczenia jego zespołu uzupełniają wyniki otrzymane przez naukowców z California Institute of Technology pracujących pod kierunkiem Margarity Marinovej.

Dowodzą one, że obiekt, który trafił w Marsa, mógł mieć wielkość nawet dwóch trzecich Księżyca. Poruszał się bardzo szybko, od 6 do 10 km/s. W Czerwoną Planetę uderzył pod katem 30 - 60 st. Według Francisa Nimo fala uderzeniowa okrążyła planetę i roztrzaskała jej skorupę po przeciwnej stronie. Tym samym spowodowała obserwowane do dziś anomalie w polu magnetycznym Marsa.

Zderzenie Czerwonej Planety z asteroidą miało miejsce mniej więcej w tym samym czasie, gdy na skutek innej kosmicznej kolizji - Ziemi z podobnym obiektem - powstał Księżyc. To nie przypadek. - Takie kosmiczne katastrofy zdarzają się jedynie na dość wczesnym etapie istnienia układów słonecznych - mówi Margarita Marinova. Z czasem ilość kosmicznego gruzu, który pozostał w systemie po utworzeniu się planet, maleje. Tym samym prawdopodobieństwo kosmicznej katastrofy znacząco maleje.