Co prawda kryzys się jeszcze nie skończył, ale wiele wskazuje na to, że kolejne jego fazy będą bardziej przewidywalne i mniej burzliwe. W moim przekonaniu główne ryzyko znajduje się po stronie czynników zewnętrznych. Problemów krajowych bym nie bagatelizował, ale jeśli uda nam się uniknąć poważniejszych błędów, a na świecie będzie wracała koniunktura – będzie dobrze.

Przydałoby się wyjaśnienie, co to znaczy, że ȁE;będzie dobrzeȁD;. W roku 2010 uznałbym, że takim terminem można opisać sytuację, w której nie wydarzy się żadna katastrofa, a polska gospodarka, szczególnie w drugiej połowie roku, wejdzie w fazę ożywienia, które tworzy miejsca pracy. To, co Polska powinna zrobić, to przede wszystkim udowodnić, że jest stabilna fiskalnie, czyli umie i jest w stanie zatrzymać narastanie długu. O ile w samym 2010 roku prawdopodobnie nie uda się zmniejszyć długu, o tyle w tym roku powinny zostać podjęte działania, które w sposób wiarygodny pokażą, że Polska wchodzi na ścieżkę wygaszania długu i deficytu. I to jest swego rodzaju zadanie minimum, które powinno zabezpieczyć nas przed ryzykiem wstrząsów wywołanych przez nas samych.

Po stronie zewnętrznej znaków zapytania jest znacznie więcej. Z kryzysu finansowego w roku 2010 pełną parą wkraczamy w kryzys fiskalny. Pytanie, jak główne gospodarki świata sobie z tym poradzą. W ostatnich dniach 2009 roku Japonia otrzymała ostrzeżenie od jednej z agencji ratingowych, że może stracić obecny poziom ratingu ze względu na rosnące zadłużenie. Jak wiadomo, deficyt i dług to nie tylko problemy Japonii, to także wyzwania dla Wielkiej Brytanii, USA, Hiszpanii, nie wspominając o Grecji czy Portugalii.

Kolejna niewiadoma to zachowanie rynków finansowych. Amerykański indeks giełdowy S&P 500 od szczytu w połowie 2007 roku spadł o 57 procent, po czym od marca zeszłego roku wzrósł o 65 procent. W tym samym okresie nasz WIG zanotował spadek o prawie 70 procent, a następnie wzrost o 88 procent! Taka huśtawka świadczy o przereagowaniu rynku. Pytanie, czy wzrost, który po tym spadku nastąpił, nie jest przejawem zbytniego optymizmu. W drugiej połowie zeszłego roku można było rzeczywiście wpaść w euforię, kiedy coraz więcej sygnałów wskazywało na to, że kryzys osiągnął dno. Rynki finansowe uwielbiają tego typu sygnały, bo jak jest dno, to zaraz musi być wzrost. Stąd właśnie ten optymizm. Nie sądzę jednak, aby wzrost na świecie był stabilny, nie sądzę też, że nie będzie nowych niespodzianek typu Dubaj czy Grecja. Dlatego też oczekiwałbym w 2010 roku porządnej korekty na rynkach akcji. Gdybym tylko wiedział dokładnie, kiedy to się stanie...

I na koniec jeszcze kilka słów o Chinach i o tym, że świat wcale nie wyszedł z wielkich nierównowag, jakie były jedną z przyczyn kryzysu. Chiny rozwijają się znacznie szybciej niż Stany Zjednoczone, co powinno prowadzić do umocnienia chińskiej waluty – juana. Ale tak się nie dzieje, gdyż Chińczycy utrzymują sztucznie słaby kurs, dzięki czemu mogą tanio eksportować swoje produkty. Ale im dłużej to trwa, tym bardziej chińska waluta staje się niedowartościowana. USA naciskają na Chiny, aby umocniły juana wobec dolara, ale siła przetargowa Ameryki jest ograniczona. Choćby dlatego, że znaczna część amerykańskich obligacji znajduje się w posiadaniu rządu chińskiego. Nie spodziewałbym się tu szybkich zmian.

Będę więc musiał zepsuć trochę humory czytelnikom na początku nowej dekady. W Chinach narasta kolejna bańka spekulacyjna. I wybuchnie jeszcze w tej dekadzie. A ten, kto dokładnie przewidzi ten moment, zostanie milionerem.