Nie lubię Sylwestra, nie lubię Nowego Roku. Rozumiem, że ludzie się cieszą, bo muszą wynajdywać jakieś okazje do zbiorowej radości – pewnie są to pozostałości po czasach pogańskich – ale nie rozumiem z czego się cieszą. Nie pojmuję też, dlaczego Nowy Rok stanowi dla wielu okazję do składania sobie i innym obietnic poprawy, których olbrzymia większość ludzi i tak nie dotrzyma. Maksimum tego, co roztropny człowiek może życzyć drugiemu z tej okazji, to żeby nie było gorzej, bo nie ma żadnego powodu, żeby było lepiej. Jednakże w zapleczu naszych noworocznych intencji tkwi bardzo poważna i niebezpieczna idea, a mianowicie idea zaczynania od nowa.

W ludzkim sensie jest to idea czasem zrozumiała, wielu z nas (może wręcz każdy) chciałoby „wsiąść do pociągu byle jakiego” i ruszyć w nieznane zostawiając za sobą wszystko: pracę, kolegów, rodzinę, dzieci, psa i kota oraz mieszkanie, które już się nam obyło i które jest zawsze za małe. Wiemy jednak, że od pewnego momentu życia jest to już niemożliwe, nie tylko dlatego, że praktycznie niewykonalne, ale także dlatego, że przecież często lubimy naszą pracę, dzieci i kota. Całego naszego życia zatem od nowa nie zaczniemy, a w życiu prywatnym, tak jak w życiu publicznym przeciwieństwem rewolucyjnej idei zaczynania od nowa jest reformowanie.

„Zaczynanie od nowa” było hasłem największej rewolucji w nowożytnych dziejach czyli Rewolucji Francuskiej i potem wielu pomniejszych. Zaczynano liczyć dzieje od nowa, wprowadzano nowe kalendarze, kasowano wszystkie zasługi i tytuły, które ktokolwiek uzyskał przed dniem zero. Nawet po tak wątpliwej rewolucji jak bolszewicka wprowadzono oficjalnie nowy kalendarz, tylko się nie przyjął w praktyce. Systemy totalitarne miały bardzo silną intencję zaczynania od nowa, ale ciężar dziedzictwa z reguły uniemożliwiał całkowite dokonanie tego zabiegu. W stalinizmie nazywano to „inżynierią społeczną”, a liczni w historii ludzkiej pisarze utopijni mieli nadzieję, że można wymyślić idealny świat, idealne życie polityczne i społeczne, a potem od razu wprowadzić je w życie. Zacząć wszystko od nowa.

Nie trzeba być konserwatystą, żeby zdać sobie sprawę z tego, że taki, proszę wybaczyć sformułowanie, „nowy początek” jest nie tylko niemożliwy do zrealizowania z praktycznych względów, ale także sama myśl na ten temat, sama intencja, pozostaje w sprzeczności z tym, co trzyma społeczeństwa w słabych, ale realnych strukturach wspólnotowych, czyli z ciągłością. Tylko ciągłość, czyli autorytet tradycji, pozwalają nam na dzielenie wspólnych wartości i na spieranie się o to, które wartości są ważniejsze, co jest normalnym ludzkim zajęciem. Dlatego też, każda forma zaczynania od nowa, musi polegać przede wszystkim na destrukcji istniejącego świata.

Nie wyklucza to zmiany, nie wyklucza to poprawy. Gdybyśmy mieli żyć w przekonaniu, że nic w żadnej dziedzinie prywatnej i publicznej nie będzie lepiej, życie takie byłoby nie do zniesienia. Jeżeli jednak chcemy coś reformować świadomie, bo reforma bez naszego wpływu i tak sama się dzieje: na przykład zmienia się klimat, a politycy odchodzą i przychodzą, chociaż nie ci, których akurat byśmy woleli, jeżeli zatem chcemy reformować, to musimy wiedzieć, co zamierzamy zmienić na co i domniemywać, że nowe będzie lepsze od starego. Musimy zatem działać zawsze tylko cząstkowo i zawsze tylko w bardzo ograniczonym zakresie. Idea reformy radykalnej jest wewnętrznie sprzeczna.

Jeżeli teraz wrócimy do Nowego Roku, to czego warto się spodziewać? Tylko tego, co od nas zależy, bo nikt nam nic nie podaruje za darmo. Nowego prezydenta, nowych władz samorządowych? Gdybym wiedział, że decyzje te są w naszych rękach, to bym do takich nadziei zachęcał. Teoretycznie są, a praktycznie zdecydują zbiorowe emocje, nie zaś nasza indywidualna roztropność. Ja zatem sobie stawiam cel ściśle określony i nie przesadny: spróbuję wypalić o dwa papierosy dziennie mniej i przeczytać miesięcznie o jedną książkę więcej. I takich decyzji Państwu życzę.