Życie polityków - to hałaśliwy i roznegliżowany świat telewizyjnych gwiazdeczek, a Stasiak ma naturę państwowca, lubiącego w spokoju rozwiązywać rzeczywiste problemy. Politycy są wobec siebie nawzajem patologicznie agresywni, Stasiak wyraźnie cierpi, gdy okoliczności wikłają go w pozamerytoryczną awanturę. Wreszcie politycy są dziś gatunkiem bezwzględnie partyjno-stadnym, a Stasiak całą swoją osobowością daje znaki, że jest osobny, niezdolny do podążania za owczym pędem. Jeśliby uznać, że polityka - przynajmniej w Polsce - zintegrowała się ostatnio niemal zupełnie z popkulturą, to Władysław Stasiak jest w takiej polityce figurą w takim samym stopniu sympatyczną, co anachroniczną.

Ciekawe, co skłania ostatnimi czasy Jarosława Kaczyńskiego do tego rodzaju polityki kadrowej? Musi stać za tym diagnoza, przewidująca moment społecznego znużenia polityką, traktowaną jako medialna fikcja, luźno tylko związana z rzeczywistym stanem państwa i życiem ludzi. Kaczyński zdaje się sądzić, że to, co z pozoru anachroniczne, za chwilę okaże się awangardą. Nie jest pewne, czy taka diagnoza nie jest przedwczesna. Ludowe upodobanie do bezmyślnego przyglądania się politycznej operze mydlanej może być trwalsze, niż sądzi Kaczyński, i mocniejsze od zbiorowego pragnienia naprawy Rzeczypospolitej. Ucieczka polityków od realiów państwowej rzeczywistości w świat popkulturowej zabawy nie jest przecież zjawiskiem jedynie polskim. Owszem, niektórzy twierdzą, że nad Wisłą przybrała ona bardziej patologiczne niż gdzie indziej kształty, choć jak popatrzeć na Włochy Berlusconiego albo Hiszpanię Zapatero można w taką polsko-pesymistyczną teorię mocno zwątpić. Nawet jeśli Gęsicka czy Stasiak dysponują dziś sporą dawką publicznego autorytetu, to - co tu dużo mówić - ma on charakter mocno elitarny, a w starciu z obliczoną na emocje gawiedzi falą propagandowego prostactwa może się okazać niewystarczający.

Z drugiej jednak strony, jeśli szukać dziś dla PiS-u jakiejś przyszłościowej symbolicznej formuły nowej tożsamości, to - mówiąc modnym językiem marketingowców - opowieść o bohaterze, który na przekór modom i tabloidom bierze się do rzetelnego rozwiązywania prawdziwych problemów jest chyba najlepszą możliwą do skonstruowania narracją. Odwołuje się bowiem ona - po pierwsze - do wartości prawdziwych i z ducha konserwatywnych: rzetelności, cierpliwości, umiarkowania. Po drugie zaś, jest wyraźnie opozycyjna wobec narracji PO o dobrym królu Tusku, który bez jakiejś ciężkiej pracy nad państwem i zasadniczych reform potrafi dać nam łatwiejsze życie. Gęsicka i Stasiak mogliby być właśnie bohaterami takiej PiS-owskiej opowieści. Kłopot będzie jedynie z tym, że ten typ bohatera nie jest zgodny ze zbiorową pamięcią nieodległych czasów władzy Kaczyńskiego, która - nie bez przyczyny - jest pamięcią o czasie wszechogarniającego konfliktu, a nie pracy. A najgłówniejsze PiS-owskie figury polityczne - z prezesem Kaczyńskim na czele - pozostają bohaterami tamtej właśnie historii. Krótko mówiąc, druga wątpliwość dotyczy tego, czy stronnictwo Kaczyńskiego w ogóle da się gruntownie przebudować z Partii Konfliktu w Partię Pracy? Tym bardziej, w krótkim czasie, jaki pozostał do wyborów prezydenckich i samorządowych.

Oba te dylematy dotyczą kwestii taktyki walki o władzę i zwyciężania w wyborach. Nie sposób jednak nie zauważyć rzeczy z perspektywy interesu publicznego bardziej fundamentalnej. Gdyby ów nowy "bohater pracy państwowej", symbolizowany przez postaci Gęsickiej albo Stasiaka miał się w polityce polskiej upowszechnić - byłby to niewątpliwy sygnał, że idzie jednak jakieś nowe. Nowe i lepsze. Wyzbyte błazeństwa, złości, cynizmu i nieustannego udawania. Za to solidne, rzetelne, choć… z telewizyjnej perspektywy zapewne bardziej nudne.