To w zasadzie dobrze, że po raz pierwszy od pradawnych czasów Buzka i Wąsacza ktoś ogłasza manifest prywatyzacyjny. Zaniechania ostatniej dekady były pod tym względem tak wielkie i szkodliwe dla kraju, że odczuwam coś na kształt skrępowania w uczciwym osądzaniu uchwalonych nowych planów prywatyzacyjnych. Tym bardziej że politycy opozycji, argumentując, iż moment przesilenia kryzysu gospodarczego jest niedobry dla sprzedaży państwowych udziałów, wykazują daleko idący brak ekonomicznej intuicji. Jest bowiem przeciwnie. Kiedy wielki kryzys właśnie wokół nas się przełamuje, zwiastuje to rychły moment kształtowania się całkiem nowych układów sił na rynkach. A wtedy nawet niewielki impuls konkurencyjny, jakim jest ustanowienie prywatnego właściciela i dopływ kapitału do firmy, może stać się źródłem nieoczekiwanego rynkowego sukcesu. Dziś jest czas, kiedy rządowi stratedzy od gospodarki winni myśleć o wzmocnieniu sił przyszłych polskich ekonomicznych tygrysów. W kompletnie innych warunkach tak właśnie postępowały polskie rządy u schyłku Wielkiego Kryzysu lat trzydziestych.

Dlatego tak rozczarowująca jest zachowawczość rządowego planu. „Nie jest to przełom, ale asekuracja” – mówi Grażyna Magdziak, ekspert BCC. „Sprzedaży części pakietów nie można nazywać prywatyzacją” – dodaje Andrzej Sadowski z CAS. Taki ekspercki sceptycyzm nie jest zaskakujący. Przez 20 lat różnych faz polityki prywatyzacyjnej zgromadziliśmy solidne kompendium doświadczalnej wiedzy. I właśnie z doświadczenia wiemy, że przyświecająca decyzjom rządu idea łączenia państwowych i prywatnych pakietów własnościowych w firmach jest najczęściej matką złej polityki.

Sprzedawanie udziałów ze strachu po kawałeczku obniża cenę transakcji, redukuje wartość i moc pozostawianych przez rząd aktywów, nie wpływa na konkurencyjność firmy, nie daje jej ani zastrzyku kapitału, ani potencjału rozwojowego. Krótko mówiąc – jest pozbawione ekonomicznego uzasadnienia. Ale na dodatek, w polskich warunkach operacje takie lubią przynosić na styku państwowe – prywatne absurdalne zawieruchy, jak choćby ta, która od lat nęka PZU i bynajmniej nie rokuje dotąd dobrym zakończeniem. Nie ma we mnie cienia intelektualnej akceptacji dla wysiłków antyprywatyzacyjnych grup związkowców. Ale paradoksalnie i wbrew swoim intencjom, mają oni rację, gdy mówią: „w takim razie lepiej zachować państwowy status quo”.

Stawiam tezę, że w Polsce jest raptem 9 firm, które na mocy narodowego konsensu winny być trwale zarządzane przez ministra. A minister ów winien dostać na koszt podatnika świetnie opłacany (bez żadnych „antykominów”) i sprofesjonalizowany aparat dla sprawowania owego zarządu. Są to: rury naftowe i gazowe (wraz z nafto- i gazoportami) oraz sieci przesyłowe prądu, bo mamy sąsiada, który zasadza się na wrogie przejęcie tego wszystkiego. Tory kolejowe i trakcje PKP, bo bez rządu tory zardzewieją, a trakcje pozrywają coraz częstsze wichury. Hazard (czyli Toto-lotek i Loteria), bo inaczej przejęłaby go wcześniej czy później mafia. Lasy, bo zdaje się chcemy, aby były nadal dobrem wspólnym, a nie majątkiem produkcyjnym. I BGK, bo widać, że jest praktycznie potrzebny rządowi, jako sprawne narzędzie rozmaitych polityk. Koniec. Cała reszta to albo przesądy, albo zręcznie skrywane lobbystyczne, a nie narodowe interesy. I przyznaję, że moje sympatie instynktownie przesuwają się w stronę byle jakiej opozycji, jeśli kolejny premier, patrząc na mnie z telewizora ciepłym i budzącym zaufanie wzrokiem, zapewnia mnie, że absolutnie i nigdy nie odda nikomu tego czy owego. Jeśli kiedyś robił tak premier Buzek, to przynajmniej wiedziałem, że ma na głowie Krzaklewskiego i całą Komisję Krajową. Jeśli Miller – to tłumaczyłem sobie: „całe życie był przecież komunistą”. O Kaczyńskim wiedziałem, że gdyby mógł, to by upaństwowił nawet z powrotem sklepy spożywcze. Gdy jednak znowu mówi mi to premier Tusk – myślę sobie po prostu, że oportunistycznie marnuje swoją szansę.