Rafał Drzewiecki: Zna się pan na zdrowiu?

Kazimierz Krzysztofek*: Nie. Jeśli potrzebuję porady medycznej, korzystam z usług fachowca.

A na wojsku?

Tylko jako młodszy strzelec po sześciotygodniowym szkoleniu. Ale śledzę konflikty na świecie.

A jak pan ocenia ostatnie decyzje Putina i interwencję rosyjskich wojsk w Syrii?

Mam swoje zdanie na ten temat, ale to nie będzie ocena ekspercka...

Terroryści?

Wprawdzie napisałem szkic o terroryzmie, ale nie prowadziłem badań dotyczących bojowników ISIS, więc...

No to chociaż coś o sporcie!?

Jako kibic wiem dość sporo, lubię oglądać sportowe zmagania. To jednak amatorskie zainteresowanie. Nie mógłbym ich komentować jako ekspert.

To na czym się pan, w końcu profesor, zna?

Na tym, czego uczę studentów już od wielu lat. Teorie komunikacji, teorie zmian społecznych, społeczne aspekty nowych technologii, konflikty na tle wielokulturowości...

A ile lat pan się tego wszystkiego uczył?

Samej kariery naukowej będzie już ze 40 lat, nie licząc studiów. I wciąż się uczę, śledzę nowości, studiuję je, bo teraz dostęp do wiedzy mają wszyscy i studenci usiłują to wykorzystywać, odnajdują ciekawostki w zakamarkach internetu i próbują mnie zaginać.

Słabo, panie profesorze. Tyle lat wkuwania i tak mało się pan nauczył. Studenci pana zaginają, na sporcie pan się nie zna, o Putinie też niewiele wie, o terrorystach szkice jakieś pisze, a te aspekty nowych technologii to już żart chyba. Byle student zna aspekty lepiej od pana, bo ma w portkach takiego smartfona, że się panu nawet nie śniło.

Obawiam się, że ma pan trochę racji, bo jak patrzę, co się dzieje, to odnoszę wrażenie, że wiedza staje się balastem.

Dużo gorzej, profesorze, to już agonia wiedzy, jak alarmuje Tom Nichols, profesor bezpieczeństwa narodowego w amerykańskiej Naval War College. W felietonie opublikowanym w kwartalniku opinii „Nowe Media” napisał, że – tu zacytuję – „Google, Wikipedia, blogi – wszystko to sprzyja zanikowi jakiejkolwiek granicy między profesjonalistami a laikami, uczniami a nauczycielami, znawcami a poszukującymi”.

Czytałem ten artykuł. Nichols przekonuje, że powoływanie się na wiedzę wywołuje eksplozję gniewu, że to fałszywa pretensja do władzy, oznaka obrzydliwego elitaryzmu i próba tłumienia dialogu.

I że źle pojmujemy demokrację, bo nie oznacza ona, iż mając równe prawa, mamy takie same talenty, umiejętności czy jednakową wiedzę. A już na pewno nie oznacza to, że opinia każdego na dany temat jest tak samo dobra, jak kogokolwiek innego. I choć – jak zauważa Tom Nichols – to oczywisty nonsens, jednak takie jest credo rzeszy ludzi. W efekcie nastąpił zmierzch ekspertów, nikt już ich nie potrzebuje, bo każdy nim może być. Zdanie 14-latka na internetowym forum ma taką samą wagę jak głos specjalisty, który poświęcił pół życia na wyjaśnianie danego zagadnienia. Wiedza umiera?

Nigdy nie ma prawdy absolutnej. Profesjonalny analityk zapyta, o jaką wiedzę Nicholsowi chodzi. Bo jest wiedza teoretyczna, sformalizowana i ta powszechna czy potoczna, wyobrażeniowa. W społeczeństwie można wyodrębnić wąską grupę ludzi dysponujących dużą wiedzą, mających dostęp do jej źródeł. To kognitariat, fachowcy tworzący algorytmy, niejako programujący resztę społeczeństwa, która jest digitariatem, proletariatem epoki cyfrowej, który porusza się w świecie informacji zgodnie z tymi narzucanymi algorytmami. Ta pierwsza grupa ma się całkiem dobrze, w jej niewielkim środowisku trwa wręcz wojna korporacji, a nawet rządów, o talenty. W proletariacie jest już znacznie gorzej, tu obserwujemy kryzys wiedzy eksperckiej. Ba, nawet są trudności w określeniu, kto jest według nich ekspertem.

Trudno się dziwić, skoro media proponują sieczkę gołosłownych opinii pseudospecjalistów znających się na wszystkim, których powszechnie podpisuje się jako ekspertów. Zaprasza się takiego do studia i pyta o zdrowie, Putina, wojsko, a na koniec, dla rozluźnienia widza, o sport. I ten pseudoekspert wyrzuca z siebie slogany.

Bo dzięki nim media elektroniczne żyją. One potrzebują takich ekspertów gotowych komentować wszystko i zawsze. W sposób łatwy, wręcz przyjemny dla widza czy słuchacza. No i przede wszystkim zrozumiały. Bo dziś rządzi popwiedza. Jest poppsychologia, która daje gotowe odpowiedzi na problemy w relacjach międzyludzkich, poppolityka, która oferuje uproszczone komentarze, popsocjologia przekazująca proste prawdy o społeczeństwie. Pop stało się internacjonalistyczne, bo najlepiej się sprzedaje. A najgorsze, że tej popkulturze uległy media publiczne, które porzuciły misję na rzecz ekonomii uwagi...

...hodując digitariat. Tylko dlaczego tak łatwo całe pokolenia uległy tej ułudzie, tej łatwiźnie w przyswajaniu informacji? Przecież 20 czy 30 lat temu odsetek myślących jednostek w społeczeństwie był podobny co dzisiaj. Nie wierzę, że przez dekadę nagle skrajnie zgłupieliśmy, że tak po prostu przestaliśmy odczuwać potrzebę krytyki, analizy przekazywanych treści. Że łykamy to wszystko jak te pelikany.

A jednak. Nastąpił upadek tradycyjnie rozumianych elit. W historii rozwoju cywilizacji najważniejszy był międzypokoleniowy przekaz – dostarczenie młodym mentalnego i kulturowego ekwipunku. Jaki teraz może być ten przekaz, skoro dzisiaj elity nie rozumieją, w jakim świecie żyją? Jaką wartość ma mentalny ekwipunek, skoro wszyscy uwierzyli, że mają rację, że ich zdanie liczy się na równi ze zdaniem autorytetów?

Gwałtowny upadek? Ale co się stało? Skąd ta nagła wyrwa pokoleniowa, skąd ta przerwa w odwiecznym prawie przekazywania mentalnego ekwipunku z pokolenia na pokolenie? Rozumiem, że takie mogły być skutki traumy tuż po wojnie, wycięcia inteligencji przez hitlerowców, a potem dokończenia sprawy przez Sowietów. Ale co takiego się stało ostatnimi laty? Był tylko stan wojenny, ale chyba nie naruszył on tych mechanizmów przekazu międzypokoleniowego. Uważam, że wówczas nawet wzmocnił jego znaczenie. I nagle, w ciągu kilku lat, przestaliśmy analitycznie myśleć.

Pojawił się internet i nastąpiła niespotykana w historii gwałtowność zmiany. Po wynalezieniu druku minęło 300 lat, w którym to czasie powstały i rozwinęły się instytucje z nim związane, np. system oświaty, nowoczesne państwo i inne. Gdy wynaleziono elektroniczny przekaz informacji, radio i telewizja rozwijały się przez dziesięciolecia. Internet jest młodziutki, a jego dziecko – serwisy społecznościowe – ma niewiele więcej niż dekadę. To minuta na zegarze historii. To całkiem nowa, dotąd nieznana przestrzeń społeczna, nowy ekosystem, środowisko życia, które rozwija się i ewoluuje w tempie błyskawicznym. To epidemia, infekcja, zawirusowanie umysłów. Nawet w okresie kontrkultury buntownicy wracali w końcu do pracy, wchodzili do zarządów firm, obrastali w tłuszcz, bunt wietrzał im z głów. Dzisiejsze pokolenie społecznościowych serwisów nie wie, dokąd zmierza. Nikt z nas tego nie wie. Nie wiadomo, kim będą i w jaki mentalny ekwipunek zostaną wyposażeni.

Stare wapniaki, szkoła, rodziny, Kościół nie są w stanie nadążyć za tymi zmianami. Są mało przydatni. I tak rodzi się przepaść.

Ten rozziew jest dzisiaj olbrzymi. Zawsze była luka pokoleniowa, jednak teraz, przy tej gwałtownej zmianie młodzi zostali po raz pierwszy pozbawieni busoli, poczucia pionu. Dlatego tak rozpaczliwie poszukują norm. A skoro ich nie ma, to tworzą własne. Widzą, że świat autorytetów runął. Skoro nawet guru światowych ekonomistów Alan Greenspan publicznie przyznał, że jest widocznie niedouczony, skoro nie był w stanie zrozumieć przyczyn kryzysu finansowego i jego natury, skoro pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi, to w tej sytuacji szuka się prostych recept, ratunku. Uczeni powiadają wtedy, że wyczerpują się paradygmaty wiedzy.

A te podpowiadają skąpcy poznawczy, myślący na skróty, ignorujący niektóre informacje, by uprościć złożone problemy.

Ta koncepcja jest po prostu wygodna w obliczu tylu niewiadomych. Bo skoro mamy narzędzie, dzięki któremu możemy w łatwy i szybki sposób uzyskać odpowiedź, to po co się wysilać. Skoro odpowiedzi dostarcza wikipedyczna wiedza, zgooglizowany umysł podpowiada, by wszelkie zbyt skomplikowane rozwiązania odtrącać.

By lekceważyć zdanie ekspertów, z natury rzeczy zniuansowane i mające wiele odcieni?

W efekcie następuje wyradzanie się demokracji, jej degeneracja. Demokracja ma bowiem sens, gdy istnieje demos – świadomy lud stanowiący źródło praw i wiedzy. Gdy jednak demos zamienia się w plebs, demokracja staje się rządami tłumów. Kiedyś obserwowaliśmy bunt takiego tłumu – proletariatu przemysłowego. Dziś jest to tłum sieciowy, który sam sobie tworzy normy i system wartości.

Czy nie demonizujemy tego internetu?

Już 10 lat temu amerykański pisarz Andrew Keen przestrzegał przed zgubnym skutkiem powstania sieci dla całej współczesnej kultury. W książce „Kult amatora – jak internet niszczy kulturę” napisał, że mitem jest zbiorowa mądrość, którą jakoby oferuje internet. To bywa częściej kolektywna ignorancja. Ekspertów z ich wiedzą wyrzuca się na śmietnik, a w ich miejsce buduje się mądrości oparte na społecznym zaufaniu w sieci.

I teraz tłum sieciowy – podpierając się opiniami z forów, gdzie każdy głos: anonimowy, głupi, mądry, z sensem czy bez, jest równoprawny – decyduje, co jest dobre, a co złe. Co mądre, a co nie. Kto ma rację, a kto nie.

Proszę zwrócić uwagę, co się stało ze sklepami muzycznymi – pracowali tam ludzie z pasją, prawdziwi znawcy, można rzec działacze kultury. Ale muzykę zaczęto sprzedawać w internecie, bezosobowo. I ci pasjonaci trafili na bruk. Bo tak zdecydował tłum sieciowy, że on sam wie lepiej, co jest wartościowe.

Te mechanizmy się rozwijają – teraz w telewizji rekordy popularności biją muzyczne show, gdzie o zwycięstwie decyduje tłum sieciowy. Nie są ważne warsztat, umiejętności, muzyczna wiedza, tylko to, jak się wygląda przed kamerą, a wszystko to ocenia gawiedź.

W dotychczasowym mainstreamie wiedzy było sito, które przepuszczało tylko wartościowe rzeczy. Dawkowało je, selekcjonowało. Dziś ta przestrzeń jest otwarta i nieograniczona – zmieści się tam każda głupota.

Mainstream się rozpłynął, bo zamiast wiedzy potrzebujemy terapii.

Proces poznawczy zamienił się w kolekcjonowanie doznań, przeżyć i emocji. Można mówić o pięciu głównych orientacjach aktywności człowieka. Dziś są one kształtowane głównie w sieci. W orientacji ekspresywnej użytkownicy wyrażają siebie poprzez własną kulturę, teraz jednak króluje narcyzm – patrzcie na mnie. W orientacji poznawczej interesujemy się już tylko tym, co jest nam potrzebne, instrumentalnie traktując wiedzę. Niedługo młodzi ludzie nie będą w stanie zrozumieć, na jakim świetle przechodzi się przez ulicę, ale podpowie im to smartfon. Kolejna orientacja – ludyczna – to te wszystkie tainmenty. Infotainment, politainment, militainment, edutainment, advertainement... Wszystko musi bawić.

Militainment?

Nauka walki, ale w grach komputerowych, które stanowią cyfrowe pole walki, a ono jest częścią wojennego cyberteatru. Bo dzisiaj wszystko ulega gamifikacji. Cokolwiek robimy, przerabiamy na grę i oczekujemy natychmiastowej gratyfikacji, wzmocnienia pozytywnego. Uzależniliśmy się od niego, musimy mieć zawsze nagrodę za najmniejszy nawet wysiłek, czy to fizyczny, czy intelektualny. W Skandynawii w samochodach komputer wyświetla drzewko ekologicznej jazdy. Świeci się na zielono, jeśli jeżdżą oszczędnie, przygasa, gdy dają w rurę. W efekcie czasami nie zatrzymują się na czerwonym świetle, bo wtedy ta choinka im w aucie więdnie.

No nie!

Tak. Proszę spojrzeć na kolejną orientację – instrumentalną – czyli umiejętności posługiwania się narzędziami. Kiedyś trzeba było długo się uczyć praktyki, bo urządzenia były skomplikowane. A jak się już tego nauczyło, to tej wiedzy wystarczyło na lata. Dziś trzeba się uczyć codziennie, bo codziennie pojawiają się nowe narzędzia – to pozornie dobra zmiana, ale software jest tak intuicyjny, obrazkowy, że większość urządzeń praktycznie po chwili obsłuży każdy analfabeta. Intelektu tu nie rozwijamy. Gdy dodamy do tego ostatnią orientację – normatywną, która we współczesnym świecie jest chaosem w miejsce dotychczasowych norm, zasad czy etosu, mamy sytuację, w której zabrakło nam etycznej busoli. Kiedyś były zrozumiałe, stałe narracje – religie, światopoglądy, prawdy, ich depozytariuszami były uniwersytety. Postmodernizm to podważył, ogłaszając, że wszystko wolno, koniec zniewolenia, każdy może stworzyć swój własny świat. Wszystko chodzi i wszystko uchodzi. Nastąpiła anomia. W miejsce narracji postępu, gdzie każde pokolenie wierzyło w rozwój, pojawiła się niewiara w postęp. Spadamy, nie widząc już żadnych korzyści w rozwoju, tylko coraz większe koszty.

Kupuję supernowoczesne auto, które tuż po wyjeździe z salonu zaczyna się psuć i drenować kieszeń. Superkomputer, który się starzeje, zanim dojdę do domu, jednorazowe smartfony. Rzeczywiście odnoszę wrażenie, że ten postęp, zamiast mi ułatwić życie, tylko sprowadza coraz większe problemy.

Bo zgubiliśmy poczucie sensu tego, co robimy, i straciliśmy cel, do którego mamy zmierzać. Konsumpcjonizm stał się namiastką religii, kręcimy się w tym świecie umarłych idei jak dzieci we mgle. A media tylko pogłębiają ten stan, nieustannie poszerzając swoje i tak już megaaudytorium. Infantylizuje się dorosłych i adultyzuje dzieci. Przekazy, które kiedyś przeznaczone były dla starszych, spłyca się do odbioru 11+, i odwrotnie. Wszystko po to, by mieć jak najwięcej odbiorców tej samej treści.

Ale po co?

Żeby łatwiej pozyskiwać wiedzę. Specjalne algorytmy na Facebooku, Twitterze czy w Google nieustannie analizują zachowania ponad miliarda ludzi. Ich codzienne życie stało się wartością, to, jak się zachowują, to współczesne kopaliny wydobywane dzięki programom analizującym kulturę. Proszę spojrzeć na społeczny awans słowa „zajebisty” – wyrosło ze złóż w internecie. Dzięki tej wiedzy, tym kopalinom, można sterować popytem, a przecież na popycie zbudowano gmach dzisiejszych gospodarki i ładu społecznego.

Trochę to brzmi jak teoria spiskowa.

Żaden spisek, to czysty biznes.

W którym odbiór rzeczywistości przez tłum sieciowy, konsumentów ma być łatwy, gładki i przyjemny. Każdy musi uwierzyć, że może wszystko i że go stać na wszystko. Ba, że powinien mieć wszystko, bo od tego zależy jego szczęście i powodzenie. W takim świecie eksperci z tymi swoimi wątpliwościami i niuansowaniem tej rzeczywistości są więc przeszkodą, zagrożeniem dla biznesu. Diagnozę rozumiem, to choroba. Zna pan na to lekarstwo?

Nasza cywilizacja już nieraz przechodziła takie choroby i lekarstwo pojawiało się niejako samo dzięki wykorzystaniu dziedzictwa poprzednich pokoleń. Pytanie, na ile dziedzictwo wytworzone przez ostatnie stulecie okaże się przydatne w świecie postmodernistycznym. Obserwujemy pewne ruchy buntu, np. Anonimowych. Ich celem jest niszczenie instytucji państwowych, własności intelektualnej, tajemnic rządowych czy biznesowych. Chcą ujawniać wszystko, nawet najgłupsze prawdy, w imię walki z asymetrią informacji. Przekonują: korporacje i rządy wiedzą o ludziach wszystko, więc ludzie powinni wiedzieć wszystko o korporacjach i rządach, ich niecnych praktykach.

Takie bunty też już przeżywaliśmy.

Bo zawsze boli tak samo, jak wyrasta nowy ząb. Pytanie, czy ten będzie zębem mądrości. Obawiam się jednak, że nie. Ale ja jestem tylko ekspertem... Zakończę jednak promykiem nadziei. Pesymiści dawno temu, gdy eksplodowała industrializacja, przestrzegali przed buntem tłumów, upadkiem elity ducha, spodleniem kultury w związku z bezprecedensowym rozrostem proletariatu przemysłowego. Ale ten proletariat się jednak ucywilizował. Może ten sieciowy też będzie na to stać. Może... Niech żywi nie tracą nadziei. Kultura zawsze wytwarzała jakieś przeciwciała.

*Dr hab. Kazimierz Krzysztofek, prof. Uniwersytetu SWPS, Katedra Socjologi w Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS w Warszawie, były członek Komitetu Prognoz PAN "Polska 2000 Plus", przez 10 lat wiceprezes Fundacji Pro Kultura. Odbywał studia podoktorskie w Massachusetts Institute of Technology jako stypendysta Fulbrighta. Gościnnie wykładał w College of Liberal Arts na Pennsylvania State University.