Magdalena Rigamonti: Kiedy pani się stała rządową dziennikarką?

Beata Tadla: Kiedy PiS zdecydował się tak nazwać mnie i moich kolegów. Pamiętam, jak w kampanii wyborczej m.in. Krzysztof Czabański i Krystyna Pawłowicz obracali naszymi nazwiskami na różne sposoby, mówiąc, że ich obietnicą wyborczą jest to, że Kraśko, Tadla, Lewicka, Dobrosz-Oracz i jeszcze kilka innych osób zniknie z TVP. Koniecznie chcieli spersonalizować całe - w ich mniemaniu - zło, ubrać je w nazwiska. To stary zabieg propagandowy. Nic nowego nie wymyślili. Zło zostało spersonifikowane, a potem się go, czyli nas, pozbyto.

Zwolniono kilkadziesiąt osób.

Potraktowali nas grupowo, jak masę dziennikarską, którą uznali za swoich wrogów. Nie segregowali nas specjalnie.

Segregowali. Krzysztof Ziemiec został, jeszcze kilka innych osób też zostało.

Nie chcę rozmawiać o tych, którzy zostali w "Wiadomościach". Nie będę też oceniać, dlaczego zostali. Mają swoje życie, swoje twarze... A ci, którzy nas zwalniali, wiedzieli, że zabierają nam to, co kochamy, że dużą część z nas odcinają od rynku pracy. Inne media nie wchłoną aż tylu nowych pracowników.

A gwiazdy takie jak pani?

Gwiazda jest atrakcyjna wtedy, kiedy ktoś ją zdobywa. Takie są prawa rynku. A ja jestem wolnym człowiekiem na etapie dokonywania samodzielnych wyborów.

Kończy pani z zawodem?

Na tę chwilę mogę szczerze powiedzieć: tak, zawieszam pracę. Dzisiaj jestem w takim stanie ducha, z tak nagromadzonymi emocjami wobec tej rzeczywistości politycznej, w której funkcjonujemy, że nie umiałabym pracować w informacji czy publicystyce. Jeszcze nie teraz. Jak tu usiąść np. naprzeciwko Jacka Kurskiego, by przeprowadzić z nim merytoryczną rozmowę. Nie byłabym obiektywna. Mam do niego żal. Żal za to, co na polecenie swoich mocodawców robi z Telewizją Polską.

Z Jarosławem Kaczyńskim potrafiłaby pani rozmawiać.

Pewnie i ta rozmowa byłaby odebrana jako personalna. Bo przecież, kiedy rozmawiam z politykiem, przybieram argumenty jego oponentów, ale ludzie myślą, że to są moje argumenty, moje poglądy. Widzowie słuchają takich rozmów z perspektywy własnych poglądów, jeśli lubią polityka, to dziennikarz jest dla nich atakującym, jeśli nie lubią, to dziennikarz jest super. Pamięta pani rozmowy Piotra Kraśki z Antonim Macierewiczem? Kraśko zadawał konkretne pytania, Macierewicz na nie odpowiadał lub nie. Zawsze po tych wywiadach pojawiały się komentarze, kto kogo, mówiąc językiem twitterowym, zaorał. "Gazeta Wyborcza" pisała, że Macierewicz nie dał dojść do słowa Kraśce, media IV RP, że Kraśko ordynarnie atakował wybitnego polityka PiS.

Smutne jest to, że grupa dziennikarzy tak jawnie wspierająca PiS, wygłaszająca laudację na część polityków rządzących, uważa teraz, że jest krynicą obiektywizmu, niezależności.

No dobrze, były naciski polityków PO na dziennikarzy "Wiadomości"?

Nazywanie nas funkcjonariuszami politycznymi, pracownikami rządu, informowanie społeczeństwa, że scenariusz "Wiadomości" był układany w Kancelarii Premiera - to można wymyślić, sprzedać ludziom i powtarzać to tyle razy, aż ludzie w końcu uwierzą. Na szczęście nie wszyscy. Strasznie mnie denerwuje, kiedy słyszę, jak premier Gliński mówi, że "Wiadomości" miały jakieś zlecenia do wykonania. To jest, przepraszam za słowo, gówno prawda. Denerwuje mnie to, że są ludzie, którzy w to wierzą i obrażają mnie i moich kolegów. Był taki moment, kiedy ludzie pytali, dlaczego "Wiadomości" mówią tylko o sprawach trudnych, przykrych, o wojnach. Janusz Daszczyński, który prezesem TVP został w zeszłym roku, zarządził, że w "Wiadomościach" powinno być więcej pozytywnych materiałów.

I zaczęliście zbierać pieniądze na chore dzieci.

Nie, wręcz przeciwnie. Wszystkie emocjonalne, łzawe tematy zostały uznane wtedy za tabloidowe, podobnie jak "michałki" - ironiczne, dowcipne materiały przygotowywane przez Adama Federa. Zaczęliśmy szukać tematów pozytywnych, pokazujących, że w Polsce dzieje się też dobrze. Natychmiast ówczesna opozycja grzmiała, że uprawiamy propagandę sukcesu, bo chcemy pokazywać, co dobrego robi Platforma. Jeśli "Wiadomości" kłamały, to proszę mi powiedzieć, kiedy kłamały. Bo do tej pory nikt żadnego kłamstwa nie udowodnił. Nam przecież raczej zarzucano, że w "Wiadomościach" jest za dużo Kościoła, bo przygotowywaliśmy wydania specjalne z Watykanu.

To raczej zarzucała liberalna lewica.

Pamiętam moment, kiedy w prawicowej prasie, w mediach IV RP zaczęły pojawiać artykuły dotyczącego tego, co dzieje się w redakcji "Wiadomości". Moim zdaniem to była pierwsza próba zantagonizowania nas od środka, wprowadzenia atmosfery podejrzliwości.

Udana?

Poniekąd udana. Jeśli w artykułach pojawiają się sformułowania z naszych kolegiów, cytaty, to od razu też pojawia się myśl, że w redakcji jest ktoś, kto chce ten zespół rozwalić. Zaczęliśmy jeden na drugiego patrzeć podejrzliwie, mówić ściszonym tonem, zastanawiać się, kto wynosi na zewnątrz informacje o "Wiadomościach".

Prawdziwe?

Zmanipulowane, opatrzone emocjonalnym tytułem np. "Zabić PiS i prezydenta". Nie zareagowaliśmy. Bo przecież prawda się sama obroni. To było jeszcze przed październikowymi wyborami parlamentarnymi. A media IV RP obrzydzone mainstreamem stały już w blokach startowych do rzucenia się na publiczne media. Wtedy też zaczęliśmy dostrzegać tzw. multiplikację, bo okazało się, że fragmenty tego artykułu są powielane przez wszystkie prawicowe portale i portaliki. To stwarzało wrażenie, że skoro tyle się o tym mówi, to jest coś na rzeczy. A na rzeczy nie było nic.

Kto donosił?

Domyślaliśmy się. Było kilka osób, które miały jakieś relacje z PiS-em. Zdarzało mi się od którejś z nich usłyszeć: a ty, Tadla, to się na pewno nie utrzymasz, bo się śmiejesz z dowcipów o PiS-ie. Wtedy to nawet było śmieszne, teraz nie jest.

Pytałam o moment, kiedy się stała pani wrogiem PiS-u.

Wtedy, kiedy przeprowadziłam wywiad z Andrzejem Dudą, wówczas kandydatem na prezydenta. Tylko że ja nie mam sobie nic do zarzucenia. Więcej, to Andrzej Duda powinien przeprosić za to, jak odpowiadał, a w zasadzie jak nie odpowiadał na moje pytania, jak się zachowywał, co mówił po programie. Usłużne media PiS-owskie szybko przykryły arogancję swojego kandydata, powtarzając dziesiątki razy, że to dziennikarka atakowała kandydata na prezydenta i pomijając, że to kandydat nie potrafił odpowiedzieć na żadne pytanie, w związku z tym był dopytywany, dociskany.

Nie za mocno dociskany?

Nie. Nigdy nie zaczęłam rozmowy ze złymi intencjami. Dokładnie w taki sam sposób potraktowałam drugiego kandydata na prezydenta - Bronisława Komorowskiego. Po prostu zadawałam merytoryczne pytania. Proszę zauważyć, że po tym wywiadzie nie pojawiły się teksty, że Tadla rozmawiała z Komorowskim na kolanach, że zrobiła coś źle. A Andrzej Duda był po prostu nieprzygotowany do rozmowy, bał się, wiedział, że sobie nie radzi. Wyczułam w nim potworny strach, ogromną niepewność. Nie wszystko kamera pokazała. Był przerażony. Nie chciał pokazać po sobie, że jest zdenerwowany, a był zdenerwowany w sposób, którego wcześniej nie widziałam u żadnego gościa programu. Jego ciało całe drżało. Nogi i kolana najbardziej. Do twarzy miał przyklejony uśmiech. Do końca. To była maska.

Powiedział na koniec: "Jak wygram, to panią zniszczę"?

Nie, powiedział co innego. Taka reakcja przyszłego prezydenta w stosunku do dziennikarki nie powinna mieć miejsca. Ale jego zachowanie w trakcie tej rozmowy było czymś, z czym nie spotkałam się wcześniej w mojej ponad 20-letniej karierze zawodowej. Ok, kiedyś dostałam parę razy parasolką od wyznawców Radia Maryja, ale to nie byli politycy.

Co powiedział?

Poseł Duda? Napiszę o tym w książce. Był tak wściekły, że odwołał następnego dnia wywiad w TOK FM, u Dominiki Wielowieyskiej.

A ja studentom powtarzam, że rolą dziennikarza jest zadawać pytania, a nie mizdrzyć się do polityka. Całe zawodowe życie trzymam się tej zasady.

Widzowie też krytycznie oceniali panią po tej rozmowie.

Jest pani pewna? Pisali do mnie ludzie, który twierdzili, że byłam napastliwa, nieprzyjemna. Zaznaczam, że to najlżejsze komentarze. Odpisywałam, bo zawsze odpisuję i pytałam, co było nie tak. Uważam, że takie bezpośrednie komunikowanie się z ludźmi ma sens. Jest rodzajem pracy u podstaw. Okazywało się jednak, że ci, którzy krytykowali mój wywiad, tej rozmowy po prostu nie widzieli, czytali jedynie jej zmanipulowany opis w prawicowym portalu. Nie tak dawno udostępniłam na Twitterze list Moniki Olejnik dotyczący opinii prezydenta Lecha Kaczyńskiego na temat kompromisu aborcyjnego. I co, natychmiast odezwały się głosy, że nie mam moralnego prawa przytaczać słowa Lecha Kaczyńskiego. Zapytałam, dlaczego nie mam prawa, odpowiedź: bo pluliście na niego. Poprosiłam choć o jeden przykład mojego plucia. Cisza, po jakimś czasie: no dobra, może pani nie pluła, ale pracowała pani wcześniej w TVN-ie.

Prawie dwa lata temu rozmawiałam z Romanem Czejarkiem. Mówił, że wielu dziennikarzy, w tym on, długo otaczało parasolem ochronnym Platformę Obywatelską.

Nie przypominam sobie sytuacji, w której PO popełniała błędy albo robiła coś niegodziwego, a my próbowaliśmy to łagodzić, wyciszać, otaczać jakimś parasolem. Nie przypominam sobie programów, w których nie byłoby równowagi politycznej, zawsze zapraszaliśmy polityków z dwóch stron barykady. Jak pani wie, większość z nich jest bardzo chimeryczna. Jedni mówią, że wezmą udział w programie pod warunkiem, że będą sami, inni stawiają warunki co do tego, z kim usiądą przy jednym stole. Byli też tacy, którzy wahali się do samego końca. Przez pół dnia próbowaliśmy zaprosić Zbigniewa Ziobrę, który miał zostać ministrem sprawiedliwości. Zwlekał z odpowiedzią. Nie mogliśmy czekać, zaprosiliśmy innych polityków. Ale poseł Ziobro o godzinie 18 zdecydował, że jednak wystąpi. Trzeba było odwołać już potwierdzonych gości. To zawsze była walka i ogromny stres.

Przeczytałaby pani dzisiejsze "Wiadomości"?

Dzisiejsze, znaczy te robione przez ekipę "dobrej zmiany"? Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że mogłabym przeczytać coś, co nie jest napisane przeze mnie. W "Wiadomościach" nikt nie układał mi pytań, nie pisał tekstów, nie mówił, co mam powiedzieć. W życiu bym sobie na to pozwoliła. Program był efektem pracy całego, bardzo sprawnego i zgranego zespołu. Zaraz, niestety, czuję, że będę płakać.

Trzy miesiące i trzyma?

Nienawidzę, kiedy płaczę. Chcę być twarda. Wzruszenie pojawia się wtedy, kiedy mówię o ludziach. Ten zespół został rozbity w ciągu dwóch tygodni. A obecny zespół "Wiadomości" jest zbudowany z ludzi, których nie trzeba cenzurować, pouczać, co mają mówić. Oni są już tak dobrani, że sami wiedzą. A oglądalność spada. Gdyby do "Wiadomości" przyszła ekipa, która pokazałaby mistrzostwo dziennikarskie, techniczne, to bym nic nie mówiła. A tak mam poczucie wstydu, za nich się wstydzę, za to, że rozbili świetny zespół, wprowadzili ludzi, którzy są posłuszni. No i robią program informacyjny podsumowujący dzień, opierając się na propagandowych mechanizmach, polegającym na tym, że jedne rzeczy się eksponuje, inne pomija, dzięki czemu przekaż jest zniekształcony. Pracowałam kiedyś w katolickim Radiu Plus. Tam pracowali Jacek Łęski, Michał Karnowski i kilku innych panów. Już wtedy próbowali wywierać naciski, manipulować informacjami, łamać dziennikarzy. Mnie też wtedy próbowano złamać, każąc mi wyemitować zmanipulowaną wypowiedź biskupa na temat Andrzeja Olechowskiego. Nie uległam. Byłam wtedy w ciąży, nie wytrzymałam tego napięcia, musiałam pójść na zwolnienie lekarskie. Nie dałam i nie dam się złamać.

Pani czekała, aż panią zwolnią, a nie zwolniła się sama.

Tak, i przyznam, że najbardziej bałam się sytuacji, kiedy mnie nie zwolnią, tylko będą chcieli łamać i doprowadzą do tego, że to ja zerwę kontrakt. Zerwać kontrakt bym musiała, bo na pewno nie zostałabym w redakcji w takiej sytuacji. Oczywiście zerwanie kontraktu przeze mnie byłoby niekorzystne ze względów finansowych. Świadomość, że zostałam zwolniona z telewizji, która już nie była moją telewizją, jakoś mnie krzepi i pozwala się z tym wszystkim uporać. Przez pierwsze 13 dni stycznia nie miałam dyżurów. Tak ustaliłam z Piotrem Kraśką, moim szefem jeszcze w grudniu. Wszystkie dyżury miałam przerzucone na drugą połowę stycznia. 14 stycznia przyszłam zatem do pracy. Zauważyła to nowa szefowa, Marzena Paczuska. Nie podeszła, nie przywitała się, nic. Wyszła z telefonem przy uchu. Minutę później zadzwonił dyrektor, że mam się stawić u niego za 15 minut. No, ale co zrobić ze sobą przez te 15 minut. Postanowiłam, że poczekam w redakcji. Czułam się jak trędowata. Rozmawiałam ze znajomymi, jeden z nowych reporterów miło się przedstawił, ale szefowa "Wiadomości" wraz z prezenterką siedziały kilkanaście metrów ode mnie i obserwowały.

Z Danutą Holecką?

Tak. Nie ruszyły się z miejsca. Na tyle musiałam im przeszkadzać, że po chwili zadzwoniła sekretarka i poprosiła, bym już przyszła do dyrektora. Dyrektor czekał z papierem rozwiązującym mój kontrakt.

Powód rozwiązania?

Zmieniła się koncepcja. "Pani Beato, ja bardzo panią cenię za wiele rzeczy, które pani zrobiła, ale zmieniła nam się koncepcja. Proszę nie brać tego personalnie..." Nie, no skąd, jakże to personalnie. Byłam przygotowania psychicznie na taki obrót spraw. Byłam twarda do końca. Wypłakałam się potem.

Widzieli?

Niestety widzieli i pewnie niektórzy mieli satysfakcję.

Może w pani przypadku nie tylko o politykę chodziło?

A o co jeszcze?

O to, że pani życie prywatne jest tematem mediów plotkarskich, że poważnej dziennikarce nie przystoi bycie celebrytką z Pudelka.

Dzisiaj na Pudelka trafia każdy - i Terlikowscy, i Rydzyk. I papież. Jarosław Kaczyński też był na Pudelku. Z tego, co pamiętam, pani też. Tego się nie da kontrolować. Choć słyszałam, że zapobiega się publikacjom bądź sprawia, żeby niektóre informacje się pojawiły. Mam świadomość, jak do tego wszystkiego doszło, wiem, że gdyby nie mój związek z Jarkiem Kretem, nie to, że każde z nas niesie ze sobą jakiś bagaż życiowy, to nie bylibyśmy interesujący dla plotkarskich mediów. Dwa razy wzywaliśmy policję, bo przy naszym domu wciąż stał samochód i ktoś ciągle robił zdjęcia.

I doszło do sytuacji paradoksalnej, że prowadząca główne wydanie "Wiadomości" jest główną, najbardziej gorącą bohaterką portali plotkarskich.

Tak się stało. Zniknęłam z "Wiadomości" trzy miesiące temu, ale mój awatar wciąż jest w kolorowych mediach. Siedzę tu przed panią, jestem normalnym człowiekiem. Skupiałam się na pracy, a nie na tym, co pisze Pudelek. Teraz bronię honoru "Wiadomości", w których przez ostatnie lata pracowałam. I nie dam powiedzieć nic złego ani o tym programie, ani o tych ludziach, którzy każdego dnia robili dobrą robotę.

Do TVN-u nie ma pani powrotu, bo stamtąd została pani kupiona przez TVP, w Polsacie na wysokim stanowisku pracuje pani były mąż Radosław Kietliński, więc...

Odwróćmy tę narrację. To ja tego nie chcę. A byłego męża nie podejrzewam o złe intencje. Kiedyś, przed laty zdecydowałam się przyjąć propozycję TVP, bo w TVN 24 i TVN poczułam nad sobą szklany sufit. Wiedziałam, że tam nic więcej nie zrobię, że karty są rozdane.

Kamil Durczok rozdawał.

Tak. Był szefem. Wiadomo było, że nie poprowadzę wydania specjalnego, wieczoru wyborczego, nie zmierzę się z nowymi wyzwaniami.

Durczok panią blokował.

Zeznaję w procesie i nie mogę w ogóle wypowiadać się na jego temat. Przeszłam do TVP, bo wiedziałam, że będę mogła robić rzeczy, o których nie było mowy w poprzedniej stacji. Lubię się sprawdzać, uczyć. "Wiadomości" wychodziły ze studia, były w Auschwitz, na Oscarach, na budynku Pasty w rocznicę Wybuchu Powstania Warszawskiego, w Watykanie w dniu kanonizacji Jana Pawła II, w Gdańsku, w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych.

Na Majdanie jeszcze.

Właśnie, a potem śmiano się ze mnie, że kiedy prowadziłam "Wiadomości" z Majdanu, miałam na sobie kamizelkę kuloodporną. Opowiem coś pani, kiedy doszło do katastrofy smoleńskiej, prowadziłam program w TVN 24 razem z Jarkiem Kuźniarem. Kiedy kamera pokazywała jego, ja wkładałam czarną marynarkę, kiedy mnie, on. A potem i tak usłyszałam, że miałam bezczelnie czerwone paznokcie, tyle że ja mam zawsze bezczelnie czerwone paznokcie. Na Majdanie musiałam mieć kamizelkę. Mieliśmy nadawać z hotelowego hallu, a hall zamienił się w punkt sanitarny, w szpital w zasadzie, w którym operowano rannych. A za kotarą układano ciała. Tych ciał było więcej i więcej. Zaczęto odprawiać prawosławne nabożeństwa. A program musi być. Wyproszono nas na zewnątrz, a na zewnątrz trzeba było mieć na sobie kamizelkę. Takie procedury. Miałam pełną świadomość, że ja - pani, która zawsze jest w pełnym makijażu, ufryzowana, w sukience i na szpilkach - będę wyglądać w tej wielkiej kuloodpornej kamizelce idiotycznie. Stałam w środku piekła, 50 sekund do wejścia, przede mną kamera, i kiedy poukładałam sobie, co mam mówić, z hotelu zaczęto wynosić ciała. Do końca życia będę słyszeć szloch matki, która szła za niesionym ciałem 19-, może 20-letniego chłopca. To mnie wytrąciło z równowagi. Podjęłam wtedy decyzję, że opowiem, co się dzieje za moimi plecami. Nie mogłam tego zrobić z kamienną twarzą. Pytała pani o pracę dla innej stacji. Teraz nawet nie oczekiwałam, że inna telewizja będzie chciała przejąć mnie, dziennikarkę prowadzącą przez kilka ostatnich lat "Wiadomości", i to tak dobre "Wiadomości". To był czas, kiedy miałam najwięcej dziennikarskich wyzwań.

Piotr Kraśko pracuje już w TVN.

I bardzo się z tego cieszę. Cały czas ta nasza grupa dziennikarzy zwolnionych, wyklętych, porzuconych jest w kontakcie. Pani chciałaby wiedzieć, co będzie ze mną. Mam na koncie trzy książki, przymierzam się do czwartej.

O pracy w telewizji?

Hmm. O tym, czego nie widać na wizji. Wielu ludziom się wydaje, że przychodzi się o 17, daje się łaskawie malować, dostaje się teksty, o 19:30 się czyta i po 20 wolne. Może teraz tak jest, ale kiedy ja tam pracowałam, zawsze byłam na porannym kolegium i zawsze miałam wpływ na to, jak będzie wyglądał wieczorny program. Nie wychodziłam z redakcji od rana do wieczora, współpracowałam z reporterami, z wydawcą. Chyba nie mogłam też wybrać lepszego momentu na studia podyplomowe, które właśnie kończę na kierunku Kształcenie Głosu i Mowy. Wszystko, co związane z językiem, jego rozwojem, procesami, którym podlega, interesowało mnie od lat. Jestem cały czas wśród młodych ludzi, co dla osoby po 40-tce jest bardzo ważne. W ostatnich tygodniach zastanawiam się nad tym, co jeszcze mogę robić poza pracą w mediach. 20 lat życia w napięciu, z ogromną dawką adrenaliny, z ciągłym przekonaniem, że muszę być na bieżąco, z momentami, nawet w czasie wakacji, kiedy biegnę w stroju narciarskim do hotelu, żeby obejrzeć przesłuchanie ważnego polityka przez komisję śledczą. Cały czas miałam potrzebę rozumienia tego, co się dzieje, bo przecież to później trzeba przekazać innym. I nagle to się kończy, napięcie znika, nie ma adrenaliny. Odchorowałam to odcięcie, a jakże. Ale to podobno normalne. Teraz uczę studentów, sama studiuję. Nie martwię się swoją przyszłością.