Przekonanie, że wiemy wszystko o prezydenckich pomysłach naprawy sądownictwa, trzeba chyba zrewidować. Oto Andrzej Duda chce sięgnąć do pomysłu europosła Janusza Wojciechowskiego zapisanego w programie PiS. Polityk proponował, aby różne organy, w tym także prezydent RP, mogły podważyć prawomocne wyroki, jeśli będą przekonane o czyjejś krzywdzie. W 2015 r. Wojciechowski proponował nową rozprawę przed specjalną izbą Sądu Najwyższego. Nie wiadomo, do której ustawy pałac chce wprowadzać tę nową instytucję, bo to wymaga zmiany kodeksu postępowania karnego.

Licytacja podjęta

Ten pomysł Andrzej Duda traktuje jako pewną alternatywę wobec totalnej wymiany Sądu Najwyższego. Niemniej podtrzymuje inne założenia, które ujawnił już Michał Królikowski, na czele z pozbyciem się części członków SN, którzy przekroczyli granicę wieku emerytalnego (65 lat). Godzi się na Izbę Dyscyplinarną w Sądzie Najwyższym, choć będzie ona opisana inaczej niż w projekcie Zbigniewa Ziobry – to zapewne materia na kolejny spór. Upiera się przy wyborze Krajowej Rady Sądownictwa większością trzech piątych głosów. W razie parlamentarnego pata decydować mają nominacje prezydenckie.

Jarosław Kaczyński chwalił rozmowę z prezydentem jako sympatyczną, ale skarżył się, że Andrzej Duda nie pokazał mu ustaw. – Nie wiadomo, co dla prezesa jest granicą, której nie przekroczy – relacjonują jego współpracownicy.

Padła ze strony PiS propozycja, aby w razie pata przy wyborze członków KRS jedną trzecią wskazywał Sejm (już większością zwykłą), jedną trzecią Senat, a jedną trzecią prezydent. Kaczyński uważa, że przepis proponowany przez prezydenta oznacza wybór całego KRS przez Andrzeja Dudę. Z kolei prezydent nie ufa wersji Prawa i Sprawiedliwości, bo parlamentarna większość nie miałaby interesu w uzgodnieniu kandydatów z opozycją, licząc, że w drugim rozdaniu to ona będzie miała decydujący wpływ.

Opozycja jest zdezorientowana. Pragmatyzm kazałby kokietować „łagodniejszego” prezydenta na złość PiS. Ale jego pakiet zasadniczo nie różni się specjalnie od pakietu Ziobry. KRS ma być wyłaniany nie przez korporację sędziowską, ale przez polityków. A po dodaniu apelacji czy kasacji nadzwyczajnej wróci widmo „ludowej sprawiedliwości”, atakowanej przez liberalne środowiska w kampanii 2015 r. Zarazem radykalni pisowcy są coraz bardziej zniecierpliwieni. Drażni ich wszechobecność koncyliacyjnych argumentów prezydenta, a jeszcze bardziej występy takich ludzi, jak rzecznik pałacu Krzysztof Łapiński czy wspomniany Michał Królikowski. Wyrazem tej irytacji są agresywne wpisy internetowe Krystyny Pawłowicz. Wprawdzie Królikowski nie jest autorem wersji ostatecznej obu ustaw, ale prowokuje sama jego osoba – kiedyś autora nieakceptowanej przez PiS reformy procedury karnej (uznanej za sprzyjającą przestępcom i ludziom bogatym), dziś zaś człowieka opowiadającego w liberalnych mediach o państwowotwórczych środowiskach, gotowych pracować dla głowy państwa. Na ile Duda autoryzował tę jego aktywność? Była mu potrzebna jako środek nacisku na PiS? Jeśli tak, zaszedł chyba odrobinę za daleko.

Odłożyć sądy na półkę

Być może odpowiedzią pisowskiej większości będzie nie tyle wojna z prezydentem, ile cofnięcie się. Ewentualną rezygnację z przebudowy Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego sugerują wypowiedzi marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego z wtorkowego wywiadu dla DGP, a także z przecieków od ludzi bliskich Kaczyńskiemu. Czy to wynika z obawy, że to prezydent, a nie obóz rządzący, wystąpi w roli tego, kto ofiaruje Polakom lepszy system sądowniczy? To na pewno też, ale w tle są i inne powody.

Jarosław Kaczyński zastanawia się nad wymianą premier Szydło, a z tej perspektywy dylematy związane z kształtem sądów wydają mu się pewnie mniej istotne. On na pewno nie zareagował oburzeniem na deprecjonującą panią premier wypowiedź prezydenckiego rzecznika. A może nawet Andrzej Duda jest mu dziś bardziej potrzebny. Ma nie robić trudności przy odwoływaniu starego rządu i powoływaniu nowego.

Co prawda bliski współpracownik Kaczyńskiego przekonywał mnie, że również do myśli o odejściu Beaty Szydło nie warto się nadmiernie przywiązywać. Dymisja nie jest wcale pewna. Ale sojusz pani premier i ministra sprawiedliwości wydaje się Kaczyńskiemu zbyt potężny. Więc dla równowagi nie chce antagonizować prezydenta. Ba, zastanawia się podobno, jak odłożyć reformę sądownictwa na półkę, a jednocześnie nie urazić go nadmiernie.

Dekoncentracja zatrzymana

Oczywiście wszystko to może być też szum medialny zmierzający do tego, aby prezydenta skłonić do kompromisu wokół reformy na korzystniejszych dla PiS warunkach. Ciekawsza jest jednak ogólniejsza konkluzja, jaka wyziera z tych przymiarek.

Wydawało się, że jesień to czas dalszej rewolucji. Siłowego przepychania „naprawy sądów” i zajęcia się tak zwaną dekoncentracją mediów. Odpowiedni projekt leży w Ministerstwie Kultury, choć z rozlicznymi wariantowymi rozwiązaniami. Z powodu norm unijnych zrezygnowano z uderzania wprost w obcy kapitał. Za to jeden podmiot ma mieć trudności z posiadaniem sieci mediów, a zwłaszcza z kumulowaniem różnego typu podmiotów. Demonopolizacja ma dotyczyć także systemu dystrybucji i domów mediowych decydujących o przepływach kapitału.

Projekt jest gotowy, a jednak ma czekać na to, co stanie się z reformą sądów. PiS wyraźnie nie jest zainteresowany kolejnym starciem z prezydentem, którego międzynarodowe koncerny medialne będą zachęcać do weta. Awantury, także za granicą, mogą przeszkadzać w konsumowaniu dobrego wrażenia wywołanego wzrostem gospodarczym. Nie jest to jedyny powód. Bliski tej tematyce polityk PiS mówi: – Jeśli pozostaną te sądy, które są teraz, nie ma co porywać się na kolejną wojnę, bo one będą przyznawać rację naszym skarżącym się wrogom.

Prezydent namieszał, więc...

Jaką rolę wyznaczono w tym prezydentowi? Wielu ludzi wciąż nie wierzy w jego wojnę z PiS, uważając ją za zręczną ustawkę, pozwalającą rządzącym wywijać się z rozmaitych tarapatów. Tak oczywiście nie jest – nikt na przykład nie reżyseruje upokarzającej dla prezydenta szamotaniny z ministrem obrony. Możliwa jest inna nieplanowana konsekwencja tego, co się dzieje. To Jan Rokita zauważył, że coraz szerszy elektorat PiS może się składać z dwóch segmentów. Tego radykalnego, wierzącego, że bez pogonienia Sądu Najwyższego i złamania obcego kapitału w mediach nic się w Polsce nie zmieni. I tego „spokojniejszego”, dla którego osoba Andrzeja Dudy jest gwarancją, że pewna granica radykalizmu nie zostanie przekroczona, a jednocześnie korzystającego z profitów 500 plus, z ukrócenia VAT-owskich nadużyć i zadowolonego ze stanowiska rządu w takich tematach jak blokowanie imigracji.

Tej tezy nie da się socjologicznie dowieść. Niemniej zachęca ona do chwili oddechu, do której prezes przymierzał się już przed konwencją w Przysusze (choć wtedy z wyłączeniem tematu sądów i mediów). To wizja tym bardziej atrakcyjna, że sądy już dziś są wyraźnie ostrożniejsze w werdyktach niekorzystnych dla tej władzy. Nawet Ziobro próbuje jakoś rozgrywać sędziów z wykorzystaniem pierwszej, podpisanej przez prezydenta ustawy – przykładem nominacja Joanny Bitner, znanej z antyrządowej postawy, na prezesa Sądu Okręgowego w Warszawie.

Także dawne mainstreamowe media z nieuchwaloną, ale wiszącą nad głową, ustawą dekoncentracyjną mogą być mniej skłonne do organizowania permanentnej antyrządowej kampanii. Zarazem ludzie prawicy przymierzają się do tworzenia własnych grup multimedialnych. Dysproporcja medialnych wpływów nie jest już tak wielka jak kiedyś.

Prezydentowi pieredyszka nie gwarantuje jednak pełnego komfortu. Prezes zostawi go może w spokoju. Ale przy okazji prób uzgodnienia stanowisk w sprawie reformy sądów w parlamencie dojdzie do starć, głównie na linii pałac – Ziobro i pisowscy radykałowie. Jeśli zaś pakiet sądowy zostanie odłożony na półkę, kolejne skandale z sędziami w rolach głównych pójdą na konto Andrzeja Dudy. Możliwe, że dziś Ziobro jest nawet zainteresowany takim zamknięciem tej sprawy. Będzie wewnątrz prawicy jedynym sprawiedliwym, któremu „nie pozwolili”. To będzie również zachęta dla okołopisowskich środowisk medialnych do kampanii wymierzonych w pałac. Te kręgi mobilizują odbiorców rewolucyjnym podnieceniem i szukaniem wewnętrznego wroga.

Obywatel Andrzej Duda

Czy prezydent ma coś w zanadrzu? Może się odwoływać do niezadowolenia w PiS z powodu nadmiernego wzmocnienia Ziobry i jego dopiero co nawróconej grupy. To przecież ludzie ministra sprawiedliwości kierują dziś PZU, Pekao SA, PKO Życie i Alior Bankiem oraz są potężnymi rozdawcami dóbr. Zarazem jednak Ziobrę trudno ustrzelić, bo w zasadniczym sporze zajął stanowisko radykalne, co na prawicy zawsze premiuje. Jego siła niepokoi Kaczyńskiego. Ale niewiele może z tym zrobić, przynajmniej dziś.

Prezydent ma niewielu sojuszników w hierarchicznie zbudowanym PiS, nawet jeśli nie wszyscy mówią tam językiem poseł Pawłowicz. Potencjalnie zainteresowani większym spokojem, jak wicepremier Morawiecki, grają o pozycję w partii, trzymają się więc od pałacu z daleka. Nawet sojusz z Jarosławem Gowinem budowany jest na wątłych podstawach. Wicepremier będzie miał kłopot z przekonaniem PiS do własnej ustawy o szkolnictwie wyższym. I nie jest to tylko forma prawicowej represji, a realny spór. A przecież to socjalny Andrzej Duda jeszcze niedawno wspierał dyskretnie naukowców krytykujących Gowinowy kurs na urynkowienie nauki.

Może Królikowski czy posłowie Kukiz’15 marzą o prezydenckiej, wolnorynkowej partii, ale byłaby ona kanapą skazaną na konflikt z wieloma poglądami prezydenta. Zarazem Andrzej Duda cieszy się wciąż dużą osobistą popularnością. Wielu szczerych zwolenników prawicy ledwie zauważyło ten konflikt. Jeden z polityków PiS przypomina historię sprzed dwóch i pół roku. Jest późna wiosna 2015 r., negocjacje między PiS a dwoma mniejszymi partiami prawicy grzęzną. Jarosław Kaczyński jest gotów je prowadzić pod jednym warunkiem: nie chce widzieć na oczy Zbigniewa Ziobry. A dziś Ziobro jest jednym z najbardziej wpływowych ministrów Kaczyńskiego. Prezes nie ma stałych sojuszników ani wrogów. To uwaga do wszystkich, którzy się przywiązali do wizji wiecznej, niszczącej wojny na górze. – Kaczyński i Duda będą jak małżeństwo z rozsądku – przekonują politycy. Podawane są zasadnicze powody. Kaczyński wie, że przy stałym oporze prezydenta ma mniejsze szanse na następną kadencję rządów. Andrzej Duda chciał większej niezależności, ale wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi kieruje się też przekonaniami. I czasem trafia w sentymenty ważnych dla PiS środowisk, choćby kościelnej hierarchii. Gra więc nie będzie grą do jednej bramki.

Choć również Kaczyński ma jeden, finałowy atut – może krnąbrnego wychowanka nie wystawić w wyborach w 2020 r. – Jeśli PiS dostanie rok wcześniej dobry wynik parlamentarny, Tusk nie wystartuje, opozycja będzie rozgromiona, jest to możliwe – snuje proroctwa ważny polityk PiS. Ale to oznacza, że przy innej wersji zdarzeń realne jest przedłużanie małżeństwa z rozsądku w nieskończoność.