Reżyser powinien zapłakać nad tym, że nie potrafi poprowadzić aktorów, a scenarzysta złapać doła, że nie udało mu się wyjść poza trywialne schematy. "Polska" produkcja nie jest nawet średnia. Aktorzy zgodnie odgrywają sceny z akademii szkolnej, w pełnej zgodzie ze scenariuszem napisanym przez aktyw klasowy zdolnych gimnazjalistów. W rezultacie sprzyjający kinematografii patriotycznej recenzenci piszą, że "dobrze, że taki film powstał" albo skupiają się na przyzwoitych efektach specjalnych (oczywiście zaznaczając: "jak na środki, którymi rozporządzali producenci").

Nie chcę wyszydzać, ale musi to kiedyś do Nich, Decydentów, wiecznie czekających na atak liberalno-postkomunistycznych sił, dotrzeć: mamy instytucje, których szczerze deklarowanym zadaniem jest promocja patriotyzmu w kulturze i edukacji. Nie mamy tylko dobrych efektów.

Może dlatego, że IPN, Ministerstwo Kultury, PISF, "narodową" Fundację itd. bardziej emocjonują kwestie, czy produkcja zawiera treści słuszne, niż to, czy potrafimy doprowadzić do powstania dzieł na poziomie. Istnieją przecież produkcje na poziomie, na którym latali bohaterowie z "303". "Wałęsa" Wajdy sprzedawał naiwną i z punktu widzenia obecnych władz niesłuszną hagiografię tytułowego bohatera, ale aktorstwo w nim imponowało. „Baczyński” Kordiana Piwowarskiego olśniewał sposobem przedstawienia myśli i postaw przedwcześnie dojrzałego pokolenia wojennych smarkaczy. "Kamienie na szaniec" Roberta Glińskiego wciągały zarówno przedstawioną historią, jak i reżyserskim kunsztem w pokazywaniu ewolucji postaci. "Pokłosie" rujnuje głupie zakończenie, ale reżyseria jest jak trzeba. Nie wspomnę nawet o "Mieście 44" czy "Idzie". To wybitne dzieła, lecz dyskusja o nich na prawicy zdominowana była przez zagadnienia, czy filmy te były patriotyczne, czy zdradzieckie, polskie z ducha czy z ducha antypolskie. Mamy teraz efekt tamtego wzmożenia: chłopaki z dywizjonu nie doczekali się naszej "Dunkierki", a my dyskusji, z której wynikłoby, dlaczego tak się stało.