Wyobraźmy sobie taką sytuację. Donald Tusk chce zostać prezydentem. Wewnątrz Platformy zaczyna się plebiscyt, pewnie tylko wśród członków partii, bo dopuszczenie do niego zwykłych wyborców, jak to się dzieje w USA, jest sprzeczne z europejską tradycją. Wyzwanie liderowi rzuca Bronisław Komorowski, może Radek Sikorski. Krytykują bilans rządów Tuska, choć nie z pozycji odrzucenia programu PO, raczej pod hasłem: co zrobić, aby wcielić go w życie jak najskuteczniej. Ostatecznie wygrywa Tusk, ale jego obietnice już podlegają wstępnej weryfikacji, stają się przedmiotem dyskusji i wiedzy wyborców. Komorowski, Sikorski mówią mu na koniec to, co Hillary Clinton Obamie. I walczą na rzecz jego sukcesu.

Oczywiście prezydentura nie jest w Polsce tym, czym w USA, może więc taki plebiscyt powinien poprzedzać wybory parlamentarne, gdy lider partii staje się de facto przyszłym premierem. A może czasem taka weryfikacja przydałaby się partyjnym przywódcom bez okazji. Wyobraźmy sobie, że Zbigniew Ziobro ogłasza nagle: czas odmłodzić PiS. Jarosław Kaczyński broni swojej pozycji, przypomina zasługi, powołuje się na doświadczenie. I może nawet wygrywa, ale dlatego, że umie do siebie przekonać. To przy okazji dobry wstęp do przekonania do siebie wszystkich wyborców.

Utopia? Zapewne, ale warto pomarzyć. Bo odwróćmy amerykański przykład z ostatniego weekendu. Nie byłoby może tak mocnej deklaracji lojalności pokonanej pani senator wobec zwycięzcy, gdyby nie tak otwarty charakter rywalizacji o partyjne przywództwo. Hillary Clinton może dziś powściągnąć ambicje, gdyż jej porażka nie eliminuje jej z grona znaczących członków partyjnego establishmentu. Przeciwnie, ma wszelkie powody, aby wrócić do wielkiej gry. A jej zwolennicy, którzy pracowali na rzecz jej kampanii, i ci, którzy na nią głosowali w prawyborach, mają poczucie, że ich poglądy były brane pod uwagę w debacie.

Jako amator dziejów USA (kończę właśnie pisać wielotomową historię tego państwa) jestem wielbicielem jej politycznego systemu. I mam pełną świadomość, że nie dałoby się go mechanicznie przenieść na grunt polski, ba, nawet na europejski. W wielkim, złożonym z wielu stanów kraju zachować realną siłę mogły tylko partie aideologiczne, więc pozbawione mocnej dyscypliny, dopuszczające rozmaite frakcje i poglądy. Stąd od początku XX wieku coraz bardziej otwarty charakter amerykańskich prawyborów. W krajach europejskich stronnictwa polityczne poddane tak zaciekłym wewnętrznym podziałom po prostu by się rozpadły. Tym bardziej dotyczy to Polski, gdzie partie, choć ostatnio wzmocnione wałem z budżetowych pieniędzy, są wciąż bytami słabo zakorzenionymi, niemalże sezonowymi. Gdzie z drugiej strony eksperyment PO z prawyborami na szczeblu okręgów sejmowych zakończył się zwożeniem autobusami i podkupywaniem kiełbasą potencjalnych głosujących.

A jednak zazdroszczę Amerykanom, bo morał z ich wielomiesięcznego święta demokracji nie musi być wcale dosłowny. Wystarczy wzorować się na jego duchu. Zgoda, polskim partiom przydała się odrobina wewnętrznej dyscypliny. W latach 90. potrafiły się rozpadać jak domki z kart przy okazji pierwszego lepszego sporu. Teraz jednak stały się fortecami kierowanymi przez niewielkie grupy ludzi porównywalne raczej do klik czy dworów niż do sztabów. Wszelkie różnice zdań są tam wpychane pod stół, wewnętrzne dyskusje wyciszane, a dyskutanci kneblowani, nawet wyrzucani poza nawias, czego doświadczyła ostatnio garstka dysydentów w PiS.

Czy można w takiej sytuacji mówić o poszukiwaniu optymalnych rozwiązań, o tym, że lepszy przywódca zajmuje miejsce gorszego? I o tym, że obywatele mają poczucie choć minimalnego udziału w tej grze? Absolutnie nie. Dziś tę sytuację można jeszcze tłumaczyć szczególną pozycją „ojców założycieli”. Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska zweryfikował pozytywnie sam fakt, że ich formacje się ostały, że wypychają z wolna ze sceny inne partie. Ale jutro, pojutrze te zasługi zbledną, a pojawi się problem szukania sukcesorów. Warto by wówczas wskazać najlepszych ludzi i wiedzieć, co oni naprawdę reprezentują. A pod tym względem nie tylko rozwiązania amerykańskie wyprzedzają nas o lata świetlne. Także wewnątrz partii zachodnioeuropejskich toczą się debaty, przedstawia się alternatywne rozwiązania, powstają frakcje i polityczne kluby.

Na amerykańskie prawybory można się krzywić, widzieć w nich wielkie show premiujące głównie talenty medialne, oliwione na dokładkę gigantycznymi pieniędzmi, które ograniczają wolną grę idei i pomysłów. Ale co oferuje nam polska demokracja? O jednym z zaufanych Donalda Tuska opowiadano, że w czasach gdy PO była partią opozycyjną, miał jedno ważne zadanie: od czasu do czasu wyprawiał się w boczny sejmowy korytarz, gdzie wypowiedzi lubił udzielać dziennikarzom Jan Rokita, jeden z historycznych, lecz marginalizowanych przywódców partii. Wysłannik miał sprawdzać, czy Rokita nie mówi czegoś sprzecznego z linią partii. Jeśli mówił, podsłuchujący polityk biegł na skargę do lidera.

Zestawmy to zachowanie z rozmachem debat wewnątrz partii w amerykańskich prawyborach. Tam mimo wszystko giganci. Tu...