Minister zdrowia Ewa Kopacz, minister skarbu Aleksander Grad, szef resortu infrastruktury Cezary Grabarczyk, minister obrony narodowej Bogdan Klich. Co łączy te cztery nazwiska? Sporo. Wszyscy trzej ministrowie gabinetu Donalda Tuska byli swego czasu niemal pewniakami do odstrzału przez premiera. Nad ich głowami przetaczały się, bądź wciąż szaleją, burze krytyki i ataków. Przynosili rządowi sporo kłopotów, choć z różnych przyczyn.

Ewa Kopacz zgrzeszyła nieudolnością projektowania i wprowadzania reform ochrony zdrowia, niezdolnością do zbudowania dla nich szerokiego poparcia. Aleksander Grad nie doprowadził jak na razie do sprzedaży stoczni w Gdyni i Szczecinie, a ściągnięty przez niego katarski inwestor jawi się coraz mniej poważnie. Minister Grabarczyk zaś jakoś tam ciągnie inwestycje drogowe, ale o obiecywanym skoku jakościowym i ilościowym trudno na razie mówić. Nieco inny jest przypadek ministra Klicha, który wpadek zaliczył stosunkowo niewiele, ale zmaga się z wyjątkowo trudną materią, dotkniętą boleśnie budżetowymi cięciami. W konsekwencji zaś – z niezadowoleniem w armii, w tym publiczną krytyką ze strony dowódcy wojsk lądowych generała Waldemara Skrzypczaka.

A jednak – wszyscy wymienieni ministrowie trwają. I można zaryzykować tezę, że trwać będą. Jeden zaledwie minister konstytucyjny stracił stanowisko od momentu powstania rządu Donalda Tuska – Zbigniew Ćwiąkalski. Jednak dymisja ministra sprawiedliwości, choć powiązana ze sprawą śledztwa w sprawie śmierci Krzysztofa Olewnika, z perspektywy czasu coraz wyraźniej jawi się jako jednorazowy akt podyktowany bądź emocjami, bądź jakimiś zakulisowymi grami, a nie świadomym wyciągnięciem konsekwencji. Jeśli bowiem Ćwiąkalskiemu należała się dymisja, to dlaczego dużo więksi nieudacznicy dalej pełnią swoje funkcje? Nie bez znaczenia jest zapewne także to, że Ćwiąkalski nie był politykiem Platformy Obywatelskiej i był pozbawiony partyjnej warstwy ochronnej. Tę warstwę mają i Kopacz, i Grad, i Grabarczyk, i Klich. Ale kluczowy wydaje się inny element. Potwierdzają się bowiem komentarze z listopada 2007 roku, kiedy Donald Tusk przedstawiał opinii publicznej swój gabinet. Zaskoczeniem był... brak zaskoczenia. Wszystko skonstruowano zgodnie z partyjną logiką. Nie sięgnięto po żadne zewnętrzne indywidualności, z wyjątkiem właśnie Ćwiąkalskiego, którego wkrótce się pozbyto.

Wskazywano wtedy, że to Rada Ministrów z jedną tylko gwiazdą – premierem Tuskiem. I to się potwierdza. Paradoksalnie ministra w tym rządzie zabić mogą nie kłopoty jakie ściąga na gabinet czy rażąca nieudolność, ale właśnie wyrastanie ponad przeciętność. To wspólny mianownik różnych nieszczęść, zwłaszcza kontrolowanych przecieków mających podkopywać wizerunek delikwenta, jakie od czasu do czasu spadają na szefa MSZ Radosława Sikorskiego. Wystarczyło, by w sondażach popularności zrównał się z Donaldem Tuskiem, a natychmiast okazało się, że zbyt rozrzutnie wydaje publiczne pieniądze, a to na salonik w ministerstwie, a to z karty kredytowej. Podobnie choć zakulisowo traktowany jest wicepremier Grzegorz Schetyna, wyraźnie ograniczany w swoich ambicjach liderowania i sprowadzany do funkcji tylko ministerialnej. Jest tajemnicą rządu, że wystarczy by udzielił wywiadu, w którym prezentuje się jako lider całej formacji, by premier czynił mu wyrzuty, że wychodzi ze swojej roli. Ale to tylko miękkie naciski, bez poważnego zagrożenia dla obu polityków.

Na tle premierów poprzedników wstrzemięźliwość premiera Tuska w dokonywaniu zmian kadrowych jest zaskakująca. Widać wyraźnie, że choć czasami ma poczucie, iż zmiany by się przydały, to jednak robi wszystko, by ich uniknąć. Tak było chociażby z ubiegłoroczną zapowiedzią rekonstrukcji rządu, która najpierw miała się odbyć w sierpniu, potem jesienią, a w końcu w ogóle nie doszła do skutku. W porównaniu z choćby ekipą pisowską (sześć zmian na stanowisku ministra finansów, trzy w MSWiA) czy millerowską (trzy kluczowe zmiany już po pół roku od powołania: w resortach finansów, sprawiedliwości i kultury) ten rząd jest prawdziwą oazą spokoju.

I w tym kontekście pozostawienie Grada i Klicha nie dziwi. Choć w stosunku do tego pierwszego szef rządu wystosował już ultimatum („Jeżeli do końca sierpnia nie zostanie zakończona sprawa stoczni, minister skarbu Aleksander Grad będzie musiał się pożegnać ze swoim stanowiskiem"), to w świetle dotychczasowej praktyki jest mało prawdopodobne, by był konsekwentny.

Tym bardziej że recenzując działania ministra skarbu w sprawie stoczni, szef rządu po raz kolejny sięgnął po metodę specyficznego upokarzania ministrów. Były bowiem w Polsce różne gorszące i żenujące spory w rządach, były głośne dymisje, ale nigdy jeszcze żaden premier nie traktował członków swojej rady ministrów jak sztubaków, których od czasu do czasu trzeba publiczną reprymendą przywołać do porządku. Nikt też wcześniej nie głosił tak otwarcie zasady, że wszystkie sukcesy rządu są sukcesami szefa, a porażki – klęskami ministrów. Tusk w ostatnim czasie zrobił to trzykrotnie: z Grabarczykiem w sprawie autostrad, któremu pogroził, że jak nie podpisze kontraktów, będzie musiał odejść, z Gradem przy rozmowach z Katarczykami i z Klichem, kiedy po wizycie w Afganistanie ogłosił, iż żołnierzom potrzeba lepszego sprzętu. Co ciekawe, wizytę odbył bez ministra obrony, któremu zresztą nakazał w ramach oszczędności ściąć budżet ministerstwa niemal do kości. Czy trudno się dziwić, że po takiej zachęcie ze strony premiera generał Skrzypczak uznał, iż szef MON to łatwy cel?

Aż dziw, że takie skonstruowanie relacji premiera z ministrami wydaje się być w ogóle niedostrzegane przez komentatorów. Za każdym razem rozpoczyna się ta sama debata o wadach i zaletach poszczególnych ministrów. Dyskusja zupełnie oderwana od podstawowego kontekstu, jakim jest fakt, iż to premier Tusk tych ludzi wybrał. A swobodę wyboru miał ogromną, zdecydowanie większą niż każdy z jego poprzedników, bo tworzył rząd z jednym tylko, i to słabym, koalicjantem. A jednak opinia publiczna zdaje się bez zmrużenia okiem przyjmować za normalne twierdzenie, że jeśli po dwóch latach rządzenia Donalda Tuska projekt autostradowy trzeba będzie uznać za realizowany zbyt wolno i nieudolnie, to będzie to tylko wina ministra infrastruktury. Premier zaś, jak surowy nauczyciel, będzie mógł wpisać do dziennika ocenę niedostateczną i poprosić do tablicy kolejnego ucznia.

Jako rozwiązanie z zakresu PR ma to pewien sens. Taka konstrukcja komunikacji skutecznie odsuwa wszelkie niepowodzenia od premiera, który staje się w tej wizji bardziej nieskazitelnym carem otoczonym nieudolnymi ministrami (bojarami) niż demokratycznym liderem rządu ponoszącym odpowiedzialność za swój gabinet. To działa i działać może jeszcze długo, zwłaszcza przy perfekcyjnej kontroli rządowych przekazów. Bo nawet przy sprawie stoczni, w którą premier zaangażował się osobiście, kilkakrotnie odwiedzając Katar i namawiając inwestorów, w oczach opinii publicznej i komentatorów, odpowiedzialność spoczywa wyłącznie na ministrze Gradzie.

Jednak dla spraw państwa ma to fatalne skutki. Skutkiem takiego biegu spraw jest bowiem zanikanie w otoczeniu premiera poczucia, że polityka to nie tylko gra o to, kto wizerunkowo zapłaci za błędy, ale także troska o dobre zarządzanie sprawami państwa. Jeśli wszystko można zrzucić na ministra, publicznie go upokorzyć i uznać, że problemu nie ma, bo szef rządu pozostał nietknięty, to znika podstawowy warunek skuteczności – relacja między jakością pracy a nagrodą lub karą. To jest właśnie główna przyczyna podstawowej słabości tego rządu, polegającej na mnożeniu obietnic, porzucanych dzień po ich ogłoszeniu. Bo obietnice i dobre wiadomości są własnością premiera, a zaniechania i porażki obciążają wyłącznie ministrów. To zresztą nie tylko obserwacja, ale zasada obowiązująca przy planowaniu wystąpień szefa rządu, który nigdy osobiście nie ogłasza złych wiadomości. Innym tematem, choć wartym rozważenia, jest kwestia, dlaczego to się tak łatwo udaje? Czy media także w stosunku do tego rządu pełnią funkcję kontrolną? Czy patrzą na ręce Donaldowi Tuskowi równie bezwzględnie jak Millerowi i Kaczyńskiemu? Czy dla niektórych mediów granicą krytyki nie stało się uderzenie w premiera? Czasem można odnieść takie wrażenie – po ministrach sobie pojeździmy, ale premier jest nietykalny.

Szef rządu nie ma więc interesu, by zmieniać ministrów. Ceni trwałość gabinetu, a i opinia publiczna ma poczucie stabilizacji władzy, tak potrzebnej po personalnej wirówce w latach 2005 – 2007. Ma też poczucie, że kadrowa roszada może przynieść nowe kłopoty w miejsce starych, czego dowodem kłopoty z ministrem Andrzejem Czumą. Wie też, że słabe tło wyróżnia jego osobistą gwiazdę, ułatwia budowanie przekazu, że Polska rządzona jest silną ręką. Dlatego żadnej rekonstrukcji rządu raczej nie będzie. Dlatego i Ewa Kopacz, i Bogdan Klich ocaleją, a jak dobrze pójdzie, to i minister Grad. Ich słabość jest, paradoksalnie, premierowi na rękę. Jak wyjdą na tym poszczególne obszary podległe ministerstwom, będzie można w pełni ocenić za kilka lat, choć wątpliwe, by były to optymistyczne