ARTUR CIECHANOWICZ: W niedzielę, w rocznicę zawarcia paktu Ribbentrop – Mołotow, w Europie będzie obchodzony dzień pamięci ofiar reżimów totalitarnych. Jednak dla wielu środowisk na Zachodzie i w Rosji stawianie znaku równości między komunizmem i nazizmem jest nieuzasadnione.
RICHARD PIPES*: Nie rozumiem tego. Uważam to bowiem nie tylko za uzasadnione, a wręcz za wskazane. Nie ma najmniejszego powodu, żeby traktować komunizm ulgowo. Przecież, jeśli chodzi o technikę sprawowania władzy, oba reżimy były niemal identyczne. Proszę zauważyć, że zarówno nazizm, jak i komunizm dążyły do roztaczania jak największej kontroli nad ludnością, bezpardonowo likwidowały prawdziwych i urojonych przeciwników, stworzyły sprawne instytucje terroru i represji. Owszem, hasła komunizmu były zupełnie inne niż ideologii nazistowskiej, jednak nie o to chodzi. Metody wprowadzania tych idei w życie były przecież identyczne. Powiem nawet więcej: komunizm był bardziej opresywnym systemem niż nazizm.

To wciąż dość kontrowersyjny pogląd.
Ale łatwy do uzasadnienia. Niech pan zobaczy, w jaki sposób w Niemczech i Rosji sowieckiej dążono do kontrolowania poszczególnych obywateli. Różnice są oczywiste. W hitlerowskich Niemczech Aryjczycy, czyli większość ludności, nie odczuwali prawie wcale tego, że żyją w państwie totalitarnym. Cieszyli niemal całkowitą swobodą. Naziści mordowali Żydów, Polaków i Rosjan. Ale nie Niemców. Sowieci natomiast, oprócz tego, że przykładali znacznie większą wagę do kontroli każdej jednostki, tworząc upadlający system wzajemnej podejrzliwości i powszechnego donosicielstwa, to jeszcze dużo bezwzględniej dbali o jego działanie. Mordowali wszystkich bez wyjątku i bez powodu. Bez względu na rasę, narodowość i wyznanie.

Dlaczego więc komunizm cieszył się i nadal się cieszy pewną sympatią na Zachodzie? Skąd skłonność do jednoznacznego potępiania Hitlera oraz jego stronników i wybielania Stalina?
To wina tamtejszych elit. Komunizm głosił postępowe ideały, które zawsze niezmiernie podobają się intelektualistom. Naukowcy żyją w świecie idei i uwielbiają sobie wyobrażać, jak wspaniale by było, gdyby te idee zostały urzeczywistnione. A przecież to nie kto inny, tylko tacy wysublimowani i oderwani od rzeczywistości osobnicy nadają ton myśleniu reszty społeczeństwa. Niemcy nie zdobyli ich serc, bo otwarcie i brutalnie mówili, że chcą wymordować Żydów, Cyganów i wszystkich, kogo uważali za podludzi. Nie trudno się domyślić, że jakiś profesor z zachodniego kampusu wzdryga się na samo słowo „nazizm” i pieje z zachwytu, gdy mowa o komunizmie. Krótko mówiąc: komuniści po prostu umieli zadbać – mówiąc dzisiejszym słownictwem – o dobry PR dla siebie.

Ale czy do intelektualistów nie przemawiają twarde fakty? Przecież ideologia komunistyczna na całym świecie doprowadziła do śmierci przynajmniej kilkudziesięciu milionów ludzi.
Też mnie to dziwi. Majstersztyk wykonany przez komunistów polega na tym, że zdołali ukryć prawdziwą liczbę swoich ofiar. Być może było to 60 milionów. A może 160 milionów. Ci, którzy są zaślepieni ideałami i nie chcą dostrzegać skutków, mają tym samym doskonały sposób, by każdą dyskusję sprowadzić do sporu o liczby.

Dlaczego pana zdaniem Rosja, która została najbardziej doświadczona przez komunizm, nie chce go uznać za zbrodniczą ideologię?
Rosjanom czasy sowieckie kojarzą się przede wszystkim nie tyle z masowymi mordami, wywózkami i zezwierzęceniem, tylko z potęgą ich kraju. Związek Sowiecki był przecież prawdziwym imperium, z którego ludzie nad Wołgą są dumni do dziś. Dla Rosjan niezmiernie ważne jest to, by mieszkać w kraju, o którym mówi się „mocarstwo”. W przepisywaniu historii i wybielaniu zbrodni widzę zwykłą nostalgię za dawną potęgą.

*Richard Pipes – amerykański historyk, sowietolog, specjalista od historii Rosji i doradca ds. Rosji i Europy Środkowej prezydenta USA Ronalda Reagana