"Miałam wpływ na obsady list do rad gmin, rad miast i rady powiatu w Tomaszowie Mazowieckim. Zarząd powiatowy teoretycznie decydował, ale decydował też poseł, któremu nikt się nie sprzeciwiał. Miałam wolną rękę w obsadzie tych list. To znaczy zarząd powiatu dawał propozycje list, a ja nanosiłam na nich zmiany. Byłam wówczas wiceprzewodniczącą lokalnej Samoobrony i pracownicą Łyżwińskiego, czyli prawej ręki Leppera. Jako wiceprzewodnicząca województwa miałam nadzór nad siedmioma powiatami wchodzącymi w skład województwa. Poseł Łyżwiński wkraczał, gdy ktoś oferował jakąś kwotę za umieszczenie go na liście" - zeznała w prokuraturze Krawczyk.

>>> Przeczytaj zeznania Anety Krawczyk o Andrzeju Lepperze

>>> Przeczytaj zeznania Anety Krawczyk o Stanisławie Łyżwińskim

Piotrkowska prokuratura, która badała wątek przestępstw finansowych w Samoobronie, w ubiegłym roku skierowała Anetę Krawczyk na badania psychiatryczne. "Aneta Krawczyk nie jest chora psychicznie ani upośledzona umysłowo" - stwierdziła biegła Urszula Misztela.

Proces przy drzwiach zamkniętych

Proces w sprawie seksafery toczy się przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim od maja ubiegłego roku. Sąd utajnił rozprawy na wniosek prokuratury i pełnomocnika Anety Krawczyk ze względu na ważny interes pięciorga oskarżonych.

Oskarżeni Andrzej Lepper i Stanisław Łyżwiński chcieli jawnego procesu. Szef Samoobrony będzie zeznawać na początku lutego i żąda ujawnienia swoich zeznań. Zapewnia, że nie było go w miejscach, o których opowiada Aneta Krawczyk.

Podczas śledztwa w sprawie seksafery, które ruszyło po artykule "Gazety Wyborczej", Aneta Krawczyk składała wielogodzinne zeznania. Opowiadała o przekrętach finansowych w Samoobronie i o tym, że świadomie zdecydowała się na pracę za seks, bo nie miała czym nakarmić dzieci. Mówiła o strachu przed chorobą weneryczną, o problemach Leppera z potencją i o tym jak technik weterynarii Jacek Popecki (skazany niedawno prawomocnym wyrokiem na dwa lata i cztery miesiące więzienia) podawał jej oksytocynę, żeby wywołać poronienie.

Cały artykuł w czwartkowym wydaniu DZIENNIKA