Żeby było jasne: mówiąc, że ktoś „histeryzuje”, wcale nie sugeruję, że nie ma racji. Słowo to może nie ma najlepszej sławy i konotacje niesie raczej pejoratywne, ale bywają chwile, gdy histeria jest odruchem wręcz najbardziej racjonalnym. Gdy dzieje się coś, co jest egzystencjalnie ważne, a na co nie mamy wpływu; gdy jesteśmy bezradnymi świadkami horroru, czasem histeryczny wrzask jest jedyną sensowną reakcją. Sama z pewnym zrezygnowaniem oddaję się wciąż jednej z tych histerii, przekonana, że jeszcze chwilę, a jakiś prezes Polski, a zarazem papież Prawdziwie Polskiego Kościoła każe nam chrzcić zygotę i oglądać wyłącznie telewizję Trwam – i że skoro nie do końca wiadomo co robić, powinnam przynajmniej głośno wrzeszczeć i jak najszybciej biegać w kółko, wołając, że nadchodzi apokalipsa.

Moja histeria, jestem o tym głęboko przekonana, jest racjonalna; wszelkie inne zaś powinny wziąć coś na uspokojenie. Ale pomijając ten jakże oczywisty (dla mnie) fakt, od dawna zastanawia mnie histeryczna dynamika politycznego konfliktu jako taka. Histeria polityczna jest oczywiście stara jak świat, ale od kiedy polityczne barykady na Zachodzie ustawiły się po linii otwartość / progresywizm / liberalna demokracja z jednej strony, a izolacjonizm / obyczajowy konserwatyzm / dyskretny autorytaryzm z drugiej, obie strony wpadły w wyjątkowo szaleńcze drgawki. Każdy ruch jednych, nawet najbardziej niewinny, powoduje u drugich przekonanie, że oto świat dostał ostateczny impuls do rozpadnięcia się na kawałki.

Do tego efektu dokładają się oczywiście polaryzujące się media; te zaś wymuszają radykalniejsze reakcje polityków i komentatorów, którzy pragną się w nich znaleźć – a kiedy wokół wieszczą koniec świata, nie ma wyjścia, trzeba wyć. Jest jednak inny komponent niszczący nerwy wszystkim zainteresowanym i pchający ich ku histerii, a mianowicie sposób, w jaki dziś konstruujemy nasze społeczno-polityczno-moralne doktryny.