W sytuacji ostrego sporu prawno-politycznego wokół Sądu Najwyższego (SN) kandydowanie na urząd sędziego tego sądu wywołuje ogromne kontrowersje. Dlaczego zdecydował się pan na taki krok?
Po pierwsze, stanowisko sędziego SN zwiększy moje możliwości oddziaływania na rzeczywistość – zarówno w czasie pełnienia urzędu, jak i później. Po drugie, obecnie, bardziej niż przez minione lata, realna jawi się możliwość awansu do SN dla osób o silnym poczuciu niezależności albo – jeśli ktoś tak woli – o profilu "umiarkowanie "antyestablishmentowym". Wszyscy ci, którzy słusznie podkreślają potrzebę niezawisłości sędziów od polityków, zdają się pomijać inne silne więzy, np. lojalności grupowej. Po trzecie, i najważniejsze, uważam, że Polska potrzebuje silnych instytucji, w tym cieszących się zaufaniem społeczeństwa sądów. Politycy nie potrafili przez blisko 30 lat przeprowadzić rozsądnej reformy, a sądy nie potrafiły przez ten czas zaskarbić sobie społecznego poparcia. Nie sprawi tego też obecna rewolucja kadrowa, będącą przejawem przejściowej dominacji jednej siły politycznej nad drugą. O trwałości zmian będzie można mówić za jakiś czas – tak naprawdę dopiero po zmianie władzy. Reformy (te trwałe) będą wówczas wynikiem nowego kompromisu, zbudowanego na tym, co nowa władza będzie w stanie zaakceptować ze zmian pozostawionych przez władzę ustępującą i uzupełnionego o to, co będzie mogło być objęte nowym porozumieniem.
Obecnie każda ze stron sporu jest przekonana o swojej racji moralnej i uważa, że wygra batalię o przyszłą Polskę. Ja tych perspektyw nie podzielam – uważam, że podziały między Polakami są rzeczywiste i głębokie, a przyszły pomysł na Polskę musi być innowacyjnym sposobem zarządzania różnorodnością i jednocześnie nowym kompromisem co do reguł gry. Myślę, że moja i podobnie mi myślących osób obecność w Sądzie Najwyższym zwiększy, a nie zmniejszy szansę na taki kompromis, choć mam wrażenie, że dziś niewielu prawników potrzebę takiego spojrzenia rozumie...

Nie sposób stracić z pola widzenia zarzutów formułowanych przez środowiska sędziowskie czy szerzej prawnicze, że procedura wyboru sędziów do SN obarczona jest wadą konstytucyjną. Chodzi o to, że obwieszczenie prezydenta o wolnych stanowiskach sędziowskich zgodnie z art. 144 ust. 2 konstytucji wymaga dla swojej ważności kontrasygnaty premiera, czego w tym przypadku zabrakło. Duża część prawników uważa, że osoby, które będą kandydować na podstawie tej niekonstytucyjnej procedury, de facto przykładają rękę do jej łamania.
Gdybym podzielał ten pogląd, tobym nie kandydował. Z punktu widzenia prawnego jest to pogląd mylny.

Powiedział pan, że jednym z głównych powodów, dla których pan kandyduje, jest chęć uzyskania większego wpływu na rzeczywistość. Zastanawiam się jednak, czy pana działalność jako szefa Instytutu Allerhanda nie daje panu szerszych możliwości. Jako jeden z członków składu orzekającego, bez wpływu na przydział spraw, będzie miał pan siłą rzeczy możliwości mniejsze niż obecnie.
Dziękuję za uznanie w stosunku do mojej dotychczasowej pracy na rzecz dobra publicznego. Tym niemniej proszę zważyć, że sprawowanie urzędu sędziego SN można łączyć z pracą naukową. To, co robiłem jako aktywista, zawsze miało podbudowanie akademickie i z tego drugiego członu na pewno nie będę chciał rezygnować. Wiele rzeczy będę mógł robić w dużo większym komforcie. Do tej pory w znacznym stopniu działałem pro bono. Mam nadzieję, że będę mógł kontynuować pracę naukową i społeczną, również w stanie spoczynku. Nie umniejszałbym też tego, jak może na rzeczywistość oddziaływać Sąd Najwyższy, bo wiele orzeczeń ma fundamentalny wpływ na bardzo dużo kwestii. Może nie wszystkie sprawy, szczególnie te rozstrzygane w Izbie Cywilnej, elektryzują opinię publiczną, ale mają znaczący wpływ chociażby na ramy prawne dla biznesu.