Po wtorkowej decyzji Komisja w środę przyjmie i opublikuje cały comiesięczny pakiet dotyczący naruszeń, w tym wezwania, by te trzy kraje usunęły uchybienia. To pierwszy etap procedury o naruszenie prawa UE. Komisja może dać krajom członkowskim dwa miesiące na odpowiednie działania. Czasami czas ten skraca do miesiąca, czasem nawet po pół roku nie ma żadnych nowych widomości, bo trwa wymiana pism.

Kraj będzie miał czas na odpowiedź. Cały proces potrwa miesiące, jeśli nie lata. Do tego czasu niektóre decyzje zostaną podjęte, cała dyskusja pójdzie do przodu - powiedział PAP analityk European Policy Centre (EPC) w Brukseli Marco Funk.

Jeśli Komisja uzna odpowiedzi i działania państwa członkowskiego za niezadowalające, przechodzi do kolejnej fazy, którą opisuje art. 258 Traktatu o funkcjonowaniu UE. Mówi on, że jeśli Komisja Europejska uzna, że kraj unijny nie wypełnia swoich zobowiązań, to wydawana jest wobec niego "uzasadniona opinia". Tu znów mijają kolejne miesiące na wymianie pism i argumentów.

Gdy państwo członkowskie nie zastosuje się do zaleceń, Komisja może wnieść sprawę do unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Ten rozpatruje ją, zbierając informacje zarówno od danego kraju, jak i KE. Od momentu wniesienia skargi do orzeczenia mija kilka-kilkanaście miesięcy.

Dalej art. 260 traktatu wskazuje, że jeśli Trybunał Sprawiedliwości stwierdzi, iż państwo uchyla się od ciążących na nim zobowiązań, jest ono wówczas zobowiązane do podjęcia środków, które zapewnią wykonanie wyroku.

Jednak i to nie jest jeszcze moment, który oznacza nałożenie kary na państwo. Władze danego kraju mają na tym etapie szanse na wykonanie decyzji czy wypełnienie wymogów prawa unijnego. Jeśli tak się nie stanie i Komisja uzna, że kraj nie podjął działań zapewniających wykonanie wyroku, może wnieść kolejną, drugą skargę do Trybunału.

Na tym etapie Bruksela wskazuje na wysokość kary pieniężnej, jaką ma płacić dana stolica (mogą to być bardzo wysokie stawki, sięgające dziesiątek tysięcy euro dziennie). Jednak dojście do tego etapu zajmie lata. Niektórzy eksperci z krajów członkowskich szacują, że nawet od czterech do pięciu.

Funk zwraca uwagę, że decyzja Komisji zapadła w niełatwym okresie w związku ze zbliżającymi się wyborami w niektórych krajach (Czesi pójdą do urn jesienią), ale z punktu widzenia Polski trudno było o dobry moment. Pomiędzy instytucjami UE i Polską jest napięcie od dłuższego czasu, więc trudno powiedzieć, kiedy byłby odpowiedni moment. Może KE czekała na poprawę relacji, aby uniknąć procedury, ale wydaje się to teraz niemożliwe - ocenił analityk EPC.

Jego zdaniem wszystkie kraje, wobec których Komisja wszczęła procedurę, nadal będą odmawiały udziału w programie relokacji, co będzie dalej zwiększało napięcia. Jednocześnie rządy w Pradze, Budapeszcie i Warszawie - w ocenie Funka - mogą wykorzystywać tę sytuację do osiągania korzyści politycznych, nawet jeśli oznaczać miałoby to potencjalne kary.

Te państwa wskazywały, że problemy dotyczące migracji są zagrożeniem z punktu widzenia bezpieczeństwa. Teraz będą mogły dalej przedstawiać taką narrację. Z kolei ze strony UE ignorowanie faktu, że mamy kraje, które nie wdrażają decyzji, jest nie do zaakceptowania w dłuższej perspektywie - podkreślił ekspert.

Jego zdaniem nie można wykluczyć, że niemiecki rząd, mając na uwadze jesienne wybory do Bundestagu, wywarł presję na KE, by ta wszczęła procedury teraz. Analityk zastrzegł jednak, że Komisja to niezależna instytucja, która nie reprezentuje niemieckiego punktu widzenia. Nie sądzę, że Komisja podjęła działania ze względu na Niemcy, ale możliwe, że były naciski na szefa KE Jeana-Claude'a Junckera, by wyjść z tą sprawą raczej teraz, a nie później ze względu na wybory" - ocenił Funk.

Jego zdaniem głównym powodem podjęcia decyzji przez KE w tym momencie był fakt, że dwuletni program relokacji wygasa we wrześniu br. KE zapowiedziała jednak, że obowiązek prawny państw członkowskich dotyczący relokacji wówczas nie ustanie. Komisja postuluje, by kraje po wrześniu, w rozsądnym czasie, relokowały uchodźców.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka