Brytyjska prokuratura bezskutecznie domaga się od Rosji wydania głównego oskarżonego Andrieja Ługowoja, jednak Moskwa kategorycznie odmawia. Sprawa stoi w miejscu. Rozmawiamy o tym z Mariną, żoną Aleksandra Litwinienki.

Problemy Litwinienki - cenionego pracownika rosyjskich służb specjalnych - zaczęły się pod koniec lat 90. W 1998 r. na wspólnej konferencji prasowej, wraz z czterema innymi oficerami, oskarżył swoich zwierzchinków z FSB (Federalnej Służby Bezpieczeństwa, następczyni KGB) o zlecenie im zabójstwa oligarchy Borysa Bierezowskiego. Wkrótce został aresztowany i trafił do moskiewskiego Lefortowa. Zarzuty podważono, ale pojawiały się kolejne. W końcu z pomocą Alexandra Goldfarba Litwinienko wraz z żoną i synem uciekł z Rosji do Londynu, gdzie wkrótce otrzymał azyl polityczny. Na kilka tygodni przed śmiercią został obywatelem Wielkiej Brytanii.

Podczas pobytu w Londynie podpułkownik opublikował dwie książki, znów uderzając w swoich dawnych współpracowników z Łubianki. Oskarżał w nich FSB o organizowanie zamachów terrorystycznych, które miały w efekcie doprowadzić do dojścia Władimira Putina do władzy. Był zagorzałym krytykiem prezydenta i Kremla, a niedługo przed śmiercią właśnie Putina oskarżył o zlecenie zabójstwa dziennikarki Anny Politkowskiej. Na łożu śmierci obarczył go także odpowiedzialnością za zamach na swoje życie.

Ale sprawa nie została wyjaśniona do dzisiaj. Brytyjska prokuratura wskazała głów-nego oskarżonego. Jest nim Andriej Ługowoj, także były agent, który w dniu otrucia spotykał się z Litwinienką w Londynie. Za Ługowojem po brytyjskiej stolicy miał się ciągnąć radioaktywny ślad. Jednak Rosja nie zgadza się na jego ekstradycję, odwo-łując się do konstytucyjnych zapisów, które na to nie zezwalają. Dodatkową ochronę zapewnia Ługowojowi immunitet poselski, który uzyskał, gdy wszedł do Dumy w grudniu ubiegłego roku. Brak zgody Kremla na jego ekstradycję doprowadził do zaostrzenia w relacjach brytyjsko-rosyjskich i do skandalu dyplomatycznego, włącznie ze wzajemnym wydaleniem dyplomatów, ale śledztwo zabrnęło w ślepą uliczkę. Po dwóch latach politycy wydają się o niej zapominać, a i media powoli tracą nią zainteresowanie. Żona Litwinienki, Marina opowiada nam o strachu, że świat zapomni o śmierci jej męża. A także o tęsknocie za ojczyzną i rozczarowaniu dzisiejszą Rosją.

JUSTYNA PRUS: Od śmierci pani męża mijają właśnie dwa lata. Wciąż wierzy pani, że ta sprawa zostanie rozwiązana, że zabójca pani męża zostanie ukarany?
MARINA LITWINIENKO: Sytuacja nie jest prosta, bo rzeczywiście mijają właśnie dwa lata i nie mogę zarzucić Brytyjczykom, że zrobili coś nie tak, że zrobili za mało. Niestety, problem polega na tym, że przestępstwo zostało popełnione na terytorium Anglii, a oskarżony przebywa w Rosji. Prokuratura nie może rozpocząć bez niego procesu. A Rosja, choć twierdzi, że prowadzi własne śledztwo, w rzeczywistości wcale nie chce współpracować, chroni Ługowoja. Problemem w sprawie mojego męża jest granica i to nie tylko granica państwa, ale granica niezrozumienia. Mo-skwa mówi innym językiem niż Londyn. Oskarża o upolitycznianie tej sprawy i odwraca kota ogonem.

Pani zdaniem to jest sprawa polityczna?
Tak, ale to nie tylko o to chodzi. To pierwszy w historii akt jądrowego terroryzmu dokonany na terytorium suwerennego państwa. Nie można o tym zapomnieć dla dobra politycznej przyjaźni. Nie chcę, by Anglia i Rosja prowadziły wojnę z powodu mojego męża, ale ta sprawa nie może zostać zapomniana. Dlatego robię wszystko, by ona nie wyblakła, by nie zamieciono jej pod dywan. Spotykam się z dziennikarzami, z ludźmi, którzy interesują się tą sprawą. Chcę jak najwięcej rozmawiać i przypominać tę historię, bo to o to prosił mnie Sasza. Gdy leżał w szpitalu, powiedział mi: „Marina, musisz udzielać wywiadów, musisz o tym opowiadać”. Moją pierwsza reakcja było kategoryczne „nie”, nie chciałam z nikim rozmawiać, po prostu wydawało mi się, że nie jestem w stanie. Gdy mi to mówił, Sasza był już w bardzo ciężkim stanie, ale nie było jeszcze wiadomo, że umrze. I kiedy to się stało, zrozumiałam, że muszę to robić, bo on mnie o to prosił.

Co pani czuje? Chęć zemsty?
Nie ma we mnie agresji, złości ani żądzy zemsty, nawet wobec Andrieja Ługowoja. Ja go nie postrzegam jakoś osobiście, istnieje w mojej świadomości po prostu jako główny oskarżony. Wciąż zadaję sobie pytanie: jak można żyć, wiedząc, że podej-rzewają cię o coś tak strasznego i nie zrobić nic, by udowodnić, że to nieprawda. Skoro Ługowoj jest niewinny, to sąd jest najlepszym miejscem, by to udowodnić. I jeśli on rzeczywiście jest takim patriotą, za jakiego się przedstawia, to powinien – widząc, co się dzieje między Rosją i Anglią – przyjechać i to udowodnić. Gdyby to zrobił, stałby się przecież w Rosji bohaterem. Tym bardziej, że jest teraz deputowanym, to by jeszcze lepiej o nim świadczyło.

Na pewno walka o wyjaśnienie sprawy zabójstwa męża jest dla pani bardzo ważna. Ale czy udało się pani odnaleźć równowagę, ułożyć sobie życie?
To bardzo trudne. Na szczęście mam syna, o którym muszę myśleć. On jest moją kotwicą, koncentruję się na nim. Osiem lat temu musiałam po prostu wstać, wziąć swoje 6-letnie dziecko i wyjechać z kraju, w którym przeżyłam całe swoje życie. Wszystko radykalnie się zmieniło. Moje dziecko z rosyjskiego chłopczyka stało się nagle w połowie Anglikiem. I kiedy przeszliśmy przez to i wydawało nam się, że wszystko jakoś zaczęło się układać, że Sasza odnalazł swoje miejsce, to wszystko znowu nagle runęło. To był koszmar. I dlatego dzisiaj, gdy ktoś mnie pyta, jakie mam plany na przyszłość, to nie wiem, co mam odpowiedzieć. Bo po tym, co się stało, wszelkie plany po prostu mnie przerażają. Jedyne, czego pragnę, to by przyszłość mojego syna była jasna. Ale co będzie dalej? Nie wiem.

Cały wywiad z Mariną Litwinienko już jutro w DZIENNIKU