"Marzec to termin ostateczny"

Nasze informacje potwierdza samo Centralne Biuro Antykorupcyjne (CBA). - Kontrole we wszystkich urzędach marszałkowskich w całym swoim zakresie zostały przedłużone do marca 2017 roku - informuje nas CBA.

Zresztą, rząd PiS nawet gdyby chciał, nie mógłby przedłużać tzw. superkontroli w nieskończoność. Zgodnie z ustawą o CBA, maksymalny termin trwania kontroli to 9 miesięcy. Agenci wkroczyli do wszystkich marszałków w połowie czerwca ubiegłego roku. Wstępnie kontrolę planowano na trzy miesiące tj. do połowy września. Potem jednak zdecydowano o przedłużeniu działań agentów do połowy grudnia. Kontrolę można więc było przedłużyć jeszcze raz o kolejne 3 miesiące, czyli do marca 2017 roku. - Termin marcowy jest ostateczny - potwierdza CBA.

Zakres kontroli robi wrażenie. W sumie sprawdzanych jest ponad 17 mld euro zaangażowanych w unijne programy regionalne. Ale samorządowcy wskazują, że w praktyce kontrola wykracza daleko poza ten zakres. Jak w jednej z rozmów przekazali nam przedstawiciele lubelskiego urzędu marszałkowskiego, pracownicy są proszeni przez agentów o przygotowywanie innej dokumentacji, wyjaśnień czy zestawień. Furtką do tego jest art. 14 ust. 1 pkt 7 w związku z art. 3 ustawy o CBA, który uprawnia agentów CBA do „żądania niezbędnej pomocy od (…) organów samorządu terytorialnego…”. - W tym trybie przekazywano m.in. oświadczenia majątkowe, decyzje administracyjne, informacje na temat udziału delegacji w wyjazdach zagranicznych - przekazała nam Beata Górka, rzeczniczka prasowa marszałka województwa lubelskiego.

Efekty kontroli

Zapytaliśmy CBA o łączne efekty dotychczasowych działań agentów. Na razie Biuro ucina temat. - Po zakończeniu procedur kontrolnych będziemy mogli poinformować o ustaleniach naszych działań - usłyszeliśmy.

Choć skala działań i długość kontroli robi wrażenie nawet na samych samorządowcach (którzy do przywykli już do różnego rodzaju działań ze strony CBA czy NIK), dotychczasowe efekty tych prac nie wywołały jakiegoś trzęsienia ziemi w regionach. Biuro złożyło doniesienia do prokuratury w co najmniej kilku wykrytych sprawach, jednak nie wiadomo, czym postępowania te się zakończą. Sądząc po dotychczasowych komunikatach płynących z Biura, łączna kwota zakwestionowanych wydatków (lub powstałych strat) to kilkadziesiąt milionów złotych w kilku regionach.

Agenci ujawnili np., że woj. wielkopolskie mogło stracić 11 mln zł na niedziałającym systemie e-zdrowie (ponad 8 mln zł zostało wypłacone jako nienależne wynagrodzenie, mimo że projekt nie został wykonany, a ponad 3 mln zł to niewyegzekwowana kwota kary umownej za niewykonania zadania). Zarzuty usłyszeli członek zarządu województwa i były dyrektor departamentu zdrowia. Inne zarzuty CBA to 16 mln z fikcyjnej grupie producentów owoców i warzyw oraz zarzut zatajenia prawdy w 11 oświadczeniach majątkowych składanych przez radnego województwa i jednocześnie członka zarządu (radny nie ujawnił w nich faktu posiadania pięciu zobowiązań pieniężnych m.in. kredytu hipotecznego).

Z kolei w urzędzie marszałkowskim w Krakowie CBA stwierdzili podejrzenie popełnienia przestępstwa niedopełnienia obowiązków przez pracowników urzędu, co mogło skutkować wypłatą blisko 2 mln zł nienależnego dofinansowania na projekt o charakterze muzealnym (projekt "Otwarta twierdza”). Małopolski marszałek odpiera te zarzuty twierdząc, że projekt zrealizowano poprawnie.

Nieprawidłowości stwierdzono też w lubelskim urzędzie. CBA stwierdziło podejrzenie popełnienia przestępstwa przez marszałka Sławomira Sosnowskiego oraz dyrektora departamentu rolnictwa i środowiska. Powód? Sześć grup producenckich miało uzyskać ponad 22 mln zł nienależnego dofinansowania.

Trzeba wiedzieć, w co się wchodzi

Opozycja uważa, że efekty prac CBA są mizerne w stosunku do tego, jaki obraz marszałków próbowali rysować działacze PiS. Przez pewien czas krążyła nawet plotka, że rząd zamierza odebrać marszałkom kompetencje w zakresie zarządzania środkami unijnymi, by przekazać je wojewodom. Zdaniem posła PO Waldego Dzikowskiego, podejrzenia PiS o nieczyste układy na masową skalę w regionach nie potwierdziły się. - Nie znamy ostatecznych wyników działań CBA, ale na razie widać, że ten rzekomy „audyt” miał na celu przede wszystkim podważenie roli samorządów województw. Przy tak wielkich środkach, które były do wydania, trudno nie popełniać błędów. Ale pamiętajmy, że mówimy o miliardach euro, które udało się zagospodarować. Wygląda na to, że samorząd wyszedł z tego obronną ręką - stwierdza Waldy Dzikowski.

Poseł Paweł Lisiecki z PiS odbija piłeczkę. - CBA jest od tego, by sprawdzać wszelkie doniesienia o nieprawidłowościach. Jeśli pieniądze w przygniatającej większości wydawane były prawidłowo, to należy się tylko z tego cieszyć. Myślę, że takie kontrole są potrzebne i nieuniknione. Gdyby CBA kontroli nie prowadziło, pojawiłby się zarzut, że nic nie robi. A tak przynajmniej udało się uratować tych kilkadziesiąt milionów złotych - wskazuje i dodaje, że kontrola ma charakter rutynowy. - W momencie, gdy przejmuje się władzę w państwie, warto przeprowadzić swego rodzaju audyt, by wiedzieć, w co się wchodzi - przekonuje poseł.

Wojna o miasta

Rychły koniec tzw. superkontroli wcale nie uspokaja nastrojów w samorządach. CBA bierze pod lupę kolejnych prezydentów miast. Jak wiadomo, kłopoty ma np. prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (usłyszała zarzuty prokuratorskie po śledztwie CBA, zarzuty dotyczą poświadczenia nieprawdy w dokumentach przy zaciąganiu kredytów), prezydent Gdańska Paweł Adamowicz (sprawdzane były okoliczności zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego w Gdańsku Jelitkowie, gdzie powstało osiedle mieszkaniowe, na którym Paweł Adamowicz wraz z rodziną zakupił na preferencyjnych warunkach trzy mieszkania) czy prezydent Radomia Radosław Witkowski (CBA złożyło wniosek o wygaśnięcie mandatu, funkcjonariusze CBA ujawnili, że prezydent, wbrew zakazowi, zasiadał w radzie nadzorczej spółki Świętokrzyski Rynek Hurtowy sp. z o.o.).

Najbliższa batalia o władzę już niedługo będzie miała miejsce w Lublinie. Tak CBA złożyła wniosek o wygaśnięcie mandatu prezydenta Krzysztofa Żuka. Sprawa trafiła do wojewody. Ten 29 grudnia ub. r. złożył analogiczny wniosek. Jak tłumaczy nam Marek Wieczerzak z biura wojewody, rada miasta Lublina ma 30 dni od daty otrzymania wezwania na podjęcie uchwały o wygaśnięciu mandatu prezydenta. - Jeśli tego nie zrobi, to po tym czasie wojewoda wyda zrządzenie zastępcze w tej sprawie - zapowiada Marek Wieczerzak.

Co zamierza zrobić lubelski samorząd? Wygląda na to, że radni nie rozpatrzą wniosku wojewody. Kilka dni temu przewodniczący rady wykluczył zwołanie nadzwyczajnej sesji w tej sprawie. A to oznacza wejście z wojewodą na ścieżkę konfliktu sądowego. Marek Wieczerzak z biura wojewody zresztą przyznaje - od decyzji wojewody prezydentowi przysługuje odwołanie do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, a w dalszej kolejności także do Naczelnego Sadu Administracyjnego. - Do momentu uprawomocnienia się decyzji prezydent zarządza miastem i nie ma możliwości wystąpienia “dwuwładzy” - zapewnia nasz rozmówca.