Kontyngent ma liczyć ok. 150 żołnierzy, w jego skład może wchodzić m.in. 15 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak oraz dwa samobieżne moździerze Rak. Najpewniej będzie to kompania manewrowa i pluton inżynieryjny. Z Ministerstwa Obrony Narodowej odpowiednie dokumenty zostały wysłane do stałego przedstawiciela RP przy ONZ i Polska została zgłoszona do tzw. systemu generacji sił Organizacji Narodów Zjednoczonych na potrzeby misji UNDOF (United Nations Disengagement Observer Force). W jej ramach patrolowane są Wzgórza Golan na granicy Izraela i Syrii. Być może kwestię naszego udziału poruszy prezydent Andrzej Duda, który we wtorek ma brać udział w sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Stanach Zjednoczonych.

Polski kontyngent ma być gotowy do certyfikacji w lutym przyszłego roku. Na Wzgórza Golan byłby gotowy ruszyć w marcu. Przygotowania trwają już jednak znacznie dłużej. O tym, że Polska chce wrócić do udziału w misjach Organizacji Narodów Zjednoczonych, oficjalnie prezydent mówił na odprawie kierownictwa Ministerstwa Obrony i dowództwa Sił Zbrojnych w marcu tego roku. Pałac Prezydencki zabiegał, by wydarzyło się to jak najszybciej. Pierwsze rozmowy z ONZ rozpoczęły się jeszcze w 2016 r. Z tym że przedstawiciele organizacji bardziej widzieli naszych żołnierzy na misjach w Mali czy Republice Środkowoafrykańskiej. My z kolei naciskaliśmy na to, by wziąć udział w misji w Libanie. Ale tam ONZ ma wystarczającą liczbę żołnierzy i w tym momencie nie wydaje się, by któreś z państw biorących udział w tamtej misji miało wycofać swój kontyngent.

Polscy oficjele widzą kilka argumentów przemawiających za obecnością akurat na misji ONZ w Libanie, a nie np. w Mali. Po pierwsze, jest to misja stosunkowo bezpieczna. Od początku jej trwania, od 1974 r., zginęło 52 żołnierzy ONZ. Ale tylko ośmiu z powodu działań zbrojnych, a np. 20 w wypadkach. Tymczasem w Mali tylko od 2013 r. poległo 170 żołnierzy biorących udział w misji. Ryzyko, że któryś z naszych żołnierzy tam zginie, jest więc znacznie większe. Po drugie, w tym rejonie świata nasze wojsko ma doświadczenia. Byliśmy tam od samego początku misji aż do wycofania się z niej w 2009 r.

Kompromisem między Mali a Libanem są właśnie Wzgórza Golan. Istotne jest też, że to Bliski Wschód, a nie Afryka. Choć w jednym i drugim miejscu świata interesy Polski są stosunkowo niewielkie, to jednak będąc na granicy syryjsko-izraelskiej, możemy się przydać naszym sojusznikom. Choć oczywiście trudno się spodziewać powtórki z takiej akcji jak pomoc polskiego wywiadu w ucieczce Amerykanów z Iraku, to jednak tworzymy sobie okazje do działania. Być może właśnie także to było jednym z tematów rozmów poruszanych podczas niedawnej wizyty szefa Agencji Wywiadu Piotra Krawczyka w Syrii. Nie znamy wszystkich poruszanych kwestii, ale znany jest już skład delegacji, w tym operacyjnych funkcjonariuszy Agencji Wywiadu. Ich tożsamość i wizerunek powinny pozostać tajne. Zdekonspirowano ich jednak za pośrednictwem syryjskiej agencji prasowej SANA, która opublikowała zdjęcia oficerów towarzyszących Piotrowi Krawczykowi.

Kolejny argument przemawiający za obecnością na Wzgórzach Golan jest bardzo prozaiczny. Jest to misja licząca niecały tysiąc żołnierzy i są w niej mundurowi zaledwie kilku krajów. Z kolei w Mali w działaniach udział bierze prawie 14 tys. osób z prawie 60 krajów. Nasz udział będzie więc znacznie bardziej widoczny na pograniczu izraelsko-syryjskim, niż byłby w Afryce. Tam byśmy zwyczajnie zginęli w tłumie.

Udział polskich żołnierzy to też realne zagrożenia. Sytuacja w regionie jest niestabilna, a bliska współpraca Rosji z Syrią może sprawić, że polscy żołnierze staną się ofiarami rosyjskich prowokacji. Jest to tym łatwiejsze, że na miejscu są najemnicy powiązani z Moskwą. W najgorszych scenariuszach polskie patrole mogłyby więc zostać zaatakowane przez bliżej nieokreślone "zielone ludziki". Inną kwestią jest zagrożenie minowe. Część terenów w okolicy tras patroli jest zaminowana. Cała strefa rozdzielenia ma ok. 75 km długości i od 200 m do 10 km szerokości.

Po co w ogóle Polska chce brać znowu udział w misjach ONZ? To prosty sposób, by pokazać naszym sojusznikom zaangażowanie w kwestie bezpieczeństwa. Tak naprawdę Amerykanie patrzą na dwie sprawy: na to, czy wydajemy wystarczająco dużo na wojsko, i na to, czy faktycznie wysyłamy żołnierzy, gdy są potrzebni - mówi DGP urzędnik znający kulisy sprawy. A w tym wypadku w dosyć prosty sposób możemy pokazać zaangażowanie naszego wojska. Co nie mniej ważne, dużą część kosztów takiej misji pokrywa Organizacja Narodów Zjednoczonych. Do tego warto pamiętać, że wojsko zawsze uczy się na misjach: z jednej strony współpracować z innymi, z drugiej funkcjonować w warunkach bojowych. To dzięki misjom nasi żołnierze mają nieco lepszy sprzęt (choćby śmigłowce w siłach specjalnych).

Obecnie polscy żołnierze biorą udział w ośmiu misjach poza granicami kraju. Najbardziej zaangażowani jesteśmy w Iraku i Afganistanie, gdzie zgodnie z postanowieniami prezydenta może być do 350 żołnierzy. W tych krajach mamy już doświadczenie. Stosunkowo nowy jest udział w misjach na Łotwie i w Rumunii, gdzie nasi żołnierze udali się w ostatnich dwóch latach, by wzmacniać wschodnią flankę Sojuszu Północnoatlantyckiego. Za to w Kosowie jesteśmy obecni już prawie od dwudziestu lat. Zupełnie symboliczna jest natomiast obecność w Republice Środkowoafrykańskiej, gdzie obecnie służy… jeden polski żołnierz.