Sprawa dotyczy wykładów dla lekarzy rodzinnych o profilaktyce w leczeniu i diagnozowaniu raka. Organizowało je warszawskie Centrum Onkologii, które wygrało przetarg ogłoszony przez Ministerstwo Zdrowia. Teraz jednak okazuje się, że w ciągu 2,5 roku z kilkudziesięciu lekarzy prowadzących odczyty ośmiu zarobiło prawie 2 mln zł - z 7,5, jakie w ogóle Ministerstwo Zdrowia zapłaciło za wykłady. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, ministerstwo w tej sytuacji powiadomiło ABW.

Najwięcej zarobił doktor Janusz Meder, kierownik Kliniki Nowotworów Układu Chłonnego i prezes Polskiej Unii Onkologii, który otrzymał 619 tys. zł, czyli ponad 20 tys. złotych miesięcznie. Na drugim miejscu znalazł się dr Grzegorz Luboiński, kierownik pododdziału chirurgii endokrynologicznej - ekspert Fundacji Batorego zajmujący się korupcją w służbie zdrowia. W ciągu dwóch i pół roku zarobił na szkoleniach prawie pół miliona złotych. Onkolodzy dostawali pieniądze m.in. za ilość przeszkolonych lekarzy. Ale teraz, jak dowiedział się DZIENNIK, resort chce dokładnie sprawdzić listę obecności na szkoleniach, bo możliwe jest, że nazwiska na nich będą się powtarzać.

O wysokości honorariów onkologów za prowadzenie szkoleń, w tym doktora Janusza Medera, decydowała Rada do Zwalczania Chorób Nowotworowych przy ministrze zdrowia. Tyle że sam doktor Meder jest jednym z członków tej rady. Lekarz nie ma sobie jednak nic do zarzucenia. "Nasza żmudna praca spowodowała podniesienie poziomu edukacji onkologicznej. Nie mam żadnych obiekcji, że robiłem coś w sposób niewłaściwy" - powiedział Meder w TVN 24. Wysokimi wynagrodzeniami zainteresowała się jednak Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wiadomo, że prywatna firma, która przegrała przetarg, twierdzi, że podobne szkolenia chciała zorganizować za zaledwie 7 proc. sumy, jakiej potrzebowało Centrum Onkologii.

W całej historii jest też drugi wątek: dr Meder wziął na podwykonawcę Akademię Kształcenia Ustawicznego "Lancet" Sp. z o.o., która zajmowała się głównie nakłanianiem lekarzy do skorzystania ze szkoleń. W sumie udało im się namówić około 10 tys. osób. Nie wiadomo, jak była skonstruowana umowa, ale Ministerstwo Zdrowia ustaliło, że za każdego lekarza Lancet dostawał 86 zł - łącznie zarobił więc ponad 800 tys. zł. Wczoraj ani dr Janusz Meder, ani dyrektor Centrum Onkologii nie odbierali telefonów. Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że sprawa się już nie powtórzy, bo zasady rozpisywania przetargów uległy już zmianie. "Dostałem zapewnienie, że o tym, na co mają być wydawane pieniądze, będą decydowały jasne przepisy" - mówi Jakub Gołąb, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

p

SYLWIA CZUBKOWSKA: 619 tysięcy złotych dla jednego wykładowcy za trzy lata szkoleń z dziedziny onkologii, to dużo czy mało?

ANDRZEJ NOWICKI*: Wszystko jest uzależnione od liczby godzin, jakie szkolący poświęcił na pracę. Najbardziej rozpowszechniona stawka za godzinę nauczania dla profesora akademickiego to ok. 90 - 100 złotych. Specjaliści wysokiej klasy dostają często nawet kilkadziesiąt złotych więcej, a za zajęcia prowadzone w weekendy i dni wolne od pracy ta stawka jest dodatkowo mnożona razy dwa. Może się więc okazać, że te 600 tysięcy podzielone przez kilkastet godzin pracy co roku, przez trzy lata wcale nie jest sumą tak zawrotną, jakby się na początku wydawało.

Jednak Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego sprawdza te wydatki.

To uważam, za zupełnie zbędne. Przecież wystarczyłoby poprosić o dokładne wykazy godzin pracy i było by jasne: ile kto przepracował i ile mu się za to należało pieniędzy.

Na czym polegają takie szkolenia z dziedziny onkologii?

Trzeba pamiętać, że szkolenia onkologiczne nie są proste.Oczywiście podstawą jest zwrócenie uwagi lekarzy pierwszego kontaktu na rolę wywiadu tak tego z pacjentem, jak i środowiskowego. Lekarze rodzinni powinni znać rodzinną historię chorób pacjenta i na tych, w których rodzinach występowały nowotwory, szczególnie uważać. Potem lekarze uczeni są też, jak rozpoznawać pierwsze symptomy raka, przechodzą szkolenia i ćwiczenia w szpitalach z samymi chorymi.

*Andrzej Nowicki, profesor onkologii z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.