1.

Hello. To jest głos, którym mówię, angielski głos z zaokrąglonymi samogłoskami i spółgłoskami mniej więcej tam, gdzie trzeba - to nie jest głos mojego dzieciństwa. Poznałam go na studiach wraz z nieocenzurowaną wersją powieści "Historia Clarissy Harlowe" Samuela Richardsona i smakiem porto. Może to jest to, na co wygląda - przypadek awansu społecznego - ale ja wtedy szczerze sądziłam, że to jest głos ludzi wykształconych i jeśli nie będę miała głosu ludzi wykształconych, to nigdy nie będę naprawdę wykształcona. Odważniejsza osoba może zachowałaby się bardziej ideowo i na swoim przykładzie udzieliłaby rówieśnikom pożytecznej lekcji: wykształcone osoby nie muszą należeć do tej samej klasy społecznej ani mówić tym samym językiem. Poszłam w przeciwnym kierunku. Częściowo z tchórzostwa i organicznej chęci przypodobania się innym, ale także dlatego, że nie do końca traktowałam tę transakcję jako zwykłą zamianę jednego głosu na drugi.

Moje dzieciństwo było historią łączenia, syntezy różnorodnych rzeczy. Nie przyszło mi do głowy, że zostawiam londyńską dzielnicę Willesden dla Cambridge. Uważałam, że dodaję Cambridge do Willesden, nowy sposób mówienia do starego. Dodaję nowy rodzaj wiedzy do wcześniejszego, odmiennego. I przez jakiś czas tak było: w domu, podczas wakacji, mówiłam starym głosem, który jakoś czuł i wypowiadał rzeczy niemożliwe do wyrażenia w college’u i na odwrót. Byłam zachwycona tą elastycznością. Jakbym urodziła się dwa razy.

Nad elastycznością trzeba jednak pracować, żeby nie zanikła. Ostatnio mój podwójny głos opuścił mnie, został mi pojedynczy, odzwierciedlający mniejszy świat, do którego zawiodła mnie moja praca. Willesden było wielkim, różnobarwnym robotniczym morzem, Cambridge mniejszym, bardziej wykwintnym stawem, niemal jednogłosowym, a świat literacki jest kałużą. Głos, który przyswoiłam sobie po drodze, nie jest już egzotycznym strojem, który wkładam jak uniwersytecką togę, kiedy przyjdzie mi ochota - teraz jest moim jedynym głosem, czy tego chcę, czy nie. Żałuję tego. Należało zachować oba mieszkające w moich ustach głosy przy życiu. Oba były częścią mnie. Ale kultura surowo przed tym przestrzega! Jak to delikatnie ujął George Bernard Shaw w przedmowie do swojej sztuki "Pigmalion": "Wiele tysięcy mężczyzn i kobiet pozbyło się rodzimej gwary i nauczyło nowego języka".

Niewielu się jednak do tego przyzna. Adaptacja głosu wciąż pozostaje brytyjskim grzechem pierworodnym. Inwigilowanie i demaskowanie obywateli jest narodowym hobby, równie popularnym jak seksskandale i rozprawy sądowe o pomówienie. Jeśli twoja intonacja po atlantycku idzie do góry w wygłosie, jesteś sprzedawczykiem. Jeśli wymawiasz zapożyczone europejskie słowa w ich oryginalnym brzmieniu - nawet tak niewinne przypadki jak parmigiano zamiast parmezan - jesteś pozerem. Jeśli próbujesz mówić inaczej niż środowisko, w którym przyszedłeś na świat, dopuszczasz się niewybaczalnego aktu zdrady klasowej. Głosy mają być niezmienne i pojedyncze. Jeśli chcesz mieć pewność, że uda ci się obrazić Szkota, który zamieszkał w Londynie, to powiedz mu, że stracił akcent. Utożsamiamy człowieka z jego głosem, więc kto ma ich więcej albo przy różnych okazjach używa różnych wariantów jednego głosu, w najlepszym razie jest wielolicowy, a w najgorszym stracił duszę.

W Wielkiej Brytanii kto zmieni swój głos, nabiera dziwnie tragicznego wymiaru. Sprzeniewierzył się zagadkowemu apelowi "bądź zawsze wierny samemu sobie", tak często cytowanemu z aprobatą, jakby odzwierciedlał mądrość Szekspira, a nie pompatyczność Poloniusza. "Co ze mną będzie? Co ze mną będzie?" - zawodzi Eliza Doolittle, bohaterka "Pigmaliona", uświadomiwszy sobie, że utknęła pośrodku, z głosem zbyt wykwintnym dla kwiaciarek i zbyt mocno trącącym rynsztokiem dla dam z salonu pani Higgins.

Elizie - patronce tragicznie dwugłosowych - warto jednak przyjrzeć się bliżej. Przede wszystkim należy odnotować, że Eliza i "Pigmalion" mają charakter całkowicie dydaktyczny, zgodnie z intencjami Shawa: "Rzucam nią w głowy mędrków, którzy jak papugi pokrzykują, że dzieło sztuki nie może pouczać. Potwierdzi ona moją tezę, że wielka sztuka jest zawsze dydaktyczna i nie może być czym innym".

Shaw postanowił opowiedzieć jednoznaczną historię dziewczyny, która zmienia głos i traci duszę. Wchodzi na scenę ze słowami: "Czego się pan tak rzuca? Jeszcze pan nie usłyszał, z czym przyszłam. (...) Powiedziała mu pani, że przyjechałam taksówką? (...) Oho, aleśmy są ważni! Lekcji dawać to on się nie wstydzi - sama słyszałam, jak się do tego przyznał. Nie przyszłam tu, żeby mi prawił grzeczności. A jak moje pieniądze się nie liczom, pójde gdzie indziej. (...) Teraz pan wie? Przyszłam, żeby brać lekcje, faktycznie. I płacić za naukę, jasne? (...) Chcę być panną w kwiaciarni, skończyć ze sprzedawaniem kwiatów na rogu Tottenham Court Road. Ale do kwiaciarni nie przyjmą mnie, jak nie będę ładniej mówiła".

Schodzi tak: "Nie mogę. To było dobre raz, ale nie będziemy do tego wracali. Czy pan pamięta, mówił mi pan, że dziecko wywiezione za granicę uczy się obcego języka w ciągu paru tygodni i zapomina własnego. No to ja jestem dzieckiem w waszym kraju. Zapomniałam ojczystej mowy, mogę mówić tylko językiem panów".

Eksperyment profesora Higginsa zrobił z Elizy pokraczne stworzenie gdzieś pomiędzy kwiaciarką i damą. Straciła jeden głos, by zyskać inny, za cenę wszystkiego, czym była i co wiedziała. Jakby przy okazji Higgins wpędza w nieszczęście również jej ojca Alfreda Doolittle’a, proponując mu 3 tysiące funtów rocznie w zamian za sześć odczytów rocznie z ramienia Światowej Ligi Naprawy Obyczajów imienia Wannafellera. Obowiązki te wpychają usposobionego filozoficznie śmieciarza w niechciane objęcia "mieszczańskiej moralności", jak to z pogardą nazywa. Przed opadnięciem kurtyny oboje Doolittle’owie grzęzną w pośrednim świecie, miejscu według Shawa tragikomicznym. Do czego się nadają? Co z nimi będzie?

Strach przed strefą przejściową jest zjawiskiem trwałym. Rozciąga się na widmo tragicznego mulata, niedolę transseksualisty i dzisiejszy lęk - maskowany społecznym zatroskaniem - przed imigrantem, w naszej ocenie tragicznie rozdartym między światami, ideami, kulturami, głosami - co z nimi będzie?

Coś musi ustąpić pola - jeden głos trzeba poświęcić na rzecz drugiego. Podwójne musi stać się pojedynczym.

Ten dydaktyczny morał płynący z historii Elizy poważa jednak coś, co pojawia się w samej sztuce, a mianowicie orkiestrę wielu głosów, wszystkich jednakowo przekonujących, bez poświęcania odcieni, barw i tonów na ołtarzu jednorodności. Shaw miał znakomite ucho, umiał oddać prawie tyle samo osobliwości angielskiej mowy co Szekspir. Shaw posiadał dar, którego nie chciał albo nie mógł przekazać Elizie: mówił językami.

Czuję się trochę dziwnie, przechodząc od smutnej opowieści o Pigmalionie do znacznie bardziej optymistycznej wersji napisanej przez nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. On też ma niezłe ucho. W "Odziedziczonych marzeniach" nowy prezydent daje świadectwo godnej pozazdroszczenia łatwości pisania dialogów i znakomicie ją wykorzystuje, powołując do życia obsadę tak samo zróżnicowaną jak ta, którą James Baldwin - oczywista inspiracja - wyczarował na potrzeby swojej powieści "Inny kraj". Obama umie naśladować żydowskiego mężczyznę, czarną staruszkę z South Side, białą kobietę z Kansas, kenijską starszyznę plemienną, białych kujonów z Harvardu, czarnych kujonów z Columbii, działaczki społeczne, duchownych, ochroniarzy, kasjerów w banku, a nawet pewnego Brytyjczyka nazwiskiem Wilkerson, który w gwiaździstą noc na safari rzuca takie wiarygodnie brytyjskie kawałki, jak: "To jest Droga Mleczna, jak tuszę". Nowy prezydent nie tylko przemawia w imieniu swego narodu, ale także umie mówić jego głosami. Zaskakujący talent u prezydenta. Nie przywykliśmy do tego. Musiałam się uszczypnąć, żeby nie zapomnieć, kto napisał poniższą znakomicie podsłuchaną scenę, jakby żywcem wyjętą z powieści komicznej:

"- Mam gdzieś imprezy w naszej budzie, więcej nie idę.

- Akurat… ostatnio mówiłeś to samo. (...)

- Ale teraz już powaga. Te dziewczyny to normalnie modelowe rasistki, z certyfikatem hodowlanym Departamentu Rolnictwa. Co do jednej. Białe, Azjatki… kurde, Azjatki są jeszcze gorsze od białych. One chyba myślą, że mamy jakąś chorobę.

- A może zauważyły twoje tłuste dupsko, stary. Miałeś zacząć ćwiczyć, i co?

- Ej, gdzie z łapami, nie wyżeraj mi frytek. Sam sobie kup, nie jesteś moją laską. Co to ja mówiłem?

- Że jak jakaś dziewczyna nie chce się z tobą umówić, to nie znaczy, że jest rasistką".

To jest głos 17-letniego Obamy zapamiętany przez Obamę. Wciąż można w nim rozpoznać obecnego prezydenta. Już wtedy miał skłonność do komplikowania rzeczy z pozoru oczywistych ("jak jakaś dziewczyna nie chce się z tobą umówić, to nie znaczy, że jest rasistką"), już wtedy miał sceptyczny stosunek do żarliwych dogmatów innych ludzi ("Akurat… ostatnio mówiłeś to samo") i już wtedy miał poczucie humoru ("może zauważyły twoje tłuste dupsko"). Tylko głos jest inny: Obama wykonał prawie tak samo wielki skok jak Eliza Doolittle. Ze swojego pigmalionowego doświadczenia wyciąga jednak subtelniejsze wnioski niż Shaw. Jego opowieść nie jest tradycyjną tragiczną opowieścią o zyskaniu nowego, fałszywego głosu kosztem prawdziwego. Jest to opowieść o człowieku autentycznie wielogłosowym. A jeśli płynie z niej jakiś morał, to taki, że każdy człowiek musi być wierny samym sobie, w liczbie mnogiej.

Dla Obamy posiadanie więcej niż jednego głosu w uchu nie jest ciężarem, a w każdym razie nie wyłącznie ciężarem, ale również darem. I to darem ciekawym, któremu nie służy drętwy, ewidentnie narzucony przez wydawcę tytuł "Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu" (dosłownie "marzenia po moim ojcu"), z sugestią, że było to proste, linearne odziedziczenie marzeń i aspiracji po ojcu - marzeń i aspiracji, które się spełniły. "Marzenia po moim ojcu" to byłby dobry tytuł dla książki Johna McCaina "Faith of My Fathers" ("Wiara moich ojców"), mówiącej właśnie o takim linearnym dziedziczeniu w linii męskiej, tutaj z żołnierza na żołnierza. Ale w przypadku książki Obamy tytuł jest mylący, jednostronny. Autor naprawia ten błąd już w pierwszym rozdziale, omawiając rozpad relacji rodziców, którego symbolem był ich syn jedynak jako koniec pewnego marzenia. "Chociaż czar zdążył prysnąć, a rodzice rozstali się i wrócili do odrębnych światów, to ja zająłem dawne miejsce ich marzeń".

Zająć miejsce, marzenia, istnieć w wymarzonej przestrzeni (wyczarowanej przez ojca i matkę) - to z pewnością coś zupełnie innego niż zwykłe odziedziczenie marzenia. To znacznie ciekawsze. Jak Pauline Kael nazwała Cary’ego Granta? Mężczyzną z Miasta Marzeń. Kiedy bristolczyk Archibald Leach stał się pełnym galanterii Carym Grantem, transformacja ta dokonała się w jego głosie, który poddał dziwnej, nieuchwytnej manipulacji, stwarzając ten boski, jedyny w swoim rodzaju akcent, ani kowbojski, ani elitarny, ani amerykański, ani angielski. Głos przyszedł znikąd, Grant przyszedł znikąd. Wydawał się produktem zbiorowego marzenia, wymarzony przez kinomanów w trudnych czasach; czasami można odnieść wrażenie, że Obama został wymarzony przez wyborców w trudnych czasach. U obu występuje dziwna zwierciadlana cecha, typowa dla ludzi, którzy doszli do wszystkiego własnymi siłami - widzimy w nich to, co chcemy widzieć. "Każdy chce być Carym Grantem" - powiedział Cary Grant. "Nawet ja chcę być Carym Grantem". Nietrudno sobie wyobrazić, że Obama myśli to samo podczas wiecu zwycięstwa w chicagowskim Grant Park, słysząc, jak pełen nadziei tłum skanduje jego nazwisko. "Każdy chce być Barackiem Obamą. Nawet ja chcę być Barackiem Obamą".

2.

Nie opisałam jednak Miasta Marzeń. Spróbuję. W tym wielogłosowym miejscu jednolite pojedyncze "ja" jest iluzją. Tam oczywiście urodził się Obama. Ja też. Kiedy ktoś ma różnorodność wydrukowaną na twarzy, wpisaną w DNA, w typ włosów i ten "ni to, ni sio" beż skóry, to każdy widzi, że ten ktoś pochodzi z Miasta Marzeń. W mieście marzeń wszystko jest podwójne, wszystko jest zróżnicowane. Nie ma innego wyboru, jak tylko przekraczać granice i mówić językami. W ten sposób idziesz od matki do ojca, od grupy ludzi, którzy uważają, że jesteś za mało czarny, do grupy ludzi, którzy uważają, że jesteś za mało biały. W tym mieście mądry człowiek ostrożnie wymawia słowo "ja", ponieważ "ja" wydaje się zbyt prostym i pojedynczym wyrazem, aby odzwierciedlało rzeczywistą wielość tego doświadczenia. Obywatele Miasta Marzeń wolą posługiwać się zaimkiem zbiorowym "my".

Przez całą kampanię Obama dbał o to, żeby mówić "my". Wyraźnie pilnował się przed "ja". Mówiąc w ten sposób, nie tylko unikał pojedynczości, której nie odczuwał, ale również przyciągał nas do siebie. Miał odwagę zasugerować, że nawet jeśli nie widać tego wystemplowanego na ich twarzach, większość ludzi również pochodzi z Miasta Marzeń. Większość z nas ma skomplikowane korzenie, kręte drogi życiowe, wielowątkowe narracje.

Powoływanie się na powszechne splątanie ludzkich korzeni było dla Obamy ryzykowną strategią. Jego wrogowie przyczepili się do jej braku precyzji, podkreślając egzotyczny, nieamerykański charakter Miasta Marzeń, tego nieokreślonego miejsca, w którym można jednocześnie być z Hawajów, Kenii, Kansas i Indonezji, gdzie można gadać jak drobny hochsztapler lub przemawiać jak senator. Cóż to za wariackie miejsce? Ale wrogowie Obamy nie docenili tego, jak wielu ludzi pochodzi z Miasta Marzeń, jak wielu Amerykanów na co dzień wyczarowuje kontrastujące ze sobą głosy i dąży do syntezy między różnorodnymi rzeczami. Okazało się, że Miasto Marzeń nie było dla nich obce.

Ale czy rzeczywiście widzieli je na własne oczy? Obama mówił o Main Street w Iowa i zapiekance ze słodkich ziemniaków w północno-zachodniej Filadelfii, starannie dostosowując intonację do wrażliwości słuchaczy. Czasami zmieniał ją w jednym przemówieniu, w jednym zdaniu. "Czcimy wszechmocnego Boga i nie lubimy, jak federalni agenci kręcą się po naszych bibliotekach w czerwonych (republikańskich) stanach". "Wszechmocny Bóg" przyszedł z jakiegoś kościoła w Georgii, "kręcą się" bardziej pasuje do stołu kuchennego w South Bend w Indianie. Idealna równowaga, nigdy przypadkowa. Dopiero teraz, kiedy bitwa została wygrana, czasem widzimy, jak sobie folguje i w programie telewizyjnym "60 Minutes" rzuca typowo murzyńskim: "Hej, nie jestem głupi, man, dlatego jestem prezydentem". Trudno sobie wyobrazić, żeby to zrobił trzy tygodnie wcześniej. Dla pewnych typów umysłowości musiało to wyglądać tak, jakby na chwilę zsunęła się maska.

I tutaj pojawia się temat jednogłosowego tłumu przeciwników Obamy. Pomstują w swoich blogach i w radiu, obsesyjnie czekając na zsunięcie się maski. Strasznie boją się tego, co postrzegają jako dwulicowość Obamy. "Co innego mówi, co innego myśli" - tak można streścić kampanię strachu. Mówi, że jest kapitalistą, ale chce redystrybucji. Mówi, że jest chrześcijaninem, ale tak naprawdę zwiększy wpływy muzułmanów. I tak dalej. Te strachy mają swoje korzenie w lęku związanym z głosem. "Kim on jest? Co to za człowiek?" - pytają ludzie. Mówi "zapiekanka ze słodkich ziemniaków" w Filadelfii i "Main Street" w Iowa! Kiedy zwraca się do nas, mówi naszym językiem, ale za naszymi plecami zarzuca nam, że nie chcemy się rozstać z naszą religią i naszymi strzelbami. A kiedy Jesse Jackson usłyszał, że Obama udzielił wiernym zgromadzonym w murzyńskim kościele wykładu na temat epidemii absencji czarnych ojców, również odebrał to jako zdradę. Obama "przemawiał do czarnych z góry". W obu przypadkach pojawia się motyw dwulicowca, który dostosowuje swój język do publiczności, który nie jest od nich (ponieważ potrafi spojrzeć na nich obiektywnie), lecz zawsze nad nimi.

Gafa Jacksona, uzupełniona edypalną przemocą ("Mam ochotę uciąć mu jaja"), jest szczególnie pouczająca, ponieważ znajduje w niej odzwierciedlenie konflikt pokoleniowy w czarnej społeczności, dotyczący tego, co mówimy publicznie i co mówimy prywatnie. Pokolenie obrońców praw człowieka poczytywało sobie za punkt honoru, żeby krytyka czy negatywna analiza naszej społeczności, przez białych polityków często formułowana bez kontekstu, empatii i zrozumienia, nie była powtarzana przez czarnych polityków w obecności białych słuchaczy, nawet jeśli (zwłaszcza jeśli) krytyka była słuszna (to prawda, że ponad połowa czarnych amerykańskich dzieci wychowuje się bez jednego z rodziców). Nasze sprawy są naszymi sprawami. To musi pozostać w rodzinie. Nie pierzmy brudów na zewnątrz. Bądźmy solidarni. (Rzecz jasna, swoją wypowiedzią, która została podsłuchana, Jackson nieświadomie złamał własną zasadę).

Przed Obamą czarni politycy zawsze przestrzegali tych niepisanych reguł. Bronili się w ten sposób przed dwoma złymi duchami murzyńskiego życia politycznego: wujem Tomem i House Nigger, nadwornym Murzynem czy sługusem białych. Czarny polityk, który schlebiał białym obawom, pragnieniom i nadziejom dla społeczności murzyńskiej czy nawet po prostu je podzielał, mógł sobie zasłużyć na takie epitety - nawet Martin Luther King nie uchronił się przed takimi podejrzeniami. Potem przyszedł Obama i rzekomo nastała nowa epoka, epoka postrasowa, w której najważniejsza była nie ślepa lojalność wobec własnej rasy, tylko wierność prawdzie. Panowało poczucie, że Jackson niestety nie nadąża za tym nowym, postrasowym światem: nawet jego syn poczuł się zobowiązany publicznie potępić jego "brzydką retorykę". Ale gniew Jacksona nie był niezrozumiały, a jego nieufność nieracjonalna. Jackson toczył kiedyś ciężkie walki, a ciężkie walki w subtelny, skomplikowany sposób wypaczają psychikę ich uczestników. Przekonanie, że lojalność wobec własnej rasy ma pierwszeństwo przed prawdą (i że to jest znak autentyczności) to jeden z przykładów takiego wypaczenia.

Wielu czarnych z pokolenia Jacksona do samego końca traktowało Obamę nieufnie. Czy człowiek, który z taką łatwością kursuje między kulturowo czarnym i białym głosem, może być uczciwy? Czy człowiek z Miasta Marzeń nie utraci kontaktu z rzeczywistością? Dlaczego nie chce mówić wyraźnym i jednolitym głosem? To były realne kwestie dla ludzi urodzonych w prawdziwych miastach w okresie, kiedy miasta te były brutalnie podzielone, kiedy ruch murzyński musiał krzyczeć wyraźnym i jednolitym głosem, bo inaczej nie zostałby usłyszany. A potem Obama wygrał. Zalany łzami Jesse Jackson w Grant Park, ściśnięty w różnobarwnym amerykańskim tłumie, chyba nareszcie uzyskał odpowiedź na swoje pytanie: tylko człowiek wielogłosowy mógł przemówić do tak wielu różnych ludzi.

Wyraźny i jednolity głos. W tym kontekście dwurasowość, półczarność, półbiałość jest obciążeniem. W swoich wspomnieniach Obama przypomina pewną Murzynkę imieniem Joyce - postać skomponowaną z wielu koleżanek z czasów studenckich, która jest również trochę Włoszką, trochę Francuzką i trochę Indianką i strasznie lubi o tym przypominać: "Ja nie jestem czarna. Ja jestem wielorasowa. (...) Dlaczego mam wybierać pomiędzy nimi? (...) To nie biali każą mi wybierać. To właśnie czarni wiecznie muszą zrobić ze wszystkiego kwestię rasową. To oni każą mi wybierać, to oni mi mówią, że nie mogę być tym, kim jestem".

Zadie Smith

Dokończenie w "Magazynie Dziennika" za tydzień. Cytaty wg: George Bernard Shaw, "Pigmalion", przełożył Kazimierz Piotrowski, PIW, Warszawa 1986. Barack Obama, "Odziedziczone marzenia", przełożył Piotr Szymczak, Media Rodzina, Poznań 2008.