Znakomity francuski politolog Dominique Moïsi w rozmowie z "Europą" proponuje inne kryterium: uczucia najbardziej rozpowszechnione w danej części świata czy kręgu kulturowym. Jeśli przyjrzeć się globalnemu porządkowi pod tym kątem, okaże się, że największymi potęgami są Chiny i Indie. Tam głównym uczuciem jest nadzieja, najbardziej "ekspansywna" z emocji, skłaniająca do energicznego zmieniania rzeczywistości. Na drugim biegunie sytuuje się świat arabski opanowany przez uczucie upokorzenia wynikające z wielowiekowych opóźnień cywilizacyjnych. Zachód, tradycyjny hegemon "ekonomiczny i moralny", sytuuje się gdzieś pośrodku. Rządzi nim strach - przed obcymi i przed coraz bardziej widoczną utratą globalnej dominacji. To strach ludzi, którzy nagle znaleźli się w świecie totalnie dla nich nieprzejrzystym. I którzy w związku z tym mają wyraźny problem z własną tożsamością.

p

Karolina Wigura: Dla określenia epoki przed 1989 rokiem używano formuły "zimna wojna". Na początku lat 90. mówiono o "hegemonii Stanów Zjednoczonych". Dziś nikt już chyba nie wierzy, że świat objaśnić można w tak prosty sposób. Pan proponuje radykalną zmianę perspektywy. Zamiast definiować, kto jest światowym hegemonem, mamy się przyjrzeć ludzkim emocjom. Naszkicować ich globalną mapę i zobaczyć, do czego nas doprowadzą…
Dominique Moïsi*: Dopóki nie zrozumiemy, jakie rządzą nami emocje, nie będziemy potrafili uchwycić złożoności świata, w którym żyjemy. Istoty ludzkie nie są automatami zainteresowanymi wyłącznie maksymalizowaniem swojej władzy czy bogactwa. Najważniejsi gracze na scenie światowej nie tylko nie są sobie równi pod względem potęgi militarnej oraz politycznego i cywilizacyjnego wpływu, ale również dramatycznie różnią się w poglądach na temat rzeczywistości, która ich otacza i emocjach, a które względem niej odczuwają.

Nie bardzo rozumiem jednak, dlaczego emocje miałyby być szczególnie ważne dla zrozumienia świata akurat teraz. Zawsze odgrywały przecież ogromną rolę w polityce - wystarczy przypomnieć rewolucję francuską…
Ale dziś obserwujemy prawdziwą zemstę emocji. Wracają z całą siłą, choć w ostatnich dziesięcioleciach pragnęliśmy o nich zapomnieć.

Jaka jest przyczyna tego zjawiska?
W czasach zimnej wojny nie musieliśmy pytać o to, kim jesteśmy. Odpowiedź była jasna - wystarczyło tylko spojrzeć na mapę świata. Były tam dwa antagonistyczne systemy dzielące glob między siebie. Ale w świecie podlegającym bezustannym zmianom, w którym zniknęły proste podziały, pytanie o tożsamość stało się na powrót palące. Zaś od tego, jak definiujemy swoją tożsamość, zależy, czy czujemy się pewni siebie, czy nie. Czy mówimy: "Tak, chcę tego, a zatem potrafię to zrobić", czy: "Lepiej w ogóle nie próbować, bo wszyscy inni są lepsi". Wreszcie, czy potrafimy szybko reagować na kryzys - taki jak obecna recesja - a także odpowiadać na piętrzące się wyzwania, czy tylko dostosowujemy się do zmiennych warunków.


Zgodnie z tym myśleniem wyróżnia pan trzy "pierwszorzędne", będące ze sobą w sprzeczności emocje, rządzące dziś społeczeństwami: nadzieję, upokorzenie i strach. Mają one odpowiadać postrzeganiu świata w Azji, krajach islamskich i na Zachodzie. Przypomina to nieco teorię Samuela Huntingtona, który w początku lat 90. twierdził, że podstawy postzimnowojennego porządku są kulturowe i że zderzenie cywilizacji jest nieuchronne…
Mam silne obiekcje w stosunku do tej teorii. Nie tylko zawiera rażące uproszczenia, ale jest wręcz niebezpieczna. Huntington twierdził, że konfliktu kultur nie da się uniknąć, ponieważ pragnął po zakończeniu zimnej wojny zagrzać Amerykanów do dalszej walki. Dokonał błędnego utożsamienia kultury w ogóle - rozumianej jako całokształt wierzeń religijnych, zwyczajów społecznych itd. - z kulturą polityczną. Świat jest o wiele bardziej skomplikowany. Dlatego nie będę nikogo przekonywał, że emocje są jedyną podstawą porządku światowego. Przypominam tylko, że są jedną z najważniejszych. Ponadto trzeba być świadomym, że żyjemy pośród różnorodności emocji. Czerń i biel to za mało, emocje przybierają wszelkie barwy szarości. Możemy zapobiegać konfliktom, jeśli nauczymy się rozumieć emocje innych i włączać je do naszego sposobu myślenia.

Huntington dowodził również, że świat arabski i Daleki Wschód zawarły coś w rodzaju antyzachodniego sojuszu. Trudno o większa pomyłkę. Ostatnie zamieszki w Chinach z udziałem muzułmanów uświadomiły nam szczególnie wyraźnie, że nic takiego nie istnieje. Te dwie cywilizacje reprezentują zupełnie odmienne kultury emocji.

Spróbujmy zatem odtworzyć pańską mapę emocji. Zacznijmy od nadziei - uczucia, które pańskim zdaniem szczególnie rozpowszechnione jest w Chinach i Indiach.
Te dwa demograficzne giganty, od lat wskazywane są jako rosnące potęgi gospodarcze. Ale ich gwałtowny rozwój nie ogranicza się jedynie do tej dziedziny. Nadzieja daje im pewność siebie, wiarę we własną tożsamość i własne siły, również w sensie cywilizacyjnym. Weźmy na przykład Pudong, szybko rozwijającą się dzielnicę Szanghaju, która wyrasta właśnie na centrum finansowe Chin. Zaledwie 20 lat temu były tam tylko pola uprawne. Dziś miejsce to wypełnia pulsujący energią tłum. Architekci, przeważnie chińscy, budują zapierające dech w piersiach, futurystyczne drapacze chmur. Pudong jest dowodem na to, że czas już byśmy przestali utożsamiać nowoczesność z westernizacją. W Chinach powstaje właśnie nowa szkoła nowoczesności.


Innymi słowy, przepowiada pan nadejście tak zwanego azjatyckiego stulecia. Jednak ostatnio coraz częściej pojawiają się głosy, że prognozy takie są o wiele za daleko posunięte. Kryzys finansowy nie oszczędził ani Chin, ani Indii.
To prawda, że kryzys finansowy na nie oddziałuje. Jednak jestem przekonany, że na dłuższą metę trend polegający na przesuwaniu się centrum świata z Zachodu na Wschód najprawdopodobniej się utrzyma. Mało tego, możliwe, że kryzys przyspieszy jeszcze ten proces. Stany Zjednoczone, które już wcześniej czuły na karku oddech azjatyckich gigantów, wkrótce mogą zostać przez nie prześcignięte. Kryzys finansowy i gospodarczy oraz związane z nim tarapaty społeczne i polityczne będą przykrą lekcją przede wszystkim dla Zachodu. Lekcją pokory. Całymi latami prawiliśmy kazania o wartościach, których sami nie przestrzegaliśmy, a Kasandry mogły co najwyżej stracić pracę. Teraz będziemy zmuszeni uczyć się od nich. Zupełnie jak pewien mój francuski znajomy, który wróciwszy ostatnio z Chin, powiedział: "To było straszne. Oni traktowali mnie tak, jak kiedyś my ich".

Zanim przejdę do pytania o Zachód, chciałabym jednak, żebyśmy powiedzieli kilka słów o krajach islamskich. Przypisuje pan tej kulturze pogrążenie w upokorzeniu. Czy oznacza to niezdolność do działania?
Niestety tak. Upokorzenie to całkowite zaprzeczenie poczucia pewności siebie. U Arabów wynika ono ze świadomości głębokiego upadku kulturowego na przestrzeni wieków i niemożności podniesienia się zeń. Dodatkowo czują się oni upokorzeni z powodu Izraela - nie dlatego, że państwo to w ogóle istnieje, ale dlatego, że ma taki a nie inny geograficzny kształt, zaś w jego granicach znajduje się Jerozolima i święte dla islamu miejsca. Świat arabski pogrążył się w czymś, co jest dziwną miksturą historycznego romantyzmu i negacji Innego. Od tego już bardzo blisko do stwierdzenia: "Jeśli nie potrafię dosięgnąć twojego poziomu, postaram się ściągnąć cię na mój".

Czyli do klasycznego resentymentu…
Stąd bierze się fundamentalistyczny terroryzm islamski. Oczywiście nie wyczerpuje on wielości postaw upokorzenia w tej kulturze. Skomplikowane uczucia nie pozwoliły jednak, by nastawione przecież w większości pokojowo społeczeństwa wyraźnie się od niego odcięły. Demonstracje pod hasłem "To nie w naszym imieniu dokonuje się zamachów" wciąż pozostają raczej wyjątkiem niż regułą.


Przejdźmy teraz do strachu, uczucia charakterystycznego pana zdaniem przede wszystkim dla Europy i Stanów Zjednoczonych.
Zachód, po raz pierwszy od blisko dwóch stuleci, stracił - co ważne, również we własnych oczach - rolę hegemona ekonomicznego i moralnego. Świadomość tej straty sytuuje się w samym centrum kryzysu tożsamości, który przeżywamy. Jesteśmy tym tak zdezorientowani, że sami nie wiemy, co się z nami dzieje. Przyzwyczailiśmy się przecież do tego, że kontrolujemy życie i tożsamość innych społeczeństw. Nawet jeśli, w XX stuleciu, doprowadziliśmy najpierw do samozniszczenia (pierwsza wojna światowa), a następnie do ludobójstwa (druga wojna światowa i Holokaust), przynajmniej uczyniliśmy to samym sobie! Teraz wydaje się nam, że wkrótce staniemy się ofiarami innych - zarówno pod względem gospodarczym, jak i militarnym. Że czekają nas ataki terrorystyczne, a czego nie zrobią fundamentaliści islamscy, tego dokonają bardziej pokojowo nastawieni muzułmanie, po prostu przewyższając nas liczebnie w naszych własnych państwach. Uważamy, że świat nagle zrobił się bardzo groźny.

Jednak te wszystkie zagrożenia nie są wyssane z palca. Nie rozumiem, dlaczego mówi pan o strachu, a nie po prostu o świadomości, że takie katastrofy mogą mieć miejsce. Po drugie, twierdzenie, że Europę i Amerykę jednoczy strach, wydaje mi się jednak zbytnim uproszczeniem. Nie raz wskazywano, że Amerykanie są z Marsa, a Europejczycy z Wenus…
Byłoby zapewne znacznie bardziej uspokajające, gdybym mówił, jak klasycy filozofii politycznej, że Europę i Amerykę łączy miłość do demokracji i rządów prawa, a nie jakieś irracjonalne emocje. Niestety, byłoby to ignorowanie specyfiki nowoczesności. Strach, który nas łączy, nie musi mieć jednorodnego charakteru. Ale z całą pewnością mamy do czynienia z jego inwazją po obu stronach Atlantyku. W Ameryce uczucie to jest silniejsze niż kiedykolwiek, silniejsze nawet niż w czasach wielkiego kryzysu czy epoki maccartyzmu. Ataki na World Trade Center z 2001 roku bynajmniej nie są pierwotną przyczyną tego strachu - one go tylko potwierdziły i pogłębiły. Tak jak Europejczycy Amerykanie żyją w strachu przed obcym: że zaatakuje ich domy, odbierze tożsamość, pozbawi miejsc pracy.


Jednak przy tym wszystkim to właśnie w Stanach wybory prezydenckie wygrał Barack Obama, którego obywatele utożsamiają z twórczym zapałem, odwagą i nadzieją, a nie strachem.
To prawda, że Ameryka ma dość sporo nadziei na poziomie zbiorowym. Brak społecznych zabezpieczeń i kryzys ekonomiczny sprawiają, że strach istnieje głównie na poziomie indywidualnym. Atrakcyjność Baracka Obamy wynika przede wszystkim z tego, że prezentuje się on jako lider gotowy przywrócić Ameryce dobre emocje i uczynić ją ponownie pozytywnym bohaterem, uleczyć jej tradycyjną kulturę odwołującą się przecież do nadziei. W przyszłości ten czynnik może odgrodzić Amerykę od Europy. W Paryżu ludzie, niezależnie od tego, czy są robotnikami, biznesmenami, czy bankierami, lubują się w pesymizmie. Jeśli politycy silą się na optymistyczną retorykę, są wyśmiewani. Dlatego Europa znacznie bardziej niż Ameryka jest bezwładna w obliczu kryzysu finansowego. Unia Europejska nie potrafi się zreformować, nie jesteśmy nawet w stanie przegłosować własnej konstytucji. Jako Francuz i Europejczyk nie boję się przyznać, że gdybym mógł wybierać, wolałbym, żeby przewodniczącym Komisji Europejskiej został Obama, a nie Barroso. Ale europejscy przywódcy - Nicolas Sarkozy, Angela Merkel, Gordon Brown - pragną mieć na tym stanowisku kogoś, kto będzie rozpoznawalny ze względu na swoje ograniczenia i podatność na wpływy, a nie ze względu na zdolności. Minimum konsensusu dotyczy więc tego, kto sam przedstawia sobą zaledwie minimum... To właśnie Europa opanowana strachem przed utratą kontroli.

Fakt, że Unia Europejska przeżywa kryzys, to jedno. Muszę jednak przyznać, że uczucie strachu, o którym pan mówi, jest mi zupełnie obce.
To dlatego, że pochodzi pani z Polski, młodego państwa członkowskiego UE. To świat odmienny od starej Europy. Wiem, że nie szczędzicie swoim politykom krytyki. Polska być może pod względem politycznym nie radzi sobie zachwycająco - choć jeśli porównamy ją na przykład z Włochami, okaże się, że wasi przywódcy są na całkiem przyzwoitym poziomie. Wykładając od wielu lat w Polsce, jestem również świadom waszych problemów i frustracji. Jesteście jednak krajem dobrych emocji…

Polska Azją Europy?
(śmiech) Nie przesadzajmy. Ale rzeczywiście, w młodszym pokoleniu nowych krajów członkowskich wyczuwa się "azjatycki pierwiastek". Macie jeszcze wiele do osiągnięcia. Po prostu charakteryzuje was większy apetyt. Bez szczególnych umiejętności pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej Francja, Wielka Brytania, Niemcy nie wyglądałyby dziś tak, jak wyglądają. W tym względzie wyjątkowo jestem optymistą. Być może jesteście jedynymi ludźmi, którzy zdołają uleczyć Europę.

p

*Dominique Moïsi, ur. 1946, politolog francuski, specjalista w zakresie stosunków międzynarodowych, zagadnień geopolityki oraz spraw bliskowschodnich. Członek Institut Français des Relations Internationales, profesor Uniwersytetu Harvarda oraz Kolegium Europejskiego w Natolinie. Jego komentarze pojawiają się w najważniejszych światowych dziennikach - m.in. w "New York Times", "Financial Times" i "Die Welt". Opublikował m.in. książki "Les cartes de la France à l’heure de la mondialisation" (wraz z H. Vedrine, 2000) oraz ostatnio "La géopolitique de l’émotion" (2008).