W czwartek Sąd Najwyższy ogłosił uchylenie wyroków w głośnym 90 lat temu „procesie brzeskim”. Uznając, że dziesięciu skazanych wówczas polityków bezpodstawnie oskarżono o spisek i próbę obalenia legalnego rządu. Ot, symboliczny gest wobec dawno już nieżyjących ludzi i oddanie im sprawiedliwości. Rzecz, która na chwilę przypomniała opinii publicznej o procesie politycznym sprzed niemal wieku, ale też Centrolewie, sanacji, kilku ważnych postaciach z naszej historii i to pozornie byłoby na tyle.

Reklama

W odwrotności do sprawy Dreyfusa we Francji, „proces brzeski” nie odmienił II Rzeczpospolitej, ponieważ zabrakło na to czasu. Starły ją z mapy Europy dwa ościenne mocarstwa zaledwie sześć lat po uprawomocnieniu się wyroków. Jednak wydarzenia, które do procesu doprowadziły są niczym memento. Interpretować je może każdy, jak chce. Acz warto spojrzeć na nie przez pryzmat tego jak bywało, gdy polskie elity polityczne przerosły ciężkie czasy. Zaś podejmowane przez nie decyzje, choć wydawały się logiczne, przynosiły fatalne skutki.

Zacznijmy od tego, że spośród dziesiątki skazanych w „procesie brzeskim” jedynie dwóch liderów PSL „Piast” Wincenty Witos i Władysław Kiernik nie poparło w maju 1926 r. Józefa Piłsudzkiego. Pozostali, podobnie jak ich partie uznali, że zamach stanu jaki wówczas Marszałek przeprowadził, to mniejsze zło. Odsunięcie od władzy nielubianych endeków i „Piastowców” było pokusą trudną do odparcia. Nawet jeśli uczyniono to po trupach oraz łamiąc prawo. Łatwo udało się to usprawiedliwić, ponieważ fatalna Konstytucja marcowa i ordynacja wyborcza sprawiały, że sformowanie stabilnego rządu opartego o większość parlamentarną, było w praktyce niemożliwe.

Po zamachu majowym…

Po zamachu majowym liderzy Polskiej Partii Socjalistycznej, PSL „Wyzwolenie”, Stronnictwa Chłopskiego, Narodowej Partii Robotniczej i Polskiego Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji pomogli Piłsudskiemu zalegalizować przewrót. Posłowie tych stronnictw 31 maja 1926 r. wybrali go na nowego prezydenta (urzędu nie przyjął), a dwa miesiące później zgodzili się znowelizować Konstytucję. Nowela sierpniowa dała prezydentowi Ignacemu Mościckiemu możność wydawania dekretów z mocą ustaw oraz rozwiązania parlamentu przed upływem jego kadencji. Zmiany na pozór kosmetyczne wystarczyły, aby Piłsudski zbudował wokół siebie obóz polityczny zdolny stopniowo poszerzać zakres posiadanej władzy.

Przy czym wszystko opierało się w nim na lojalności wobec Marszałka, wierze w jego geniusz, no i jeszcze interesie grupowym. Szybko bowiem dostrzeżono, jak wiele stanowisk w państwie jest do wzięcia. Piłsudski na stałe dzierżył dwie funkcje: ministra spraw wojskowych oraz Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych. Tekę premiera obejmował niechętnie, bo codzienne administrowanie państwem go męczyło i nudziło. Taką ewentualność zostawiał sobie na nadzwyczajne momenty. W zupełności wystarczało, że prezydent Mościcki okazywał mu ślepe posłuszeństwo, podobnie jak premierzy i ministrowie kluczowych resortów (tych zresztą wyznaczał osobiście). Przez cztery lata w II RP działały z jednej strony mechanizmy demokratycznego państwa, a z drugiej wszelkie kluczowe decyzje stanowiły realizację woli jednego człowieka.

Reklama

Kruczki prawne Piłsudskiego

Piłsudski to co mogło ograniczać zakres jego władzy usuwał powoli, zwykle uciekając się do sprytnych kruczków prawnych. Te wymyślał dla niego cieszący się opinia błyskotliwie inteligentnego Stanisław Car. Dzięki nim wymieniono sporą część sędziów w Sądzie Najwyższym oraz ograniczono liczbę posiedzeń Sejmu.

Ale jednocześnie Marszałek przełknął to, że stworzony na jego polecenie przez Walerego Sławka Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem wygrał w 1928 r. wybory wynikiem trudnym do uznania za sukces. BBWR uzyskał bowiem tylko 21 proc głosów. Dlatego w parlamencie opozycja posiadała większość i mogła za sprawą wotum nieufności usuwać kolejnych szefów rządu lub ministrów. Brakowało jej jednak odwagi i jedności, by spróbować powołać własnego premiera. Ten stan dość oryginalnej równowagi utrzymywał się do końca 1929 r. Złamały go trudne czasy, jakie przyniósł Wielki Kryzys, którym USA zaraziły cały świat.

Gospodarczy sztorm

Na początku 1930 r. w Polsce zarówno władza, jak i opozycja widziały, że idzie sztorm. Masowo padały firmy, ludzie tracili pracę i dochody, budżet państwa przestał się domykać. Choć starannie to ukrywano Piłsudski i jego otoczenie zaczęło się bać, iż zabraknie pieniędzy na bieżące wydatki. Te okazywały się o kilkanaście procent większe od podatkowych wpływów. Jednocześnie zagraniczne kredyty stały się niedostępne. Sanacja musiała gwałtownie ciąć nawet urzędnicze pensje. Jak to przyjmowali obywatele łatwo zgadnąć.

Świadomość tego mieli też liderzy partii, które znalazły się poza obozem sanacyjnym. Słusznie wyczuwając, że po latach posuchy wiatr zacznie wiać w żagle opozycji.

Stworzenie jednego centro-lewicowego bloku wymyślił już we wrześniu 1929 r. lider Stronnictwa Chłopskiego Jan Dąbski.

Nota bene wicemarszałek Sejmu i były minister spraw zagranicznych. To on negocjował w Rydze warunki pokoju między bolszewicką Rosja a Polską, ostatecznie przekreślające w 1921 r. federalistyczne plany Piłsudskiego. Miał też na sumieniu doprowadzenie do rozłamu w PSL „Piast”. Jednak pojawienie się nadziei, że może się udać odsunąć Marszałka od władzy sprawiło, że Wincenty Witos wybaczył Dąbskiemu dawne zaszłości. Podobnie zresztą socjaliści zdecydowali się zawiesić spory z konkurującą o ten sam elektorat z nimi Narodową Partia Robotniczą.

Sojusz przeciw obozowi sanacyjnemu

Generalnie przeciw obozowi sanacyjnemu sojusz zawiązali młodsi koledzy Piłsudskiego z PPS (starsi zostali przy Komendancie), jego dawni zwolennicy oraz przeciwnicy z partii chłopskich, a także chadecy. Przez następne pół roku stronnictwa zrzeszone pod sztandarem Centrolewu toczyły z BBWR walkę podjazdową na forum parlamentu.

„Dąbski uważa, że sanacja sama się skończy i zgnije” – zanotował w swym diariuszu ówczesny premier Kazimierz Świtalski. On sam wraz z gabinetem został przez Centrolew zmuszony do odejścia. To wotum nieufności mocno rozeźliło Piłsudskiego, podobnie jak zablokowanie w Sejmie uchwalenia budżetu. Opozycji grała bowiem na sparaliżowanie parlamentu, a następnie doprowadzenie do sytuacji, gdy prezydent będzie musiał go rozwiązać i ogłosić przedterminowe wybory. Na mocy nowelizacji sierpniowej (którą przecież stronnictwa Centrolewu same niegdyś poparły) Sejm nie mógł dokonać samorozwiązania przed upływem kadencji. Tymczasem Piłsudski orientując się w nastrojach społecznych bynajmniej nie zamierzał pójść przeciwnikom politycznym na rękę. Na premiera wysunął więc znanego z umiejętności osiągania kompromisów prof. Kazimierza Bartla.

Kasy chorych

Być może takie gierki toczyłyby się jeszcze długo, gdyby nie sprawa kas chorych. Tworzono ją jeszcze za rządów socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego i w ich administracjach dominowali działacze PPS.

Z początkiem 1930 r. ministra pracy i opieki społecznej Aleksander Prystor wcielił w życie reformę, narzucając ścisły nadzór państwa nad tymi autonomicznymi jednostkami. Przy okazji zrobił czystkę kadrową i na miejsce wyrzuconych socjalistów wprowadził działaczy sanacji. Ten ruch PPS potraktował jako casus belli. W Sejmie stanął wniosek o wotum nieufności wobec Prystora. Reszta Centrolewu podchodziło do niego z rezerwą, a Stronnictwo Chłopskie zaczęło się nawet wyłamywać. Po pierwsze socjaliści załatwiali własne interesy, a poza tym uderzyli w serdecznego przyjaciela Piłsudskiego jeszcze z czasów ich wspólnej działalności w PPS. A co może nawet ważniejsze - małżonka ministra Janina Prystorowa była od lat najbliższą i najbardziej zaufaną przyjaciółką Aleksandry Piłsudskiej. Ta zaś nawet staranniej od męża dbała o dobro długoletnich przyjaciół.

Żarty się skończyły…

Po tym ruchu Marszałek postanowił wysłać opozycji jasny sygnał, że żarty się skończyły. Głosowania nad wotum nieufności dla Prystora nie było, bo cały rząd prof. Bartla podał się 15 marca 1930 r. do dymisji. Nowym premierem został płk. Walery Sławek, uchodzący za najbardziej bojowego piłsudczyka. Poza brakiem lewego oka, które utracił w 1906 r. podczas próby wysadzenia w powietrze pociągu pocztowego pod Milanówkiem, charakteryzowało go ślepe i bezkrytyczne oddanie Komendantowi. Ten zaś w kolejnych wypowiedziach dawał do zrozumienia, iż jeśli opozycja się nie uspokoi, to przetrzepie jej skórę.

Na to 5 kwietnia Centrolew odpowiedział deklaracją, że w Polsce: „usunięcie dyktatury i przywrócenie panowania prawa jest koniecznością”. Potwierdzeniem, iż nie są to słowa rzucane na wiatr, był Kongres Obrony Prawa i Wolności Ludu zwołany 29 czerwca 1930 r. Zebrani w Starym Teatrze w Krakowie działacze sześciu partii wygłaszali coraz ostrzejsze przemówienia, a sala wznosiła okrzyki: „Precz z lokajem Mościcki!” i „Na szubienicę z Piłsudskim!”. Na zewnątrz zebrał się wiec, który zgromadził wedle oceny prasy wspierającej opozycję aż 50 tys. ludzi.

„Byli przekonani, że prezydent Mościcki ustąpi ze swego stanowiska, gdyż powzięte uchwały są dla niego wyraźnym wotum nieufności, a powzięte zostały przez tych, co go na urząd prezydenta wynieśli” - zanotował we wspomnieniach Wincenty Witos.

Oddanie władzy? Piłsudski nie brał tego pod uwagę

Po tak bojowych deklaracjach liderzy Centrolewu … rozjechali się do domów na wakacje lub po to, żeby doglądać żniw. Stanowiska pracy nie porzucił natomiast Piłsudski. Sytuacja zmierzała bowiem do paraliżu Sejmu oraz przedterminowych wyborców, a te BBWR mógłby przegrać. Tymczasem ewentualności oddania władzy opozycji Marszałek nie brał nawet pod uwagę. Podobnie zresztą jak całe jego otoczenie, którego przyszłość i kariery ściśle wiązały się z utrzymaniem pozycji przez wodza. Te nie zawiódł swoich ludzi, ale zapewne w jego mniemaniu także i kraju. Piłsudski bowiem nieustannie i z pełnym przekonaniem głosił, że opozycja zupełnie nie dorosła do rządzenia Polską.

Dlatego wziął na siebie pełną odpowiedzialność i 25 sierpnia objął stanowisko premiera. Następnie puścił machinę państwa w ruch.

„Pan Marszałek własnoręcznie zielonym ołówkiem zaznacza, kto ma być aresztowany i zamknięty w Brześciu” – zapamiętał minister spraw wewnętrznych gen. Felicjan Sławoj Składkowski moment, gdy pod koniec sierpnia przyniósł nowemu premierowi listę działaczy Centrolewu.

Twierdza brzeska

Początkowo - wedle relacji płk Wacława Kostka-Biernackiego - rozważano osadzenie w twierdzy brzeskiej nawet 200 polityków. Ostatecznie Piłsudski zdecydował się, iż będzie to jedynie 19 osób. Dobrał ich wyjątkowo sprytnie. Z PSL „Wyzwolenie” i PPS wybrał radykałów takich jak: Stanisław Dubois, czy Norbert Balicki, pozostawiając na wolności ugodowców. Natomiast nie odpuścił swym długoletnim wrogom: Witosowi i Kiernikowi. Dla niepoznaki kazał też dopisać od listy aresztowanych kilku działaczy Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo-Demokratycznego (UNDO).

Jan Dąbski nie trafił do więzienia. Kilku oficerów Wojska Polskiego zaczaiło się przed jego domem 29 sierpnia. Gdy dopadli wicemarszałka Sejmu, obalili go na ziemię i kopali tak długo, aż stracił przytomność. Nigdy już nie wrócił do pełnego zdrowia i zmarł rok później. Potem aresztowania przeprowadzono z zaskoczenia o trzeciej w nocy 10 września 1930 r. O dziwo większość zatrzymanych była szczerze zadziwiona rozwojem sytuacji. Zdziwienie było tym większe, gdy się okazało, że ukręcenie głowy Centrolewowi to nic trudnego.

Aresztowania? Przyjęto obojętnie

Skromna liczba aresztowań została przyjęta w kraju wręcz obojętnie. Próby wzniecenia strajków oraz protestów chłopskich zupełnie się nie udały. Ba! Ogłoszona przez sanacyjną prasę teza, iż Marszałek tak rozprawia się z „wynaturzeniami partyjniactwa” i zapobiega wojnie domowej, była brana za dobrą monetę.

Tymczasem w Brześciu płk Kostek-Biernacki łamał zatrzymanych nie tyle biciem (choć było na porządku dziennym), co upokarzaniem na różne, wymyśle sposoby. Tak, aby po wyjściu na wolność byli ministrowie i premier Witos wstydzili się przyznać do tego, na co godzili się ze strachu.

Domknięciem rozprawy z opozycją były przedterminowe wybory przeprowadzone 23 listopada 1930 r. Sfałszowano je otwarcie, przy zupełnej bierności społeczeństwa. Dzięki temu BBWR mógł się poszczycić uzyskaniem oficjalnie 55 proc. głosów i bezwzględną większość w Sejmie. Potem zatrzymanych przeniesiono z twierdzy brzeskiej do cywilnych więzień, skąd wyszli po wpłaceniu kaucji, by na wolności oczekiwać procesu.

Złamanie prawa

Wbrew pozorom zorganizowano go z polecenia Piłsudskiego nie dla wymierzenia kary, czy dodatkowego represjonowania pokonanych już przywódców Centrolewu. Marszałek wyroków skazujących potrzebował po to, żeby zalegalizować złamanie prawa. Tak, żeby prawomocnie ustanowić, iż opozycję nie dotknęły represje, lecz rząd jedynie zapobiegł puczowi (a być może nawet wojnie domowej).

Podobny akt legalizacji przeprowadził przecież Piłsudski po zamachu majowym. Gdy to się udało, los uczestników „procesu brzeskiego” stał się mu obojętny. Mogli się stawić do więzienia dla obycia kary, lub wyjechać za granicę, co wybrali m.in.: Witos, Kiernik, Adam Pragier, Kazimierz Bagiński czy świetny prawnik Herman Lieberman.

Od tego momentu demokracja w II RP stała się już tylko fasadą, a w obozie sanacyjnym zupełnie puściły jakiekolwiek hamulce, jeśli idzie o zawłaszczanie państwa dla jednej sitwy. Mocno schorowany Piłsudski zupełnie tego nie kontrolował. Szczęśliwie nie dożył wiosny 1939 r., gdy głównym zamartwieniem ministra spraw wojskowych gen. Tadeusza Kasprzyckiego była willa w Zakopanym. Postawiona rękami żołnierzy za kredyt w państwowym banku dla kochanki generała aktorki Zofii Kajzerówny. Ale tak to już bywa z politykami, którym nie patrzy na ręce już nikt, no może poza żoną.