Oburza mnie zidiocenie bulwarowych redaktorów Janeckiego i Warzechy kiedy bredzą o „Kubusiu męczenniku” ale ich nie spałuję. Nie rozumiem obojętności profesora Godzica, który sugeruje, że celebryci sami się proszą, ale go nie opluję - pisze na swoim blogu Jarosław Kuźniar.

Wielu prawicowych publicystów bagatelizowało poniedziałkowy atak na Kubę Wojewódzkiego, ironizując że dziennikarz sam ściągnął na siebie kłopoty swoimi publicznymi wypowiedziami, albo poddając w wątpliwość, że groźne wydarzenie faktycznie miało miejsce.

-Kiedy zadzwoniłem sprawdzić czy wszystko dobrze, Kuba zapytał czy jest sens coś z tym zrobić? Mówienie o ataku żrącą substancją na dziennikarza to jak spełnienie snu terrorysty, jak nakarmienie trolla. Powiedzieli o mnie w telewizji - cel osiągnięty. Być może, ale - przekonywałem - bardziej nieodpowiedzialne będzie nie zgłoszenie tego na policję i przemilczenie. Po pierwszych głupich reakcjach w sieci widać, że mamy współcześnie bardzo wyraźną tendencję do bagatelizowania zagrożenia. To, że znasz kogoś z telewizji i trafia cię szlag kiedy go słuchasz, nie daje ci prawa do ataku. Skoro nie potrafisz reagować jak człowiek - schowaj się - pisze na blogu Kuźniar i dodaje, że ściganie się na kretynizmy jeszcze potrwa.

Dziennikarz TVN24 odnosi się też do wypowiedzi profesora Wiesława Godzica, który stwierdził, że atak jest "efektem frustracji, zniecierpliwienia i tęsknoty za starymi mediami. Bo w tych nowych coraz częściej dziennikarz traci autorytet i staje się celebrytą. To, co się stało, to "wyraz dezaprobaty wobec takiego stanu rzeczy”.

Cisną mi się na usta słowa plugawe. Panie profesorze, pan też nie zawsze cytuje Platona, czy to znaczy, że student ma prawo złamać panu szczękę? - pyta Kuźniar.

Jego zdaniem to, co spotkało Kubę wpisuje się w pewien ciąg bolesnych zdarzeń: śmierć w biurze PiS w Łodzi, atak na Grzegorza Miecugowa. Nie chcę przywoływać szalonych spraw z Manhattanu czy Sztokholmu. Nie, nie przesadzam. Zgadzam się z redaktorem Żakowskim, że „trzeba zadbać o dialog i jego kulturę. To wymaga wielkiej pracy od przedszkola, przez szkołę, po uczelnie wyższe”. Bo wolność słowa to nie jest synonim mordobicia - czytamy na zakończenie jego wpisu.