Reszta to nielegalni imigranci, którzy dostają się do nas głownie w zbiornikach balastowych statków, lukach samolotów czy przyczepieni do karoserii lub ukryci na różne sposoby między ładunkami ciężarówek.
Obcy atakują zewsząd, ale głównie z Azji oraz Ameryki Północnej. Na dodatek jest ich coraz więcej. W latach 1950 - 1975 odnotowywano w Europie 10 importowanych gatunków bezkręgowców rocznie, tymczasem w latach 2000 - 2007 liczba ta wynosiła już 19 gatunków na rok.
Jednak owady, robaki czy mięczaki to zaledwie niewielka część ogromnej rzeszy obcych zwierząt, które w ostatnim czasie zalały Stary Kontynent. W sumie nowy dom w europejskiej ojczyźnie znalazło już blisko 11 tysięcy gatunków różnych organizmów, z czego dwie trzecie to rośliny.
Wielu z tych nielegalnych imigrantów można spotkać także i w Polsce. Ich obecność na terenie naszego kraju ma często katastrofalny wpływ na rodzime gatunki. Nie dosyć, że wypierają tubylców z zajmowanych przez nich terenów, to doprowadzają do nieodwracalnych zmian w środowisku. Kilku intruzom postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej. Niektórych znamy doskonale lub o nich słyszeliśmy. Jednak w przypadku większości nawet nie zdajemy sobie sprawy, że to gatunki importowane i to całkiem niedawno.
p
Mamy ogromny problem z czworonożnymi drapieżnikami. Przede wszystkim norką amerykańską. To uciekinier z hodowli zwierząt futerkowych, który żyje już na terenie
ponad połowy Polski. Jest świetnym pływakiem i w okolicach jezior ogromnie przetrzebiła liczbę ptactwa wodnego. Podobny problem mamy z jenotem, który w warunkach naturalnych żyje w Azji
Południowo-Wschodniej. Rosjanie przenieśli go celowo do europejskiej części Rosji, a stamtąd przywędrował do nas. Od niedawna mamy też w naszym kraju gatunek północnoamerykański
– szopa pracza. To nieznany Europie typ drapieżnika: doskonale pływa, świetnie się wspina, a co gorsza ma bardzo sprawne, długie palce, dzięki którym łatwością manipuluje drobnymi
przedmiotami. Dla niego wybranie jaj lub piskląt z dziupli, która jest niedostępna dla innych drapieżników, to nic trudnego. Będzie więc miał bardzo duży wpływ na nasze ptaki gniazdujące w
dziuplach.
Tak, bo sieją spustoszenie wśród dzikiego ptactwa. Ptasie eldorada, jak np. wyspy na Wiśle, gdzie bezpiecznie gniazdowały tysiące ptaków są w tej chwili regularnie odwiedzane przez norki. Nie
mówiąc już o np. o dolinie Biebrzy, która słynęła z ptaków.
Tak, ale to już są trochę echa sławy minionej. Bo niektóre ptaki, np czajka, rydzyk, brodziec krwawodzioby to uparciuchy: wracają tam, gdzie się urodziły, ale nie udaje się im wychować
potomstwa. Jajka lub pisklęta padają ofiarą przede wszystkim norek.
Robiąc ogrodzenia z pastuchów elektrycznych. Niewykluczone, że jedynym sposobem byłoby usuwanie lokalnej populacji norki zimą, by ptaki miały spokój w momencie wyprowadzania młodych. Jednak
skuteczność takiego działania wystarczy na kilka miesięcy.
Piranie nie stanowią jednak prawdziwego zagrożenia, bo pochodzą z wód ciepłych, nie przeżyją zimy. Groźniejsze są te przystosowane do naszych warunków. Tak jest z głowaczem amurskim zwanym
trawianką. Gatunek ten odkrył Benedykt Dybowski, zesłaniec polski z czasów Powstania Styczniowego, na Syberii. Tymczasem teraz w niektórych fragmentach Wisły czy Bugu głowacz amurski
występuje masowo. A to oznacza, że wypiera nasze rodzime gatunki.
To są zwykle pasażerowie na gapę. Nasionko może się przyczepić do ubrania, poczwarka schować w kawałku drewna czy roślinie doniczkowej. Pocieszające jest jednak to, że tylko jeden na sto
spośród takich zawleczonych gatunków sprawia duże problemy. Nie mniej jednak ten jeden czasem wystarczy, by dokonać gigantycznych zniszczeń. Jedną z takich tragedii było zawleczenie do
Ameryki Północnej zgorzeli kasztanowca. To choroba grzybowa pochodząca z Azji. Doprowadziła do tego że wymarły praktycznie wszystkie kasztany amerykańskie. A był to niezwykle pospolity
gatunek - 40 proc. drzewostanu na północy tego kontynentu.
Sporo. Na przykład na wyspach na Wiśle można coraz częściej zobaczyć południowoeuropejską czaplę białą. Zaś na południu Polski pojawiają się mewy z okolic Morza Czarnego i
Śródziemnego.
Gdy przesuwa się strefa klimatyczna, nie da się walczyć ze zmianami w przyrodzie. Niektóre gatunki będą uciekały na północ, inne wchodziły na ich miejsce. Oczywiście nie wszystkie mogą
uciec. Na przykład świerk – po prostu u nas ginie, bo jest mu za ciepło i za sucho.
dr Przemysław Nawrocki, jest ornitologiem, ekspertem WWF do spraw ochrony przyrody.